Od dłuższego czasu zachwycam się trendem, który określiłabym mianem motywu bajowej natury we wnętrzach.
Jeszcze nie jest on u nas popularny, ale coraz częściej przewija się przez zagraniczne strony i coraz bardziej trafia także w moje serce. Sama w końcu, choć bardzo delikatnie (na ile udało mi się to wynegocjować z mężem), wprowadziłam go do swojego mieszkania, umieszczając dwa murale, zwane też wciąż fototapetami, na ścianach. Obie z resztą pochodzą z Rebel Walls, które i w dzisiejszym poście gości. Bo jakże by inaczej! Mam więc delikatnie rysowaną dżunglę w przedpokoju (TUTAJ) i krzewy rodem z dawnych rycin w moim kąciku pracy (TUTAJ).
I to najczęściej właśnie murale potrafią stworzyć ten niezwykły, tajemniczy, przyrodniczy klimat. To one często stanowią o całym wnętrzu. To one przeobrażają to wnętrze w coś więcej, w coś magicznego, bajkowego. I nie muszą być tak mocne czy intensywne, jak na kilku tu przykładach. Mogą być delikatne, jak u mnie, a efekt wciąż pozostaje niezwykły.
Poza muralami mam też tu dla Was trochę detali, a zwłaszcza – cudne meble z Anthropologie! Nie jest to jeszcze coś dostępnego dla nas, ale być może zainspiruje Was, może znacie dobrego stolarza-rzeźbiarza, który wyczaruje na przykład tak wyjątkowe komody?
W każdym razie, trend mocno we mnie siedzi i równie mocno zachwyca.
Pozostawiam Was więc z tymi kilkoma inspiracjami, część dostępna już u nas, część to tylko internetowe pomysły. Niemniej jednak, warte dostrzeżenia!
–
Zdjęcie z początku wpisu – mural/tapeta Bellewood z Rebel Walls (ta sama, którą mam w kąciku pracy, ale z kolorami).
O marce Earthnicuty Minerals słyszałam od dawna, śledziłam jej postępy i po cichu obserwowałam. Nadeszła więc najwyższa pora na jej wypróbowanie. Czemu?
Bo ja, moi drodzy, mineralne kosmetyki do makijażu bardzo lubię. A tym bardziej te tak dobrze współgrające z moją skórą!
Używacie kosmetyków mineralnych? Pewnie sporo z Was stosuje je na co dzień, ale zapewne równie sporo jeszcze nie rozpoczęło swojej z nimi przygody. Przypomnę więc może na początek, dlaczego sięgamy po makijaż mineralny.
Kosmetyki mineralne, w tym oczywiście nasza dzisiejsza gwiazda – Earthnicity Minerals, są bardzo łagodne dla skóry! Nie podrażniają jej, nie powodują alergii, nie zapychają, nie doprowadzają jej stanu do pogorszenia, a wręcz przeciwnie – pozwalają zniwelować stany zapalne, matują, pochłaniają nadmiar sebum. Są leciutkie, naturalne i chronią skórę przed słońcem. Są więc bardzo dobrym rozwiązaniem dla wszelkich skór problematycznych i wrażliwych. I dlatego, przyznaję, sama lubię po nie sięgać.
A także dlatego, że skóra staje się dzięki nim taka jakby… aksamitna. Jakby wygładzona, miękka w dotyku. Co równie ważne, makijaż mineralny wygląda bardzo naturalnie. Każdy z kosmetyków po chwili jakby stapiał się ze skórą. Ot, znikał po prostu! Ale pozostawiając przy tym to, na czym na nam zależy – czy to wygładzenie i ujednolicenie po pokładzie i pudrze, czy – lekkie muśnięcie koloru. Nie ma tego, tak zwanego, efektu maski, jest za to lekki, naturalny makijaż, który osobiście bardzo lubię i noszę na co dzień.
Wracając do samej marki Earthnicity Minerals, bardzo spokojnie, ale konsekwentnie zdobywa ona nasz rynek. I dobrze, cieszę się bardzo. Są to bowiem kosmetyki, które z pewnością warto poznać. Na początek jednak muszę pochwalić markę za coś niezwykle istotnego w przypadku zakupów online kosmetyków kolorowych. Wybierałam bowiem sama produkty Earthnicity pierwszy raz, kierując się jedynie zdjęciami na stronie. Wiecie zapewne dobrze, że jest to wyzwanie spore i łatwo tutaj o błędnie dobrane kolory. Na szczęście wszystkie kosmetyki idealnie wpasowały się w moją cerę! Jedynie jeden cień do powiek, zdaje mi się, że nieco bardziej wpada w czerwone barwy niż wyglądało to na zdjęciu, ale i tak pięknie się prezentuje. Duży plus zatem za dobre zdjęcia!
Mam też już swoich największych ulubieńców!
W czołówce z pewnością umieszczam Bronzer mineralny Sunkissed Shimmer! Ktoś, kto wymyślał tę nazwę, w pełni oddał efekt kosmetyku na skórze. Wygląda dosłownie jakby muśnięta słońcem! Takim ciepłym, późno-letnim, wieczornym. Z lekkimi błyszczącymi elementami. Puder rozświetla więc i podkreśla kości policzkowe. I wciąż wygląda bardzo naturalnie! No, cudo!
Bronzer i róż Earthnicity
Równie mocno zaprzyjaźniłam się z podstawowym kosmetykiem w makijażu mineralnym – z podkładem. Wybrałam, jak to już Wam pisałam – „na oko” odcień Moonlight (swoją drogą, znowu piękna nazwa) i był to wybór trafiony w punkt. Podkład, jak i pozostałe kosmetyki marki, jest sypki, umieszczony w typowym, a bardzo praktycznym pojemniczku z małymi dziurkami. Aby go nałożyć, należy przesypać nieco podkładu na dno pokrywki, a następnie pędzlem, okrężnymi ruchami zebrać ten pył, strzepnąć nadmiar i pewną ręką, znowuż okrężnymi ruchami lub stemplując skórę, nakładać go na buzię. Nakładam jedną lub dwie warstwy,
Doprawdy nic skomplikowanego, jeśli tylko nakładamy go specjalnym, miękkim, gęstym pędzlem kabuki. I tutaj też ukłon w stronę marki – pędzel Eartnicity nie tylko elegancko się prezentuje, ale idealnie spełnia swoją funkcję! I wiecie co? Otrzymujemy go w specjalnym woreczku, co znacznie ułatwia podróżowanie z kosmetykami mineralnymi! Brawo! Dodam tu jeszcze, że do podkładu dołączona jest welurowa poduszeczka do nakładania, co też może przydać się np. w pracy czy w podróży.
W każdym razie – nałożony podkład po chwili wtapia się w skórę. Wygląda zupełnie jak ona, ale… cóż no… no lepiej. Mamy delikatne krycie i wyrównanie koloru. Mamy wygładzenie. Podkład trzyma się długo i nie bryluje. Muszę tu wspomnieć, że niezwykle istotne jest tu przygotowanie skóry przed nałożeniem podkłądu. Musi ona być nie tylko dobrze oczyszczona, ale przede wszystkim, odpowiednio nawilżona. Ale o tym jeszcze za chwilę…
Bo w mojej czołówce uplasował się także Rozświetlający puder mineralny Silk Glow Light! Ponownie – no cudo! I ponownie – nazwa w pełni adekwatna, bo to, co rzuca się pierwsze w oczy to to wrażenie jedwabistego rozświetlenia. Jakby skórę otuliła leciuteńka jedwabna warstwa, jakby cała się nagle rozpromieniała! Jest to puder wykończeniowy, czyli stosujemy go na podkład, ale producent poleca także bezpośrednio na skórę. Jeśli poszukujecie kosmetyku, który daje efekt „wow” to będzie to właśnie ten!
Od lewej – Puder Velvet HD, Puder Rozświetlający Silk Glow Light i Podkład mineralny Moonlight
Podium zapełnione, ale muszę docenić także Puder utrwalająco-matujący Velvet HD. To ten cały biały, transparentny, leciuteńki pyłek. Ale nic się nie bójcie, on także na twarzy jakby znikał! Świetnie utrwala makijaż i matuje skórę, wzmaga wrażenie wygładzenia i zmniejsza widoczność porów i niedoskonałości. Zacny to puder, praktyczny i skuteczny.
Nie mogłabym nie pochwalić także różu! Wybrałam odcień Flamingo i znowuż – trafiłam idealnie. Moja skóra lubi się z tym odcieniem, a i na powiekach całkiem dobrze wygląda. Jest to róż naprawdę delikatny i bardzo naturalny, ale z wyróżniającymi się rozświetlającymi drobinkami. I na co dzień i na większe okazje.
Bronzer i róż Earthnicity
Na zdjęciu poniżej nałożyłam koło siebie specjalnie dosyć widoczne warstwy – od góry – bronzera, różu, a na dole – cienia do powiek Champagne, który spokojnie może służyć za jaśniejszy rozświetlacz. Co ważne, każdy z tych produktów bardzo łatwo się rozsmarowuje, dla uzyskania lżejszego i wyglądającego naturalnie efektu.
Te trzy słodkie, małe słoiczki to cienie do powiek.
Ten szary najciemniejszy odcień – Slate świetnie nadaje się do podkreślenia linii oka zamiast kredki, a także tworzy bardzo przyjemny wizualnie efekt smoky. Dobrze zgrywa się z cieniem Iced Coffee, który nieco wpada mi w barwę cegły, podkreśloną świetlistymi drobinkami. Ostatni, wspomniany już Champagne, to ciepłe złoto, odcień wręcz szampański, satynowy, który może rozświetlić kącik oczu i łuk brwiowy. Wszystkie razem naprawdę ładnie wyglądają (na moich zdjęciach to właśnie one).
Te urocze pojemniczki, wbrew pozorom, także są całkiem praktyczne. Wysypujemy na pokrywkę doprawdy niewielką ilość cienia, którą nakładamy na oko. Nic się nie rozsypuje, nic nie marnujemy, nie brudzimy się, tylko spokojnie pędzelkiem zbieramy kolorowy pyłek.
Pozostał nam jeszcze jeden produkt – Nawilżająca Baza pod makijaż – Wielozadaniowy krem przeciwzmarszczkowy z filtrem SPF 20. Z góry zaznaczam, że nie jest to krem w pełni naturalny. Ma sporo świetnych składników, ale i takie, których kosmetyka naturalna nie lubi. W użyciu jednak spełnia w pełni swoje zadanie.
Jego konsystencja przypomina mi raczej odżywkę do włosów. Jest leciutki, bezzapachowy, dobrze się rozprowadza. Pozostawia skórę widocznie nawilżoną, jakby tylko czekającą na podkład mineralny. Mam wrażenie, że służy on za swoiste lepiszcze, które związuje nam sypkie pudry ze skórą. Ewidentnie stworzył go ktoś, kto dobrze wie, czego potrzebuje makijaż mineralny. A przy tym widocznie zmiękcza i nawilża skórę.
Jeśli miałabym się czegoś tu czepiać, to chyba najbardziej braku produktów prasowanych. Wprawdzie w miarę używania człowiek przyzwyczaja się do tych sypkich, osobiście jednak lubię bardzo i te prasowane. Ach, no i krem mógłby mieć naturalniejszy skład.
Same jednak kosmetyki mineralne – super! Polecam bardzo! Są po prostu piękne, wydajne, praktyczne, łagodne i skuteczne. Skóra je lubi, lubi przy nich oddychać, jest promienna i gładsza.
Pomimo całego tego oswajania jesieni… Pomimo hektolitrów zupy dyniowej, pomimo śliwek, orzechów włoskich, takich co to skórkę z nich trzeba ściągać, pomimo wrzosów i chryzantem, drzew zażółconych i zaczerwienionych i ciepłego słońca, które prześwituje przez te barwne liście… Pomimo tego wszystkiego, przychodzą czasem te momenty sentymentalne…
Nachodzi nostalgia za latem i całą tą jego bujną wspaniałością, lekkością i beztroską.
Zabieram Was dziś zatem do lata! A może tylko inspiruję Was do mniejszych wypadów. Gdzieś daleko, gdzie rzeczywistość nie dosięga, gdzie życie płynie inaczej. Nawet jeśli tylko przez 3 dni!
Aby odlecieć do ciepłych krajów tak, jak one – walizka na kółkach z nadrukiem w bociany / Parfois
Kapelusz Biscuit Bolero – panama z zamszowym rudym paskiem, złotym nitem i wytłoczonym złotym logo, z naturalnej ekwadorskiej słomy / PARIS+HENDZEL
Casa Olivi – niezwykłe miejsce, na które natknęłam się jakiś czas temu w internecie, i które śledzę sobie w social mediach od tego czasu. Cudna willa w środkowych Włoszech, małe marzenie do spełnienia. Zobaczcie więcej na Casa Olivi
I jeszcze ważne ogłoszenie! Zbliżają się jesienne edycje Targów Kosmetyków Naturalnych EKOCUDA!
Poniżej informacja prasowa od twórców targów.
JESIENNE EKOCUDA
w trosce o zdrowie i naturalne piękno
Żyć w
zgodzie z naturą – taką filozofię wyznaje coraz więcej z nas. Znajduje ona
odzwierciedlenie w naszych codziennych wyborach. Dotyczą one nie tylko tego, co
jemy, ale też czym pielęgnujemy i upiększamy nasze ciało. Kosmetyki naturalne
są motywem przewodnim zbliżających się wielkimi krokami jesiennych edycji
targów Ekocuda – największej imprezy tego typu w kraju. Producenci polskich i
zagranicznych marek spotkają się z miłośnikami kosmetyków naturalnych w
Gdańsku, Warszawie i Poznaniu.
Ekocuda to
wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Tylko podczas tych targów można w jednym
miejscu zobaczyć, ale też powąchać i wypróbować na własnej skórze tak szeroką
gamę kosmetyków naturalnych, organicznych oraz wegańskich.
Podczas imprezy
można też liczyć na dodatkowe atrakcje w postaci warsztatów (np. doskonalących
technikę makijażu, oczywiście naturalnymi kosmetykami) oraz ciekawych wykładów.
A wszystko to zupełnie bezpłatnie, ponieważ wstęp na targi od zawsze jest
darmowy.
Trzy
miasta, trzy topowe lokalizacje
Imprezy w ramach najbliższego jesiennego cyklu odbędą się kolejno w: Gdańsku (12 i 13 października), Warszawie (16 i 17 listopada) oraz Poznaniu (24 i 25 listopada). Podobnie jak kosmetyki prezentowane w trakcie tych dwudniowych, weekendowych spotkań, tak i miejsca, gdzie się one odbywają są wyjątkowe. Mieszkańców Gdańska i okolic organizatorzy Ekocudów zapraszają na imponujący rozmiarami Stadion Energa Gdańsk. Stołeczna edycja targów, której sponsorem jest marka Annabelle Minerals, odbędzie się w Centrum Praskie Koneser. Jeśli chodzi o Poznań, to tam Ekocuda na dwa dni zawładną nowoczesnymi wnętrzami centrum Concordia Design. Sponsorem tamtejszej edycji targów została marka Pixie Cosmetics.
Zrobimy dzisiaj takie cudowne kosmetyki, które „zrobią” Wam cały makijaż!
Bo jeden taki mały słoiczek często wystarczy! Kiedy? Choćby na urlopie! Czy w wolne dni w domu. Albo na zakupy i spacer. Kiedy nie chce Wam się za bardzo starać, kiedy nie ma czasu, kiedy po prostu nie potrzeba niczego więcej.
Doskonale też współgrają z makijażem. No, po prostu są uniwersalne! Do trzymania pod ręką, w torebce, na co dzień!
Nasze dzisiejsze kremowe błyszczyki nakładamy bowiem i na usta, żeby zachwycać uśmiechem, i wklepujemy nieco w policzki, aby nadać twarzy niemal naturalny rumieniec, ale także delikatnie – na powieki, zamiast cieni!
Doprawdy, czasami nie trzeba więcej!
A że nie mogłam zdecydować się, który kolor wybrać, zrobiłam trzy. I wszystkie pięknie wyglądają na skórze. I na ustach! Można więc wybierać według aktualnego nastroju i ochoty!
Ach, są oczywiście bardzo proste w produkcji domowej, więc do dzieła!
Kremowe błyszczyki 3w1
Składniki / na słoiczek 15 ml:
3 g wosku pszczelego bielonego
3 g masła shea rafinowanego
4 g oleju kokosowego virgin (taki bardzo pachnący)
5 ml oleju z pestek moreli
łyżeczka pigmentu (moje pochodzą z ZielonyKlub.pl)
najciemniejszy Malinowy Róż
jaśniejszy róż – Truskawkowe Piwonie
pomarańczowy – Czerwone Pomarańcze
Wosk, masła i oleje przekładamy do zlewki lub ceramicznej miseczki. Ustawiamy w kąpieli wodnej, do rozpuszczenia masła i wosku. Wyciągamy z kąpieli wodnej, dokładnie mieszamy, dosypując pigment. Jeszcze chwilę mieszamy, aby uzyskać jednolitą konsystencję i przelewamy do słoiczka. Tutaj też warto jeszcze lekko całość przemieszać w trakcie twardnienia. Odstawiamy na pół godziny.
Stosujemy, jak opisałam powyżej. Najlepiej zawsze mieć je pod ręką!
Ach, nie dodajemy tutaj żadnego zapachu, żeby można je było bardzo bezpiecznie stosować np. na powieki!
Zobaczcie jeszcze jak wyglądają na skórze!
Tutaj, nałożona grubsza warstwa.
A tu, poniżej, już nieco roztarte. Oczywiście można je jeszcze mocniej rozetrzeć, dla uzyskania bardziej naturalnego wyglądu. Dlatego są takie fajne – można je w pełni dopasować do potrzeb!
I nie tylko! Bo jeszcze cudowny wyciskacz łez! Na końcu! Zobaczcie koniecznie. Ja w każdym razie się popłakałam 🙂
Ale od początku!
Czyli zaczynamy od moich internetowych znalezisk!
Sama nie wiem, który zegarek ładniejszy! Nie mogę się zdecydować! Ten wyjątkowy, kolorowy / Parfois
A tutaj te kwiaty zatopione w czerni… Piękne! / Parfois
Jakby magiczna! Soll Bookmark to wykonana ze szczotkowanego mosiądzu funkcjonalna, minimalistyczna zakładka do książki, będąca interpretacją Słońca / Rou Products
Mai Couture LIKE A DIAMOND TRIO PAPER PACKS 60 SHEETS – papierki z różem i rozświetlaczem, nadają kolor bez pędzli i są idealne do stosowania w podróży / Zalando
Przepiękna apaszka jedwabna Free Love – Kolekcja „Free Love” to opowieść o miłości – uniwersalnej sile, splatającej ludzkie losy na całym świecie / Ora Studio
Śliczna i praktyczna kosmetyczka w kwiaty z wyjmowanymi saszetkami / Oysho
Przekonał mnie w pełni! Kardigan w zebry! / Parfois
Lusterko z drewna mango z miseczka na biżuterię / H&M Home
A tak poważnie, pytaliście o piwne kosmetyki, które robiliśmy niedawno na warsztatach podczas Lubelskiego Festiwalu Kultury Piwnej w Browarze Perła. Spieszę więc z przepisem na jeden z nich!
Najbardziej piwny płyn do kąpieli! A właściwie wypełniony piwem eliksir do kąpieli bąbelkowej! Wystarczy bowiem wlać go do wanny pod strumień wody, aby stworzyć sobie w domu prawdziwe, rozkoszne wręcz piwne spa – relaksującą kąpiel w piwnej pianie! Jestem pewna, że wszyscy panowie będą zachwyceni, a i panie go pokochają, bo…
Piwo to bardzo zdrowy trunek! Wbrew pozorom!
Prowadzący pozostałe warsztaty piwne na lubelskim festiwalu, bardzo miły chłopak, pasjonat piwnego tematu, określił piwo zawadiacko jako płynne B comlex! Piwo, a dokładniej drożdże, z którego piwo powstało, to źródło witamin z grupy B! Tych tak ważnych dla skóry i włosów! Mamy więc witaminę B1- tiaminę, która wzmaga gojenie, witaminę B2 – ryboflawinę, która poprawia stan włosów, skóry i nawet paznokci, witaminę B3 – niacynę, wspomagającą kuracje przeciwłupieżowe i zwalczająca przebarwienia, witaminę B4 – kwas pantotenowy, który zapobiega łysieniu i siwieniu włosów, witaminę B6 – pirodoksynę – o działaniu przeciwzapalnym, wspomagającą leczenie AZS, witaminę B7 – słynną biotynę, która zwalcza stany zapalne skóry, łagodzi egzemę i zmiany łuszczycowe i co równie ważne – wzmacnia włosy, a także spowalniający procesy starzenia kwas orotowy – witaminę B13. Znajduje się tu też bogactwo minerałów – zwróćcie uwagę zwłaszcza na cynk, oraz flawonoidy – o działaniu przeciwutleniającym i przeciwzapalnym.
Piwo ponadto oczywiście uspokaja! A to za sprawą szyszek chmielu i zawartej w nich kojącej lupulinie.
Piwne kąpiele to zatem samo dobro! Relaksują i koją zmysły, wspomagają regenerację i gojenie skóry problematycznej, przeciwdziałają nadmiernemu rogowaceniu i trądzikowi, pobudzają krążenie krwi i redukują napięcie mięśniowe. Wygładzają skórę i poprawiają jej ogólny stan. Włosom natomiast dodają blasku, spowalniają ich przetłuszczanie, zapobiegają wypadaniu, a do tego wspomagają kuracje przeciwłupieżowe.
Samo dobro, powtarzam! A mamy w tym naszym eliksirze jeszcze nieco odżywczego miodu, pielęgnującego olejku i piękny zapach!
Ach, muszę dodać, że do kąpieli można dolewać sobie piwo tak po prostu! Najlepiej to najzwyklejsze, jasne, odgazowane. Ja jednak bardzo polecam nasz dzisiejszy eliksir! Bomba witaminowa i pianowe doznania gwarantowane!
Piwny eliksir do kąpieli bąbelkowej
Składniki / na 150 ml:
60 ml jasnego piwa
60 ml betainy kokamidopropylowej (Cocomidopropyl Betaine)
20 ml oleju z pestek winogron
10 ml płynnego miodu
15 kropelek olejku limonkowego
opcjonalnie 2 kropelki eko konserwantu
Piwo odstawiamy na chwilę do odgazowania. Wszystkie składniki przelewamy po kolei do zlewki, delikatnie je przy tym mieszając lub bezpośrednio do buteleczki. Wstrząsamy nią delikatnie przez chwilę, aby połączyły się w całość i dobrze zmieszały. Jeżeli zamierzamy przechowywać go długo, warto dodać jeszcze eko konserwant. Eliksir wlewamy do wanny, w trakcie jej napełniania.
Dodam jeszcze, że wybrałam tutaj zapach – olejek limonkowy, bo cudownie komponuje się z piwem, tworząc taki przyjemny wakacyjny klimat piwa smakowego. Możecie oczywiście nadać Waszemu eliksirowi inny zapach.
Po dłuższym staniu eliksiru, zauważycie, że składniki zaczną się rozwarstwiać. Wystarczy je po prostu na nowo zmieszać, wstrząsając butelką.