Bajecznie w sypialni

A gdyby tak dodać nieco baśni do naszego życia? Nieco koloru i marzeń sennych? Gdyby tak wszystkie je zaprosić do sypialni? Dzisiaj mam ochotę na przestrzeń bajeczną. Dzisiaj chcę zasnąć magicznie! Gdybym dzisiaj sie urządzała, to stanowczo w podobnym stylu!

  • Skrzynia-kufer z krain dalekich na całkiem swojska pościel – Guido
  • Szklane pojemniczki na biżuterię – Live Beautifully
  • Sekretarzyk-toaletka – do pisania ważnych spraw i pudrowania noska – Kare Design
  • Narzuta pasująca – Bon Prix

W roli głównej: Lavera puder brązujący w kamieniu słoneczny brąz

Tego mi brakowało. Takiej gwiazdy w mojej torebce lub na półce w łazience. I już jej z rąk nie wypuszczę. Przed Wami dzisiaj Lavera puder brązujący w kamieniu słoneczny brąz!
Przyznam się, że do tej pory nie używałam bronzerów. Róże, a i owszem, ale nic brązującego. I to był  błąd, bo moja blada, słowiańska cera o taki właśnie puder brązujący się prosi. Ten od Lavery spełnił wszystkie moje oczekiwania.
Zacznę od opakowania, bo warte jest tego. Zależy mi zawsze aby kosmetyk był nie tylko skuteczny, ale także estetycznie opakowany. Lavera się postarała. Pojemniczek jest elegancki i nowoczesny. W środku znajdziemy dwa poziomy – górny z pudrem i dolny z gąbeczka i praktycznym lusterkiem. Idealnie do noszenia na co dzień, pod ręką.
Co zaskakuje, to piękny, subtelny, kwiatowy zapach pudru! Ale w sumie i to nie jest aż tak ważne. Ważne, że jest to kosmetyk mineralny, bezpieczny i delikatny. W jego składzie znajdziemy, poza miką, także organiczne oleje, m.in. jojoba, arganowy, z rokitnika, rydzowy, kokosowy, oliwę oraz masła shea i kakaowe. Do tego dodano ekstrakt z lukrecji, malwy, róży i kwiatów lipy. Aż niesamowite!
Na powierzchni pudru gołym okiem widać błyszczące drobinki. To one nadają lekkiego słonecznego blasku skórze. Puder dobrze podkreśla kości policzkowe i matuje. Nie wysusza za bardzo. Doskonale wtapia się w cerę.
Czego chcieć więcej? 🙂

Puder z Biokram.

Na koniec nadstawiam Wam policzek – słabo widać, ale co tam 🙂

O wyobraźni przy tarcie truskawkowej

Tak naprawdę temat wyobraźni pojawił się w mojej głowie już dawno. Spokojnie sobie dojrzewał. A tarta wyszła całkiem przypadkiem. I do niego dołączyła. Bo czyż nie przyjemniej rozmawiać przy kawałku truskawkowego ciasta z lodami śmietankowymi?

Wyobraźnia to dobra sprawa. Całkiem nawet przyjemna, magiczna. Mnie jednak od pewnego czasu moja wyobraźnia przeraża. Dokładniej od trzech lat, bo wtedy urodziła się Róża. I doprawdy… zwariowałam…

Też tak macie? Jedziecie samochodem i widzicie, że właśnie wjeżdża w Was rozpędzona ciężarówka, a samochód całkowicie się w nią wbija? Posyłacie dziecko do dziadków, a w głowie pojawia się, niczym film, jak to ono tam gdzieś się poślizgnie, zakrztusi, udusi czy utopi? Najgorzej w samolocie… Obraz tego jak spada mam przed oczami w sumie odkąd pamiętam, przez cały czas trwania lotu. Coś mniej więcej jak w Cast Away. Widzieliście?

Wizja tragicznych wypadków wszelakich z udziałem mojej córki to już codzienność. Nie potrafię już sobie wszystkich przypomnieć. Czasem nawet widzę siebie płaczącą po stracie dziecka. Zwariowałam? Na to wygląda.

Bo jak tu nie oszaleć? Tyle idiotów wsiada pijanych za kierownicę! Tyle złych rzeczy dzieje się naokoło. Tyle zdarzyć się może w domu, po prostu. O tylu niesłychanych przypadkach się słyszy! Jak tu nie oszaleć?

Właśnie dlatego moja wyobraźnia czasem mnie przeraża. Czasem muszę sobie usiąść gdzieś w kącie i popłakać. Uspokoić się. I wtedy przychodzi On. Mój wybawca. Zdrowy rozsądek! Który tłucze mi do głowy, że nie można być matką wariatką. Że nie można trzymać dziecka całymi dniami w objęciach, bezpiecznego i… totalnie znudzonego. Trzeba dać żyć i sobie i innym.

Mam to szczęście, że zazwyczaj zdrowy rozsądek równoważy się z wyobraźnią. Ba… działa wręcz odwrotnie. Zamiast panikować, mogę zapobiegać. Zamknąć okno w pokoju Róży, zabierać ją z samochodu za każdym razem kiedy z niego wychodzę (tutaj, przyznam, wyobraźnia działa wręcz za mocno), ubierać kask, kiedy wychodzi na rowerek. Mogę ją posłać z siostrą na wieś, z tatą na basen, z babcią na wycieczkę pociągiem. Nie jest łatwo, ale to jest życie.

I nie tylko zdrowy rozsądek tu jest ważny, ale też zaufanie. Muszę ufać bliskim, że o nią zadbają. Muszę ufać Róży, nawet jeśli ma dopiero trzy latka, że nie zrobi niczego, czego jej zabraniam, co jest niebezpieczne. I to też działa! Mądry ten Maluszek bardzo! Nie zaufam tylko nigdy do końca innym kierowcom na drodze 🙂

Macie tak? Hmmm?

Wracając do ciasta… Niedawno teściowa opowiedziała mi o cieście truskawkowym, które niedawno jadła. Musiałam spróbować zrobić własne podobne. Wyszło…. CUDOWNE! Najlepsza tarta truskawkowa pod słońcem! Z lodami jest po prostu boska! Nie obędzie się więc bez przepisu 🙂

Składniki

ciasto i kruszonka

  • 3 szklanki maki pszennej
  • pół szklanki + 2 łyżki cukru
  • 2 żółtka
  • 3 łyżki śmietany kwaśnej 12%
  • 3/4 kostki + łyżka masła
  • łyżka wiórków kokosowych

truskawki

  • 1kg truskawek
  • 10 łyżek cukru
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki pieprzu

Do dużej miski wsypujemy ok. 2,5 szklanki mąki i pół szklanki cukru. Do tego dodajemy dwa żółtka, śmietanę i miękkie masło. Całość zagniatamy energicznie na zwarte ciasto. Powinno całkowicie odejść od ścianek miski i zmienić się w kulę. Ciasto przekładamy do woreczka i odkładamy na godzinę do lodówki.
Truskawki myjemy, odcinamy szypułki i przekrawamy na ćwiartki. Smażymy je na patelni, jak konfitury, z dodatkiem cukru, cynamonu i pieprzu przez około 30-40 minut na średnim ogniu. Muszą nam się nieco zredukować i zgęstnieć. Ważne, aby co chwilę je dokładnie przemieszać.
Ciasto wyciągamy z lodówki na posypaną mąką powierzchnię. Rozwałkowujemy je na ok. 7mm grubości i przekładamy do naczynia na tartę. Wystające części odkrawamy i odkładamy. Ciasto wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 200 stopni na około 20 minut – aż lekko się zarumieni. 
Przygotowujemy kruszonkę z pozostałego ciasta. Dodajemy do niego  nieco masła i cukru oraz wiórki kokosowe. Całość dobrze zagniatamy. Można też przygotować standardową kruszonkę (tyle samo mąki ile masła i cukru).
Na spód tarty przelewamy truskawki. Rozprowadzamy je po całej powierzchni. Na wierzchu układamy kawałeczki kruszonki-ciasta. Gotową tartę wkładamy ponownie do piekarnika na 15-20 minut, aż kruszonka się delikatnie zarumieni. 

Podajemy z lodami, na ciepło. Choć w sumie na zimno też jest pyszna!

Po-Weekendowe Cuda no82

Gdybym umiała szyć, szyłabym sobie torebki 🙂 Na przykład taką z kuchennych ściereczek (1). Druga jest bardziej osiągalna – torebka origami…. bez szycia (2)! Obie wraz z instrukcjami z The House That Lars Built.
To jest łatwiejsze! Serwetki ręcznie barwione (3). A do tego jakie nakrycie stołu! Z Ruffled.
Czy Wy też zawsze przeszukujecie całą szafę w poszukiwaniu jednej pary butów? I zawsze otwieracie każde pudełko, a one odnajdują się w tym ostatnim? Oto genialne rozwiązanie! (4) z Creature Comforts.
CUDOWNE! Ciasto zawinięte w delikatne paski rabarbaru! Jak to wygląda malowniczo, plastycznie, nierealnie. Musze kiedyś spróbować. (5) z Sprinkle Bakes.
To już któreś z kolei wiszące doniczki z sukulentami, które skradły mi serce. W końcu będę musiała zrobić! (6) z For the Makers.
Natknęłam się niedawno na Pintereście na te dwa letnie zdjęcia i nie mogą mi z głowy wyjść! (7) i (8).
Taki napis muszę sobie sprawić na moją półeczkę koło biurka 🙂 (9) z Littlewood.
A w tych świnkach się totalnie zakochałam!!! (10) z ENDESIGN
Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu Edyty z Life Skills Academy, jego wykonania, nakładu pracy! Sami zobaczcie koniecznie organizer na lato, do pobrania i wydrukowania (11). Niesamowity! Brawo! A jaka świetna nazwa – „Projekt Życie”!
Czas na lokowanie produktu i kilka nowości z Lili in the Garden! Bardzo serdecznie zapraszam do śledzenia sklepu, bo codziennie, co 2 dni, pojawiają się nowe rzeczy.

Wpadnijcie koniecznie TUTAJ!

Jadalny balsam do ust malina + kokos

Jakiś czas temu widziałam podobny balsam w internecie i oczywiście musiałam sama spróbować. I nie powiem – wyszedł świetnie! Dzisiaj zrobimy więc smakowity balsam jadalny do usta malina + kokos. Z prawdziwymi malinami! W zasadzie ma dwojakie zastosowanie. Na co dzień, do torebki lub przy biurku służy za zwykły balsam. Niekiedy jednak nakładam go więcej, tak, aby było dużo drobinek malin i robię odżywczy peeling ust. Tylko proszą się po nim o pocałowanie!
Do wykonania balsamu przygotujcie
  • suszone maliny (w zasadzie wszystko dzisiaj, poza miodem, pochodzi z Blisko Natury)
  • 3 łyżki oleju kokosowego
  • pół łyżeczki wosku pszczelego
  • pół łyżeczki płynnego miodu
W blenderze miksujemy na drobną mączkę około 3 łyżki suszonych malin. W ceramicznej miseczce w kąpieli wodnej lub mikrofali roztapiamy wosk i olej kokosowy, co chwilę mieszając. Wyciągamy w chłodniejsze miejsce, mieszamy i dodajemy miód. Na koniec wsypujemy 2,5-3 łyżki zmielonych malin. Całość dokładnie łączymy mieszając i przelewamy do czystego pojemniczka. Odkładamy w chłodne miejsce do zastygnięcia. Aby balsam się nie rozwarstwił, kiedy będzie już prawie zastygły, ale jeszcze mięciutki, ponownie go mieszamy. Używamy jak powyżej, przechowujemy w suchym miejscu przez ok. 2 miesiące.

W roli głównej: Balsam z masłem shea i olejem macadamia – pomarańcza Nacomi

Gwiazdka najnowsza w Lili gwiazdozbiorze! Polecam Wam dzisiaj jedno z najprzyjemniejszym masełek do ciała, jakie znam – Nacomi z masłem shea i olelem makadamia.

Polecam Wam z całego serca. Ciepły, rozkoszny, cukierkowy wręcz zapach pomarańczy. Mocno energetyzujący. Poprawia samopoczucie już od pierwszego odkręcenia wieczka. Zamykam oczy i chłonę tę masę pomarańczowego orzeźwienia. Tak właśnie pachnie olejek pomarańczowy. Naturalny. I jest go tutaj bardzo dużo!
W zasadzie wielkiej filozofii w masełku nie mamy, ale przekornie w tym tkwi jego siła. W składzie odnajdziemy bowiem jedynie masło shea, olej makadamia i witaminę E, która zapobiega jełczeniu tłuszczów. Wisienką na torcie jest już wspomniany olejek pomarańczowy. I tyle! Lub aż tyle. Bo więcej nie trzeba. 
Masło ma idealną, miękką konsystencję. Jest puszyste i kremowe. Szybko się rozsmarowuje, roznosząc przy tym wspaniały zapach. Nie wchłania się oczywiście od razu – to jednak masło i olej, ale po chwili na skórze nie ma śladu. Staje się ona bardzo miękka, elastyczna, mocno nawilżona. I pachnąca!
I jeśli sam kosmetyk jest świetny, to ogromne zastrzeżenia mam do jego opakowania. I nie tylko jego, bo mam akurat kilka produktów marki. Słoiczek może i całkiem przyjemny, ale etykiety są nieczytelne, nieostre i nieładne. Brzydko się odklejają, pozostawiając nieestetyczne wrażenie. W angielskim tłumaczeniu brakuje słowa, a gdzieniegdzie gubią się spacje. Ewidentnie brakuje też numeru serii i daty przydatności.
Nie określiłabym też tego masła jako kosmetyku stricte antycellulitowego, a tak właśnie jest opisane. Mieszanina ta, owszem, pomaga ujędrniać, a przez masaż dodatkowo wspomaga walkę z cellulitem, ale dla mnie to produkt raczej odżywczy i nawilżający. Brakuje tu po prostu składników ściśle wspierających terapie antycellulitowe.
Jest to kosmetyk do rozpieszczania. Do codziennej pielęgnacji ciała, które potrzebuje ukojenia i zmysłów, zmęczonych codzienną bieganiną. Co jakiś czas nakładam odrobinę masełka na twarz, zamiast wieczornego kremu. Jako kojący, mocno regenerujący plaster, dla suchej, podrażnionej skóry.
Masełko kupicie TUTAJ (Skarby Świata).
Facebook