Moja lista prezentów

W tym roku nie będzie takiego Lili Katalogu Prezentów, jaki znacie z poprzednich lat. Mam jednak dla Was coś innego! Moją własną listę prezentów!

Czyli drobnostki i radostki, po prostu poprawiające nastrój, cieszące oko i zamysły. Rzeczy, które szczególnie przypadły mi do serca i które z radością widziałabym w swoim domu i na sobie!

Oby i tym razem udało się Was zainspirować!

Miłego obdarowywania!

  1. Almara Soap Mydło GINGERBREAD / Minti Shop
  2. Kolczyki wiszące / Parfois
  3. Kubeczek z serii YGNE / Homla
  4. Spodnie culottes | Vine z pięknym kolażem autorstwa Aleksandry Morawiak / MISS LIBERTÉ
  5. Doniczka Ernie / Jotex
  6. Kolorowe skarpetki THE UNICORN / Many Mornings
  7. Brelok Rifle Paper Co. – Supermama / Rzeczownik

  1. Tonik złuszczający AHA! POWER CZERWONA POMARAŃCZA + KWASY KWIATOWE AHA / delikatnie złuszcza i pobudza odnowę komórkową skóry. Wygładza i normalizuje, / YOPE
  2. Relaks – Herbatka ziołowa wspierająca relaksację i wyciszenie emocjonalne (z piękną grafiką!) / Napary od Sary
  3. Kolczyki z medalionem i gwiazdką / Parfois
  4. Wazon ROBERT Ś11xW15cm ciemnobrązowy / Jysk
  5. Wazon ADAM Ś12xW12 cm czerwony / Jysk
  6. Świeca sojowa – Róża damasceńska z pralinami Ładne Kwiatki / Triny
  7. Poduszka Prostokątna z Aksamitu (35×45 cm) Denov / Sklum

  1. Zimowy choco bowl – Zestaw naturalnych kosmetyków Zimowy choco bowl – mydło i balsam do rąk i ciała / YOPE
  2. Kubeczki w cytrusy / Trzask Ceramics
  3. UKVIAT Różowe Serum Anti-Stress – bogate w ekstrakty roślinne, minerały morskie, algi i ekstrakty z płatków róży damasceńskiej / Krem de la Krem
  4. Torba wielorazówka „Wie wiórka co dobre” – Projekt grafiki Aleksandra Morawiak / Psyjaciele
  5. Czapka zimowa Nieład różowa / Pan tu nie stał
  6. Krótkie kolczyki / Parfois
  7. Poduszka Prostokątna z Bawełny (35×55 cm) Geily / Sklum

  1. Szampon Zielona Herbata – pielęgnuje włosy, zwiększając ich objętość i nadając blask, a także widocznie przedłużając ich świeżość / Ministerstwo Dobrego Mydła
  2. Pojemnik YNGVE S17xD13xW18cm beżowy / Jysk
  3. Porcelanowa podstawka pod łyżkę Ladelle Artisan / Bonami
  4. Pojemnik ARDALA Ś10xH7cm mango / Jysk
  5. Poszewka Colors 45×45 / Boho Love
  6. Łyżki do sałatki ASKE / Jysk
  7. Zestaw 1 Dzban 2L i 4 Szklanki Brandon / Sklum

  1. Poszewka Asila 45×45 / Boho Love
  2. Poszewka Asila 30×60 / Boho Love
  3. Lubiana Zestaw spodków 17 cm / 6 szt. – STONE AGE / Morski / Helio
  4. Poduszka Perly Velvet / Sklum
  5. Komplet naszyjników z koralikami / Parfois
  6. Ciałocud Myjący olejek do twarzy i ciała Lawenda, Bergamotka, Mandarynka / Minti Shop
  7. Ceramiczna doniczka / Allegro

  1. Bloomingville Pojemnik z kamionki Serina / Westwing
  2. Poszewka Color 25×50 / Boho Love
  3. Piękna doniczka – osłonka ceramiczna / Allegro
  4. INDIE Kubek granatowy / Homla
  5. Całus pszczoły – pomadka ochronna do ust z miodem i woskiem pszczelim / Pasieki Rodziny Sadowskich
  6. Zielona marmurowa deska do krojenia i podawania / Allegro
  7. Torba shopper ze 100% juty z haftem / Parfois

  1. Czy-nie-cudowny talerzyk w cytryny / Trzask Ceramics
  2. Etui Na Karty z portmonetką z nylonu we wzór Paisley / Parfois
  3. Przepiękny Kalendarz 2022 – „Moons And Suns” / Aleksandra Morawiak
  4. Karteczka do cieszenia oczu zimą – pocztówka „Książka” / Rzeczownik
  5. Kolczyki z medalionem / Parfois
  6. Pojemnik Safari Desert / Boho Love
  7. Poduszka prostokatna bawelniana (30×50 cm) Takker Style / Sklum
  8. Resibo Ready to Glow ekspresowy peeling rozświetlający – bursztynowy pył i wulkaniczny perlit – drobinki o wielkiej mocy, odżywcza siła oleju z kamelii, łagodzące właściwości oleju z ogórecznika oraz bogactwo składników nawilżających i wygładzających / Resibo

Z łąk i lasów

Udało mi się dzisiaj wyrwać na chwilę. Ot, przed siebie, po wsiach okolicznych, z kijkami. Samej. Miałam szczęście, bo akurat i słońce wyszło. I mogłam iść, tak po prostu. Przewietrzyć głowę, myśli i marzenia. Pomyśleć nad nowym projektem, poszukać inspiracji w naturze. Nawet wlazłam w jakieś wielkie krzaczory, żeby zerwać trochę pięknych gałązek do zdjęć. I ten listopad jakiś łaskawszy się wydał. I te szarości brązowe z taką gracją się prezentowały. I odwiedziłam samotną brzozę, co to jeszcze niedawno kilka listków miała. I z kilkoma psiakami wdałam się w grzeczną dyskusję.

Wróciłam z różowymi policzkami, wielkimi równie różowymi gałęziami i spokojem w sercu.

A Wam podrzucam kilka projektów z moim łąkowo-leśnym wzorem, nad którymi niedawno pracowałam 🙂

Nie dajemy się szarudze!

Południowe słońce na twarzy

Pamiętacie może TEN wpis o pachnących kosmetykach rodem z Chorwacji?

Niedawno napisała do mnie ponownie Martina, właścicielka sklepu Dalmatinka, z którego owe kosmetyki pochodziły, że pojawiły się właśnie u niej super gąbeczki. No i czy nie zechciałabym takiej wypróbować, a potem i Wam pokazać. Jako, że wciąż tak tęskno mi do południowego słońca i wszystkiego, co przywodzi na myśl ciepłe morze, zgodziłam się chętnie.

Wraz z gąbeczką przyleciały do mnie inne cudowności – NARANCA – pomarańczowy krem do twarzy Herbae oraz kolejne urocze mydełko 757 The Sea Heart. A to właśnie ten kremik stanowi coś w rodzaju… przeniesienia tego południowego słońca na nasza buzię! Ale o tym za chwilę…

Zacznę od gąbeczek. Skąd się wzięły? Martina wyjaśnia na sklepowym blogu: z morza, a dokładniej z Adriatyku. Gąbki są w 100% naturalne, rosną w głębinach, jednak nie musisz się martwić gąbka morska to surowiec odnawialny. Podczas zbiorów doświadczeni nurkowie za pomocą specjalnych haków odcinają część gąbki, pozostawiając jej podstawę, co umożliwia szybki porost kolejnej gąbki dokładnie w tym samym miejscu.

Zadbaliśmy o to by farma, z której pochodzą gąbki dokładnie znała się na swoim fachu a przy tym dbała o środowisko morskie i tak rodzinna manufaktura AQUA SUB z Szybenika z 300 letnią tradycją zaopatrza nas w gąbki łowione u wybrzeży Adriatyku. Umiejętności i wiedza potrzebna do zbierania gąbek oraz sposób ich ręcznej obróbki przekazywane są z pokolenia na pokolenie w rodzinie nurków. Warto też wspomnieć, że zbieranie gąbek odbywa się na głębokościach sięgających do nawet 50 metrów.

Gąbki dostępne w naszym sklepie to gąbki z gatunku fine silk. Gatunek ten charakteryzuje niezwykła tekstura gąbki – bardzo miękka, delikatna dla skóry. Dzięki temu gąbki polecane są wszystkim, również dzieciom oraz osobom ze skórą wrażliwą i skłonną do podrażnień. Gąbka sucha jest sztywna, mięknie dopiero po kontakcie z wodą. Gąbki różnią się kształtem, mogą być grubsze lub płaskie.

Dodam od siebie, że gąbeczka jest jeszcze zwyczajnie urocza! I faktycznie mięciutka i przyjazna skórze. Bardzo spodobała się mojej córci. Jest też na tyle delikatna, że można nią myć buzię, bez obawy o podrażnienia, choć sama jednak mimo wszystko wystrzegam się gąbeczek w pielęgnacji cery problematycznej. Najbardziej lubię używać ją do ciała, razem z chorwackim mydełkiem. Czuję się wtedy, jakbym dopiero co wyszła z morskiej kąpieli i bardzo mi z tym dobrze.

Niezwykle ważne jest, aby taką gąbeczkę odpowiednio traktować. Po użyciu musi koniecznie być dobrze wymyta, a potem cała wyschnąć. Wtedy posłuży nam dłużej.


Wróćmy do kremiku! Dla mnie jest on właśnie takim południowym słońcem na twarzy! Kiedy jest mi źle i dopada mnie listopadowa chandra, wystarczy nałożyć go sobie odrobinę choćby na usta. Raz, że cudownie je odżywi, dwa – tak wspaniale pachnie świeżym olejkiem pomarańczowym, że od razu chce się żyć! Nie wiem, czy pamiętacie, że ten olejek właśnie ma właściwości antydepresyjne i dodające energii. Jeśli jeszcze uzupełnimy to całą mocą chorwackiego dobra w postaci pozostałych składników – oliwy z oliwek tłoczonej na zimno, oleju migdałowego, nierafinowanego wosku pszczelego, oleju z kiełków pszenicy tłoczonego na zimno – mamy południową odżywczo-energetyzującą bombę.

Jak widzicie po składnikach, nie jest to krem z dodatkiem fazy wodnej, a raczej gęste masełko. Jestem pewna, że super sprawdzi się u nas jesienią i zimą. Mam zamiar używać go na mróz, do buzi mojej i moich córek. Na razie sprawdza się idealnie jako treściwszy dodatek do mojego kremu na noc. Stosuję aktualnie krem, który cudownie pielęgnował cały ciepły sezon. Teraz jednak brakuje mu odrobiny mocniejszego odżywienia i ukojenia. A że go lubię bardzo, a także dlatego, że tak treściwych masełek nie nakładam samych na buzię, mieszam nieco oba produkty na dłoni i taką mieszaninę wklepuję w cerę. I to jest genialne!

No i jak pachnie! Naprawdę trudno się powstrzymać, przed spróbowaniem!

Krem polecam do stosowania także bardzo uniwersalnego – jak to naturalne masełko – do ust, do ciała, do przesuszonej skóry łokci czy pięt, jako kojący okład na skórę poszarzałą i podrażnioną, jako tzw. balsam SOS. Przy okazji zawsze poprawi nastrój!

A mydełko? Ponownie – za szybko się kończy 🙂 Jest jednym z tych naturalnych, pachnących olejkami eterycznymi (cudnie cytrusowymi znowuż) mydełek, które skóra tak lubi. I jakie ma ładne opakowanie! Polecam na prezent!


Wszystkie produkty znajdziecie w sklepie Dalmatinka.

I jeszcze ważna wiadomość od Martiny:

Promocja BLACK WEEK obejmuje pielęgnację do twarzy i ciała – mnóstwo produktów taniej aż do 20%!

Promocja trwa do końca dnia 29.11. *do wyczerpania zapasów

Zielony kalafior z bułeczką garam masala

Jak poprawić sobie nastrój w listopadową szarugę?

Jednym z najlepszych sposobów jest zapewnienie sobie kolorowych i aromatycznych doznań kulinarnych!

Naszym oczom serwujemy dawkę słońca, organizmowi masę witamin, a do tego jeszcze wzmacniamy naszą odporność sporą ilością rozgrzewających przypraw. No i najważniejsze – musi być pysznie!

Mam więc dzisiaj dla Was mój niedawny pomysł, który już skradł mi serce! Pomysł na zielonego kalafiora okraszonego ostro-słono-słodką bułeczką o aromacie garam masala, prażonymi migdałami i odrobiną cebulki dymki. Jeju, jakie to dobre!

Zielone kalafiory to moje tegoroczne odkrycie. Albo dobrze się wcześniej kryły, albo nie były aż tak łatwo dostępne. Teraz bowiem widzę je w prawie każdym warzywniaku. I sięgam chętnie, bo mają łagodniejszy smak niż zwyczajne kalafiory i o ileż piękniejszy kolor! Musiałam też znaleźć na nie swój własny sposób. I oto jest! Najpyszniejszy!

Zielony kalafior z bułeczką garam masala

Składniki:

  • 1 zielony kalafior
  • do gotowania – sól do smaku, łyżeczka cukru
  • 1/3 kostki masła
  • pół szklaki bułki tartej
  • 2 łyżeczki przyprawy garam masala
  • 1 łyżeczka czarnuszki
  • 1 łyżeczka miodu
  • ostra papryka do smaku
  • sól, pieprz do smaku
  • 3 łyżki płatków migdałów
  • 2 łyżki pokrojonego na drobno szczypioru cebulki dymki
  • szczypta słodkiej papryki

Kalafiora rozdrabniamy na różyczki i gotujemy w osolonej wodzie z dodatkiem cukru do miękkości. Takiej wiadomo – al dente.

Na patelnię przekładamy masło, garam masalę, czarnuszkę, miód, ostrą paprykę. Podgrzewamy, aż masło w większości się roztopi, dosypujemy bułkę tartą, sól i pieprz do smaku. Mieszamy dokładnie, żeby całość się połączyła i podsmażamy chwilę na małym ogniu, co chwilę mieszając.

Na osobnej patelni prażymy płatki migdałów, aż uzyskają lekko zarumieniony kolor.

Ugotowane różyczki kalafiora przekładamy na talerz, posypujemy bułeczką, migdałami i dymką. Całość oprószamy słodką papryką.

Smacznego!

Ostatnio

Drodzy, przesyłam Wam nieco złotego ciepła i słońca, które jeszcze niedawno gościło na naszym niebie. Wiem, że wraz z listopadową szarością pojawiają się smutki i zniechęcenie, wiem to dobrze. Mam więc nadzieję, że gdy tylko tutaj zajrzycie, zrobi się Wam cieplej na sercu. A wraz z Waszymi radościami i u mnie ona się pięknie rozwinie i powróci ten pełen chęci i zapału letni nastrój.

Tymczasem i ja walczę z szarością. Z brakiem słońca. I dnia w ogóle. Ledwie bobas zaśnie i rozpocznie swoją drzemkę, ledwie się z niej wybudzi, już się robi ciemno, zimno i ponuro i w zasadzie jakiekolwiek dłuższe spacery już odpadają.

Staram się podchodzić do tej listopadowej aury w sposób…. romantyczny. Postrzegać ją jako sentymentalne, melancholijne i budzące wręcz pewien wewnętrzny niepokój oblicze natury rodem z Wichrowych Wzgórz. Wpatrywać się w sunące chmury, wystawiać twarz do chłodnego północnego wiatru i marzyć o tym, że wystarczy zamknąć oczy i wraz nim polecieć gdzieś na południe, badać ile to jeszcze pozostało liści na okolicznych drzewach, sycić się nową paletą barw – przygaszonych brązów drzew, ciemnych fioletów wyschniętych winogron, wybijającej się czerwieni jagód na pobliskich krzaczkach i tej ferii brązowych szarości na naszej łące. Albo stanąć i nie móc oderwać oczu od samotnej małej brzozy z ostatkiem żółtych liści, pośród masy uschniętych nawłoci. Jak by nie patrzeć – jest to zwyczajnie piękne.

Energii dodają mi kolorowe, mocno aromatyczne eksperymenty w kuchni. Nowa fioletowa pościel, w którą tak cudownie się zawinąć i schować przed światem. Ulubione kokosowe jeżyki jedzone w tajemnicy. Gorące kakao zrobione przez starszą córcię, która robi je naprawdę przepyszne. A już chyba najbardziej to te chwile, tuż po przebudzeniu, kiedy patrzą na mnie wielkie uśmiechnięte oczy mojej młodszej córci (już ma pół roku!) i zachęcają do przytulasków i gilgotek. I to jest właśnie to, co mnie trzyma w pionie w ten nieprzyjemny, zimny czas.

Mogłabym też troszkę ponarzekać… Naszej suni, Misi, zerwało się więzadło w kolanie i musi mieć kosztowną operację. Kolejna fala pandemii znowu odbija się na mnie bardzo boleśnie, bo odwołano mi warsztaty w tym i kolejnym miesiącu, a to jest doprawdy spory cios. Szczepcie się więc, bardzo proszę. Bobas dopiero co wyszedł z nieprzyjemnej i groźnej dla niemowląt infekcji, przez którą nie załapaliśmy się na program bezpłatnych szczepień, na który bardzo liczyłam.

I na te smutki także bardzo, bardzo, bardzo staram się patrzeć pozytywnie. Misia dostanie jakąś tytanową czy stalową łapę (no, nie całą, tylko fragment kolana), na której ponoć będzie hulać bez obaw już do końca swych ziemskich dni. Ja mam więcej czasu dla bobaska i łatwiej ogarniać mi inne rzeczy. A Lilcia w końcu tę infekcję przeszła bardzo gładko, obyło się bez szpitali, jest więc silną małą dziewczynką.

A na dodatek – takie pisanie jest chyba samo w sobie formą terapii listopadowej! Bardzo polecam!


No…. przy okazji chciałabym polecić Wam dwie rzeczy, które tego polecenia są doprawdy godne!


Jakiś czas temu dostałam przedpremierowo książki Dagmary Chmurzyńskiej-Rutkowskiej, znanej jako Mama Pediatra – „Jak zadbać o zdrowie swojego dziecka. Radzi Mama Pediatra”, wyd. Muza.

Chętnie zgodziłam się na współpracę, bo zaczęłam odczuwać brak solidnej wiedzy zebranej w jednym konkretnym miejscu. Od czasu gdy Róża była niemowlaczkiem minęło już 10 lat, sporo więc istotnych rzeczy gdzieś mi tam z głowy zdążyło ulecieć.

To, co mnie ujęło w tej książce, a w zasadzie nawet zaskoczyło, to to, że czyta się ją tak niesamowicie lekko i szybko. Jest napisana bardzo prostym i zrozumiałym językiem. Autorka wręcz łopatologicznie tłumaczy czasem trudne zagadnienia, dzięki czemu i mi w głowie poukładały się rzeczy, które do tej pory stanowiły pewien chaos. Istotny wpływ ma tu też zapewne sposób podania poszczególnych zagadnień – przejrzystość tematów i ich poukładanie sprawiają, że nie trzeba od razu czytać wszystkiego i cierpieć potem na ból głowy z powodu natłoku faktów. Treści przeglądasz, zatrzymujesz się na tych, które cię akurat interesują, a o kolejnych zapisujesz sobie w głowie, żeby sięgnąć w razie potrzeby.

Książka jest więc bardzo czytelnym poradnikiem, który możesz mieć zawsze pod ręką i wracać do niego wraz z rozwojem dziecka lub w trudniejszych sytuacjach.

Mi osobiście bardzo spodobał się na przykład sposób wyjaśnienia różnic pomiędzy pierwszymi obowiązkowymi szczepionkami. Zdecydowaliśmy się wprawdzie na jedną, ale w zasadzie na chybił trafił. Dopiero teraz mam takie źródło, które pozwala podjąć świadomą decyzję, bo dokładnie wyjaśnia czym różnią się szczepionki płatne od tych refundowanych.

W książce jest tez jeden niezwykle istotny rozdział – Pierwsza pomoc w pigułce. Jest to naprawdę niewiele stron z szalenie istotna wiedzą, która powinien mieć każdy rodzić. Ten rozdział należy przeczytać koniecznie, na spokojnie, przeanalizować i mieć już na zawsze w głowie.

Polecam też rozdział, który opisuje kiedy leczyć w domu, a kiedy udać się do lekarza. Są to zagadnienia bardzo problematyczne, zwłaszcza dla młodych rodziców. Mamy więc podane najczęstsze dolegliwości wieku dziecięcego, takie jak gorączka, biegunka, kaszel itp. oraz najważniejsze informacje dotyczące tego, jakie mogą być przyczyny i jak reagować na objawy. Jestem pewna, ze tych kilka stron rozwieje bardzo dużo wątpliwości i pomoże podjąć decyzję o konieczności wizyty lekarskiej.

Nieco mniej dokładnie zgłębiłam rozdziały dotyczące ciąży, porodu i noworodków, bo to już za nami. Mogę jednak z czystym sumieniem polecić je każdej przyszłej mamie, zawierają bowiem całą masę niezwykle praktycznych informacji, które pomogą Wam przejść przez ten niesamowity okres.

Choć sama nie jestem zwolennikiem wgłębiania się w różnej maści poradniki dotyczące wychowywania maluszków, tę akurat książkę powinni przeczytać i mieć pod ręką wszyscy młodzi rodzice. O ileż wtedy będą spokojniejsi!

To masełko pokazywałam Wam już w Lili kilkukrotnie, przy okazji zdjęć produktowych, które wykonywałam dla marki Rosa. Panna Poranna. Nigdy jednak nie opisałam Wam go dokładniej… I jest to doprawdy niedopatrzenie, bo…

Bo jest to Masło różane z miodem wręcz genialne!

Zacznę jednak od małego przypomnienia – masełko jest mi szczególnie miłe, bo stworzyłam mu taką pszczelo-różaną oprawę graficzną!

Ale do rzeczy… Pachnie kusząco słodko, jak połączenie róży i miodu właśnie. Jest mięciutkie i łatwo się rozsmarowuje. A najważniejsze – przynosi natychmiastowe ukojenie! Taką ulgę dla przesuszonej jesienią skóry. Usta stają się od razu mięciutkie. Polecam na noc pod oczy – wspaniale odżywia. Polecam na zmarznięte buzie dzieci i mężów biegających wieczorami po lasach. Polecam na przesuszoną skórę łokci i pięt. Polecam na spracowane dłonie – kiedy już skończycie wieczorne ogarnianie świata, umyjcie je dokładnie, potem nasmarujcie hojnie masłem i odpocznijcie chwilę.

Masełko dostępne jest w dwóch pojemnościach. Mały słoiczek 15 ml z poprawiającym nastrój napisem „Jesteś piękna!” trzymam zawsze w torebce. Przydaje się wtedy doraźnie – do ust czy a buzię dziecka. A to większe – 60 ml – jest do codziennego stosowania. Jest niezwykle uniwersalne, nadaje się praktycznie dla wszystkich no i…. uzależnia 🙂

Mój jesienny umilacz, który przywodzi na myśl pełnię lata!

Masełka znajdziecie na stronie PannaPoranna.pl – wersja 15 ml i wersja 60 ml.

Nowości marki i sesja Biolaven

Całkiem niedawno marka Biolaven wypuściła serię nowości. Miałam przyjemność wykonać zdjęcia nowym produktom, a potem równie radośnie zabrałam się do próbowania.

I co? Hmm?

I już wiem!

Tych kilka kosmetyków wygląda całkiem niepozornie. Ba, trochę nawet giną zapewne w kosmetycznym tłumie. Mają bowiem zupełnie niepozorne opakowania reprezentujące całą serię. Nie wyróżniają się. A szkoda…

Każdy bowiem z tych kosmetyków jest naprawdę ciekawy. A nawet wyjątkowy!

Każdy jest oryginalny, przemyślany i wpisujący się we współczesne potrzeby i trendy. Naprawdę szkoda, że tak trochę giną w całej serii. Sądzę bowiem, że marka idzie w świetnym kierunku i stawia na bardzo nowoczesne, a jednocześnie tradycyjne podejście do produktów.

Najbardziej do serca przypadły mi oba kolorowe słoiczki. Jeden różowiutki z maską całonocną, drugi brązowy – z peelingiem enzymatycznym. Oba uwielbiam!

Maseczka rozjaśniająco-wygładzająca do zaawansowanej pielęgnacji każdego typu cery. Zawiera wyjątkowy ekstrakt z sycylijskich białych winogron, zawierający mieszaninę kwasów organicznych (AHA). W połączeniu z resweratrolem, kompleksem ceramidów, kwasem hialuronowym działa dwufunkcyjnie: rozjaśnia i rozświetla dzięki złuszczającym właściwościom kwasów oraz spłyca istniejące zmarszczki, silnie nawilża i znacznie uelastycznia skórę twarzy, szyi i dekoltu.

Maska świetnie zastępuje nocny krem. Jest treściwa, ale mimo to lekka. I ten kolor! Mam wrażenie, jakbym nakładała na twarz lawendowe wino. Może to te sycylijskie winogrona tak do mnie przemawiają… Spróbujcie – rano buzia jest bardzo wdzięczna!

Kiedy natomiast masuję cerę peelingiem enzymatycznym, wydaje mi się znowuż, jakbym nakładała na nią słodkie ciasteczko! Tak przyjemnie bowiem on pachnie. Masuję i masuję, zostawiam na chwilę, z potem dotykam i dotykam taką miękką, gładką skórę. Czysta przyjemność!

Bezwodny preparat działa złuszczająco dzięki zawartości enzymów papainy i bromelainy, które aktywują się w momencie połączenia z wodą. Delikatna formuła, łatwa w aplikacji sprawia, że peeling może być stosowany nawet przy najbardziej wymagających i wrażliwych cerach. Skutecznie usuwa martwe komórki naskórka, wygładza i wyrównuje koloryt skóry.

Ogromnie zadowolona jestem także z obu kosmetyków do włosów. Należę do tych osób, które męczą tradycyjne odżywki. Często o nich zapominam, nie lubię czekać i spłukiwać włosów po nich. Wybawieniem są tu więc produkty do spryskiwania po myciu! Całkiem niedawno polubiłyśmy z moją córcią dziecięcą odżywkę ułatwiającą rozczesywanie Sylveco Kids, a tu proszę – jest i wersja dorosła. A musicie wiedzieć, że włosów to ja mam sporo i rozczesywanie ich zawsze było udręką. Tymczasem, sięgam sobie po Odżywkę – mgiełkę do włosów i skóry głowy, która pachnie obłędnie lawendowo i od razu mi się te włosy rozczesują, a i jak ładnie przy tym wyglądają!

Na pewno słyszeliście o płukankach octowych, które mają zakwaszać włosy, przez co te stają się miękkie i lśniące. Można sobie takie zrobić w domu, a można też sięgnąć po Tonik do włosów i skóry głowy stworzony na bazie organicznego octu z czerwonych winogron. On z kolei pachnie wspaniale winogronowo. Stosujemy to to dwa razy w tygodniu na umyte lub suche włosy i cieszymy się ich wyglądem. Bardzo polecam jeśli tak jak ja, macie okrutnie twardą wodę w kranach.

Pora na dezodorant! I to jest chyba najlepszy dezodorant z całej oferty Sylveco! A przynajmniej najbardziej go lubię. Używamy razem z córcią, bo jest łagodny i naturalny. Stanowi coś w rodzaju kojącej emulsji na delikatną skórę pod pachami, która przy okazji zapobiega nieprzyjemnemu zapachowi. Bardzo polecam!

Naturalny dezodorant, zawiera kompleks ekstraktów o właściwościach ściągających (kora dębu, liść szałwii lekarskiej i kwiaty lawendy) i wraz ze składnikami absorbującymi pot, niweluje nieprzyjemny zapach. Kombinacja olejków eterycznych z bergamotki i lawendy w połączeniu z aromatyczną kompozycją winogronową pozostawia uczucie pachnącej świeżości i komfortu przez dłuższy czas.

Na koniec dwie pianki! Pierwsza – myjąca do twarzy, druga – do higieny intymnej. Obie szalenie delikatne i przyjemne w użyciu. Bardzo praktyczne i bezpieczne.

Pianka do twarzy zawiera kompleks składników zwiększających nawilżenie warstwy rogowej naskórka. Olej kokosowy, oliwa z oliwek i olej z pestek winogron oraz dodatek kwasu mlekowego gwarantują utrzymanie fizjologicznego pH i równowagi bariery hydrolipidowej. Alantoina i ekstrakt z lawendy wykazują działanie kojące, zmniejszają podrażnienia i zaczerwienienia. Jestem w trakcie drugiego opakowania i polecam z całego serca. Ładnie zmywa całodzienny trud i nie ingeruje w problematyczną skórę.

Pianka do higieny intymnej natomiast – dzięki zawartości ekstraktów z lawendy i szałwii lekarskiej, wykazuje działanie regenerujące, łagodzące i osłonowe. Skwalan i olej z pestek winogron, alantoina, panthenol i mleczan sodu zapewniają odpowiednie nawilżenie i przeciwdziałają podrażnieniom. Optymalne stężenie kwasu mlekowego pozwala utrzymać równowagę naturalnej mikroflory bakteryjnej, zapewniając uczucie czystości i komfortu. Również bardzo polecam do codziennego stosowania.


Wszystkie nowości Biolaven znajdziecie na stronie Sylveco.

A ja pozostawiam Was z częścią zdjęć z sesji produktowej marki!

Facebook