Posts Tagged‘hydrolaty’

Prosta pielęgnacja OLEIQ

Mam taki obraz przed oczami. Chata, taka dawna, drewniana, pachnąca ogniem, z klepiskiem, piecem i rzędem suszonych ziół zwisających z sufitu. Ale zadbana, czysta, przestronna, jasna, z promieniami popołudniowego słońca zaglądającymi przez szyby, z koronkowym obrusem na sporym stole, świeżymi kwiatami w wazonie i ogromnymi pierzynami w białych poszwach. W ogrodzie rosną wiśnie, całe puszyste, przykryte białym kwieciem, pod nimi łąka obsypana żółtymi mleczami. ‘

W tej chacie jest specjalna półka, zajęta przez mrowie mniejszych i większych buteleczek, wypełnionych tym, co natura daje nam w darze. Najczystsze, najświeższe oleje i wody kwiatowe, które pani tego magicznego domu stosuje, aby zachować urodę, aby skóra jej wciąż była promienna, nawet pomimo tych kilku zmarszczek wokół oczu. Aby wciąż nie można było oderwać od niej wzroku.

Prosta pielęgnacja, sięgnięcie do korzeni, do natury, do źródeł, do samego sedna prawdziwego piękna. Do soków wyciśniętych z roślin, z ich pestek, nasion, ziela, kwiatów.

To wszystko właśnie mam przed oczami, kiedy myślę o nowej marce znanego nam już dobrze Sylveco. O olejach i hydrolatach OLEIQ.



I tak sobie myślę, że tego nam na rynku brakowało. Bo choć wiele marek ma w swojej ofercie wszelakie oleje i wody kwiatowe, to tylko tutaj wszystko zdaje się spójne, przemyślane, wzajemnie się uzupełniające. Jak klocki, z których budujemy swoje codzienne rytuały. Które wymieniamy w zależności od aktualnych potrzeb skóry, od pory woku czy po prostu – nastroju.

OLEIQ ujęło mnie na samym początku etykietami. A jakże! Zawsze zwracam na nie uwagę. I muszę przyznać, że najbardziej ze wszystkich marek-córek udały się one Sylveco. Tworzą nastrój, kreują historię, od razu i w pełni odpowiadają na pytanie o charakter i przeznaczenie marki. I tak idealnie współgrają z hasłem – prosta pielęgnacja! I jakie piękne są te delikatne rysunki botaniczne roślin! Dobrze wiecie, jak bardzo takie lubię.

Prosta pielęgnacja bazuje na idealnym połączeniu hydrolatu i oleju. 

Etykiety naklejono na proste, najbardziej w sumie popularne buteleczki z brązowego i kobaltowego szkła. Trzeba przyznać, że pasują one idealnie odkładnie do tego typu produktów. Są praktyczne i pojemne.



W ofercie OLEIQ znajdziemy 9 hydrolatów 100 ml – z róży, lawendowy, aloesowy, malinowy, z melisy, z mięty, z nagietka, z werbeny i ogórkowy, 6 olejków polecanych do pielęgnacji twarzy 30 ml – z pachnotki, pestek czarnego bzu, granatu, śliwek, truskawek i żurawiny oraz trzy oleje do ciała i włosów (które jednak także spokojnie można używać do twarzy) 100 ml – z czarnuszki, z nasion konopi i pestek wiśni.

Na razie tyle. Ma być ponoć więcej i jeszcze ciekawiej. Już jednak jest się czym zachwycać!

Organiczne oleje roślinne OLEIQ są w 100% naturalne i tłoczone na zimno, dzięki czemu nie tracą cennych składników podczas procesu pozyskiwania. Stanowią źródło witamin i składników odżywczych, które mają pozytywny wpływ na kondycję naszej cery. Doskonale pielęgnują skórę, włosy i paznokcie.

Hydrolaty OLEIQ – wody kwiatowe – posiadają niezwykłe właściwości, dzięki którym mogą z nich korzystać osoby o każdym typie cery, skóry i włosów. W zależności od rośliny z jakiej są pozyskiwane, mogą odświeżać, zmniejszać opuchnięcia, koić podrażnienia, nawilżać, tonizować, odżywiać i wzmacniać. 

I to wszystko czuć! Oleje są gęste, mają różne kolory – od jasnego żółtego po bury, ciemnozielony. Wszystkie intensywnie pachną, niektóre średnio przyjemnie, jak to świeże oleje, inne wprost cudownie! Bo czy wszyscy wiecie, jak pięknie marcepanowo pachnie olej z pestek śliwek? Chciałoby się go jeść! Okazuje się, że olejek z pestek wiśni także ma podobny słodkawy aromat.



Cudowne zapachy czuć też w hydrolatach. Tych klasycznych – różany wspaniały, lawendowy – no cudny! Jakby świeżą lawendą rzucono mi w twarz! Ale także nieco bardziej oryginalna mięta – pachnie lekko, orzeźwiająco, no – miętowo. Ogórek bardzo ogórkowy. Nagietek – zielny, letni. Nieco zawiodła mnie malina i werbena, bo nie czuć tych znajomych aromatów, ale same wody i tak są przyjemne.

Pewnie zapytacie, które oleje wybrać? Po który hydrolat sięgnąć na początku? Co ze sobą łączyć?

Pytanie słuszne i oczywiste, nie ma jednak na nie równie oczywistej odpowiedzi. Sami musicie zdecydować, co odpowiada Waszym potrzebom i upodobaniom. A dokładniej – Waszej skóry. To ona musi tutaj zdecydować. Ona musi pokochać dany olej lub nie niestety- go odrzucić. Z olejami nie jest tak łatwo, trzeba próbować – dosłownie – na własnej skórze. Zajrzyjcie na początek na stronę OLEIQ, zapoznajcie się z opisami i kierujcie się… intuicją!



Mogę jednak powiedzieć Wam, co mi przypadło najbardziej do serca! Po pierwsze – zakochałam się w hydrolacie nagietkowym, który jest dla mnie zupełną nowością. Coś jakby mieć zawsze pod ręką kojącą nagietkową herbatę, tylko lepiej. Spryskuję nim twarz i podrażnioną skórę i od razu jest lepiej.

A latem, już to wiem dobrze, cudnie sprawdzą się łagodzące hydrolaty z ogórka i aloesu – wiadomo, na skórę po słońcu. I jakże wspaniale orzeźwiająca mięta! I werbena też!

Różę jak kochałam, tak kocham. Ale ta lawenda… no… tak jak pisałam powyżej – jakby ktoś mi świeżymi kwiatami machał przed nosem. Wspaniała! Zaproponowałam Wam ją nawet w katalogu świątecznym, jako część zestawu na dobry sen. Spryskujcie się nią wieczorem, a potem zasypiajcie jak dzieci!

Co do olejów – uwielbiam wszystkie trzy te duże! Olej z czarnuszki pokochałam już dawno, od dawna go też nie miałam. Z wielką radością więc odkrywam go ponownie, na nowo. Ten jego głęboki czarnuszkowy zapach! Razem z olejem konopnym są polecane do skóry problematycznej, łagodzą stany zapalne, działają regulująco. Lubię je więc używać i do ciała i po kilka kropel na twarz, razem z hydrolatem nagietkowym. Najlepsze kombo do skóry trądzikowej!

A jeśli planujecie prezenty świąteczne bardzo polecam ten marcepanowy zapach oleju z pestek śliwek, smakowicie słodki – oleju z pestek wiśni i jakże zimowy, pełen witamin i również przyjemnie pachnący – olej z żurawiny. Wszystkie są lekkie, łatwo i szybko się wchłaniają. Z pewnością są świetne na początek przygody olejowej.

Nie no… patrzę teraz na tę małą olejową armię i wszystkie wydają mi się wspaniałe!



Pamiętajcie, że w tej prostej pielęgnacji OLEIQ chodzi o łączenie olei z hydrolatami. Wtedy ma to sens! Czyli najpierw spryskujemy oczyszczoną twarz wodą kwiatową, a na to nakładamy kilka kropel olejku. Czasem to wystarcza, czasem można nałożyć jeszcze krem. Sami zdecydujcie! Na ciało tak samo. Fajnie jest najpierw nawilżyć je hydrolatem, a potem wmasować olej. Choć oczywiście świetnie też sprawdza się po prostu sam olejek na skórę po kąpieli. Ważne, aby była ona wilgotna.

Jest więc w czym wybierać. Jak kombinować. Niechaj wyobraźnia doda Wam skrzydeł, a natura zwyczajnie – zrobi swoje. A jeśli któryś olejek Wam nie podszedł, nie poddawajcie się. Dajcie sobie i swojej skórze szanse. Wypróbujcie kolejny, który a nuż będzie tym idealnym. A poprzedni zużyjcie jako poślizg do masażu czy dodatek do kąpieli. I to jest właśnie fajne z tymi prostymi, czystymi składnikami – zawsze znajdzie się na nie jakiś sposób!

Więcej znajdziecie na Oleiq.pl. Produkty dostępne są na razie w drogeriach Hebe. Wkrótce pojawią się w nowych miejscach.


3 ulubione, najprostsze toniki na wodach kwiatowych

W prostocie tkwi moc! Mam zatem dla Was dzisiaj trzy moje ulubione, najprostsze, szybkie i skuteczne, no…w zasadzie wręcz cudne toniki na wodach kwiatowych. Używacie hydrolatów? Mi towarzyszą na co dzień. Kocham je! Za ich piękne zapachy, uniwersalność, kojące i antyseptyczne działanie na skórę. Wybrałam dzisiaj wodę różaną, oczarową i lawendową, czyli jedne z najpopularniejszych hydrolatów. Do nich dobrałam naprawdę proste dodatki, które nam toniki wzbogacą i wzmocnią ich działanie. Do dzieła!

SONY DSC

 

Tonik różany w różowej buteleczce

Skład

  • 25 ml wody różanej z róży damasceńskiej
  • 5 ml octu śliwkowego

Mieszamy wodę z octem. Kolor różowy to zasługa właśnie octu – wyrobu regionalnego, w którym się niedawno zakochałam i który już Wam opisywałam. Możecie oczywiście zastąpić go octem jabłkowym lub winnym. Tonik wspaniale i delikatnie odświeża skórę, reguluje jej odczyn, lekko zakwasza i doskonale przygotowuje do przyjęcia substancji aktywnych z kremu. Zapobiega odwodnieniu skóry, lekko napina. Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Pachnie – cudownie! Różami oczywiście.

Tonik oczarowy w zielonej buteleczce

Skład

  • 25 ml wody oczarowej
  • 5 ml gliceryny
  • 6 kropelek olejku bergamotowego

Całość mieszamy, przed użyciem wstrząsamy. Coś wspaniałego! Woda oczarowa działa ściągająco i antyoksydacyjnie, gliceryna nawilża, a olejek bergamotowy dodaje energii, działa silnie antyseptycznie, zapobiega trądzikowi i wszelkim wypryskom. Całość idealna, zwłaszcza dla osób o skórze mieszanej i tłustej. Zapach – lekkie połączenie oczaru i mocna bergamota – jest po prostu piękny. Uśmiech na twarzy gwarantowany.

Tonik lawendowy w niebieskiej buteleczce

Skład

  • 25 ml wody lawendowej
  • 5 ml oleju z czarnuszki / czarnego kminu

To nawet nie tyle tonik, co lekki płyn oczyszczający. Dodatek tłustego oleju pozwala bowiem doskonale oczyścić silniejsze zanieczyszczenia na skórze, nawet makijaż. Olej z czarnego kminu idealnie łączy się tu z hydrolatem lawendowym – oba regulują funkcjonowanie skóry, działają antyseptycznie, regenerują i zapobiegają powstawaniu niedoskonałości. Tonik wygładza, zmiękcza i odżywia. Zapach lawendowy dodatkowo ukoi zmysły. Ważne – przed użyciem wstrząsnąć!

Polecam!

SONY DSC

Robimy wodę lawendową w kawiarce

Genialny, prosty, naturalny i… jakże pachnący! To nie jest mój pomysł. Napisała mi o nim niedawno Hania Sobkowska – cudowna i mądra kobieta, która tworzy świece Green Dragonfly i niezwykłe miejsce – Synchronię, której fan page bardzo polecam Wam śledzić. No a ja, cóż… musiałam też sama zrobić. Bo pomysł na wyczarowanie wody lawendowej w zwykłej kawiarce uważam za genialny 🙂 Pozostało mi jeszcze tylko wyszabrowanie z ogrodu teściowej kwiatów i wzięłam się do pracy.

SONY DSC

SONY DSC

A ta jest naprawdę łatwa, szybka i przyjemna. Wystarczy w kawiarce, w miejsce kawy, umieścić kwiaty lawendy. Dolewamy wodę (Hania poleca zdemineralizowaną) i ustawiamy na ogniu. Kiedy górny pojemniczek się wypełni, nasza woda jest gotowa. Hania dodała także konserwant –  leucidal eco (konserwant naturalny z rzodkwi – można go kupić tu: http://mazidla.com/kategorie-poprodukt…/…/leucidal-eko-.html i tu: http://www.biochemiaurody.com/sklep/a-konserwant.html – to cytat z Hani).

Woda pachnie niesamowicie, intensywnie, wspaniale lawendowo. Służy mi za łagodny tonik, lekko ściągający i kojący, o właściwościach antyseptycznych i regulujących. Przelałam go do buteleczki z atomizerem, zamienia się więc czasami w mgiełkę lawendowa do całego ciała.

Ach…. Haniu, dzięki!

 

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Facebook