Toskania – pomysł na wyjazd

Tak i znowu pojechaliśmy do Włoch… I nic nie żałuję! Bo Toskania… No… wiadomo – od zawsze chciało się zobaczyć. Przyszedł więc na nią czas. I na nasze wczesno-wrześniowe wakacje.

A że znowuż wydaje mi się, że całkiem fajnie mi to się wszystko zaplanowało, to i znowu podrzucam i tutaj – jako inspirację dla Was. Być może także od dłuższego czasu marzy Wam się bowiem Toskania i potrzebujecie tylko tej jednej iskierki, która zadecyduje o przyszłym lecie. Albo jeszcze i jesieni… Tak, jest tam pięknie, bardzo pięknie. Jesienią zapewne też.

I choć u nas był to wyjazd wakacyjny, choć prognozy mówiły o niewielkich upałach, to pogoda się trochę sknociła w trakcie i poczuliśmy już ten vibe jesieni. I to też było piękne. A wręcz, mam wrażenie, bardzo pasujące do tych toskańskich tajemniczych widoków, wzgórz, lasów i pozakręcanych dróg. No i w sumie wolimy tak szwendać się w lekkim chłodzie niż w okropnym upale.

Podrzucam zatem trochę zdjęć widoczków – robionych na szybko słabym telefonem, więc nie idealnych. Ale nawet w ten sposób widać na nich tę niezwykłość regionu. Bo tam naprawdę prawie wszędzie jest jak na pocztówce. Domki i zabudowania w tym samym stylu, winnice, gaje oliwne, średniowieczne majestatyczne miasteczka górujące nad okolicą. Zupełnie inne od tych nadmorskich – przywołujące na myśl dawne legendy.


Wybraliśmy się na wakacje rodzinne, podzieliłam więc nasz pobyt na dwie części. Pierwszą spędziliśmy nad morzem na campingu, a potem przemieściliśmy się wgłąb lądu do typowo toskańskiej agroturystyki z pięknym widokiem i w pobliżu kilku tych uroczych miasteczek. Miało być spokojnie, bez zjeżdżania całego regionu i odhaczania po kolei atrakcji turystycznych. I tak było. A dzięki temu jest apetyt na więcej.

Ale wracając do spraw organizacyjnych….

Do Toskanii udaliśmy się samolotem, choć wiem, że wielu naszych rodaków wybiera własny samochód. Jednak dla nas taka długa trasa to stanowczo nie jest dobry pomysł. Wybrałam więc lot do Pizy. Tam też dolecieliśmy na wieczór i spędziliśmy pierwszą noc. Lotnisko w Pizie mieści się praktycznie już w mieście, można więc na spokojnie z całą rodziną i bagażami przejść sobie piechotą do jednego z okolicznych apartamentów, a potem wyjść coś zjeść i poszwendać się po uliczkach. Do krzywej wieży akurat jest piechotą kawałek, więc tę atrakcję zostawiliśmy sobie na ostatni dzień, na zwyczajne odhaczenie.

Rano, po śniadaniu w pobliskiej pasticcerii, udaliśmy się po autko, które zarezerwowałam nam wcześniej, bo to nim właśnie przemieszczaliśmy się w czasie naszych wakacji. Wybrałam wypożyczalnię Centauro. Samochód opłaciłam bezpośrednio na ich stronie. Polecam, bo było to naprawdę bezproblemowe – wybrałam opcję z pełnym ubezpieczeniem, z fotelikiem dla dziecka, z płatnością kartą debetową. Na miejscu zatrzymano na karcie jedynie około 100 euro na poczet paliwa, które potem bez problemu zwrócono. A do wypożyczalni z lotniska odjeżdża co chwilę żółty busik.

No i wyruszyliśmy do naszego pierwszego miejsca…

Camping Hu Park Albatros

Natknęłam się na niego w relacjach, na którymś z „włoskich” blogów i tak jakoś mi… siadł w głowie. Pisano o nim, że jest super na początek przygody z campingowaniem, a że to był właśnie nasz pierwszy raz – weszłam na stronę i zarezerwowałam nam 4 noce. Tak wiecie – bezpiecznie… Bo gdyby było nazbyt głośno czy tłoczno, to nie będzie za długo. I wiecie co? Było wspaniale!

Moja córka nazywała to miejsce Krainą Wesołych Bułeczek (od logo jednego z pośredników, które było na wielu domkach) i coś w tym jest. Tak to widzę – jako miejsce totalnej wakacyjnej radości i szczęśliwości. Tam po prostu ten dziecięcy zachwyt i beztroskę czuło się w powietrzu!

Camping to ogromna wakacyjna wioska położona w lasku piniowym – pod ogromnymi, cudownymi drzewami, które dawały cień i wspaniałe zapachy. Jest tu całe zaplecze rekreacyjne – teren z placem zabaw, mini klub, park linowy, przestrzeń do siedzenia z lodami, kilka restauracji i food trucków. Są ogromne baseny – i te głębokie, ale najlepsze były niskie, lagunowe, z miękkim dnem. Idealne dla mniejszych dzieci. Wieczorami na terenie parku wodnego jest mini disco i show dla starszych. Dziecię młodsze i starsze zachwycone, ale od razu mówię, że daleko temu show do poziomu tureckich all inclusive. Niemniej jednak oglądaliśmy zafascynowani tym, co to też może w zasadzie jedna pani wymyślić. A jeśli nie lubicie takiej rozrywki to na głównym placyku zawsze był koncert na żywo. Wieczorami otwierały się też różne stragany, nawet takie z okolicznym rękodziełem. Żyło to miejsce bardzo intensywnie.

Jeśli jednak dopadało nas zmęczenie, wystarczył spacerek do naszego domku, a tam już była naprawdę cisza i spokój. Wybrałam domek rodzaju hu stay Smart L Plus i był to świetny wybór. Miał dwie sypialnie, dwie łazienki, salon z kuchnią i przestronny taras z dużym stołem i leżakami. Uwielbiałam się tam rano budzić i wychodzić w tym zapachu piniowego lasu po coś dobrego na śniadanie. Na miejscu znajduje się bowiem duży market, a w nim codziennie rano świeże pieczywo i przepyszna pizza, krojona na kawałki. Tam też znalazłam cudną oliwę macerowaną z czosnkiem i już można było przepadać! Potem budziłam resztę i zajadaliśmy się tymi smakołykami. Bajka!

Camping znajduje się ponoć jakieś 800 m od morza i faktycznie jest to spory spacer. Zwłaszcza, jeśli macie domek nieco oddalony od wjazdu. Plaża za to jest długa i dzika. I w wielu miejscach można przy niej parkować, więc łączyliśmy to ze zwiedzaniem czy zakupami. Ach, niedaleko jest najsłynniejsza w Toskanii plaża Baratti. Można do niej podjechać busem z campingu lub samochodem. Niestety tam to już jest tłoczno. Pierwszy raz nie udało nam się zaparkować. Potem pogoda nie była idealna, a ludzi i tak sporo, więc jakoś specjalnie nie odebraliśmy tej plaży tak wyjątkowo, jak miało być.

Najbliższe miasteczko to San Vincenzo. Jest uroczą portową mieściną z wakacyjnym vibem. Ma deptaczek, restauracje, sklepiki, marinę, karuzelę i klimat dawnych lat. Wszystko to, czego tu potrzeba. Ma też spory market Coop, a w nim jedzenie w dobrych cenach. Na pewno dużo lepszych niż w markecie na campingu.

W pobliżu znajdziecie sporo ciekawych miejsc do obejrzenia, my nie daliśmy rady ze wszystkim. Polecić mogę do zwiedzenia jeszcze Piombino i Bibbonę.

Przyszła już bowiem pora na udanie się do naszej drugiej destynacji… Ale najpierw trochę zdjęć z Krainy Wesołych Bułeczek!

Ach, a tu jest link do campingu – Hu Albatros (rezerwowałam bezpośrednio na stronie).

Agriturismo Le Case di San Vivaldo

Na kolejne cztery nocki przemieściliśmy się wgłąb lądu – do uroczego zakątka zwanego San Vivaldo. Nie wiem nawet jak to miejsce można nazwać – chyba mikromieściną. Mieszczą się tu zabudowania z apartamentami, kilka domków i restauracja, do której co wieczór zjeżdża pół okolicy. Taka wiecie – toskańska knajpka z lokalnym jedzeniem w dobrych cenach, w której rano można też kupić świeży chleb.

Największą zaletą Agriturismo Le Case di San Vivaldo był niezwykły, po prostu przepiękny widok na okoliczne wzgórza i piękne zachody słońca. A drugą największą zaletą – wielki basen, z którego przez cały nasz pobyt korzystaliśmy chyba tylko my. Może już było troszkę po sezonie, może brak upałów nam tylko nie był straszny. Ale wielki basen, był nasz. Lata swojej świetności miał za sobą, ale to dodawało mu tylko uroku.

Nasz apartament rezerwowałam na Booking.com – Agriturismo Le Case di San Vivaldo – bardzo polecam jeśli poszukujecie czegoś z charakterem, ale w dobrej cenie. O okolicy jest cała masa pięknych, bardziej luksusowych miejscówek. Widać je z drogi i można się naprawdę zachwycać. Tutaj jednak cena wygrała, a klimat, czystość i okolica naprawdę były zacne.

Najbliższe miasteczko z możliwością zrobienia większych zakupów (znowuż polecam market Coop) to Montaione. Dosłownie 10-12 minut jazdy, a znowuż przenosimy się do jakiegoś magicznego świata. Miasteczko jest przeurocze, położone na wzgórzu, niewielkie, nie ma tłoku, łatwo zaparkować, a te widoki… No cudne.

W odległości 30-40 minut od agroturystyki jest kilka miejsc bardziej lub mniej turystycznych, które warto odwiedzić. My byliśmy z miasteczkach:

  • Volterra – chyba najbardziej mi się podobała. Turystyczna, ale nie zapchana turystami. Wspaniały klimat, piękne widoki, idealna na spacery.
  • Certaldo – wybraliśmy się tam specjalnie, bo doczytałam, że jest „nieodkryte” turystycznie 🙂 Jest o tyle ciekawe, że średniowieczna starówka mieści się na wzgórzu i trzeba do niej dojechać takim specjalnym tramwajem/kolejką, co jest atrakcją samą w sobie. A dookoła miasto żyje swoim współczesnym życiem, co też ma swój urok.
  • San Gimignano – chyba najbardziej znane okoliczne miasteczko, słynące z pozostałych tu średniowiecznych wież. Zapewne też byłoby najciekawsze, gdyby nie ilość odwiedzających. Tłumy nas przerosły, ale też byliśmy tylko na popołudnie. Zapewne byłoby znacznie lepiej zostać tu na noc i odkryć miasteczko wieczorem i o poranku, kiedy jeszcze nie zjeżdżają się wycieczki autobusowe. W każdym razie – też piękne i warte zobaczenia.

Raz jeszcze też napiszę, że te miejsca powyższe są piękne same w sobie, ale w zasadzie pięknie jest tu prawie wszędzie. Jedziesz autem i się cały czas zachwycasz. Czy świeci słońce, czy właśnie spektakularnie zachodzi, czy powstają mgły po deszczu pomiędzy wzgórzami, czy nawet ten deszcz leje – jest niesamowicie.

Ostatniego dnia wróciliśmy do Pizy, oddać samochód i zobaczyć wieżę. I wróciliśmy do naszej codzienności.

Z pięknymi wspomnieniami!

To kto wybiera się do Toskanii na kolejne wakacje?

Facebook