IN LOVE 12

Oto kilka kolejnych wspaniałości, wokół których nie można przejść obojętnie! Czyli coś do podziwiania, coś do zrobienia samemu, coś do używania i noszenia na co dzień, coś do zaczytania i totalnego wsiąknięcia! Czas na nowy post z serii IN LOVE!

 

 

Zakochałam się w tych kolczykach bez pamięci! W każdej z tych 3 par! Cudne, prawda? / Top Shop w Zalando

 

Czy to nie piękne dekoracje? Powieszone w oknie łapacze promieni słonecznych, z których przebijają piękne prasowane rośliny. A co najważniejsze – do zrobienia samemu! To jak? Zrobicie? / instrukcja na Monsters Circus

 

 

I kolejne zawieszki dekoracyjne do zrobienia samemu, które tak ogromnie mi się spodobały! Zainspirowane stylistyką Bauhausu cudne mobile znajdziecie na The House That Lars Built

 

 

A to coś dla wielbicieli tamborków, motywów roślinnych i tak modnych teraz owadów! Genialna Humayrah Poppins z pięknym profilem na Instagramie, który koniecznie trzeba śledzić!

 

Sporo ostatnio wynajduję pięknych obrazów, rysunków i fotografii na ściany. Szukam już czegoś wyjątkowego do naszego mieszkania! Ostatnio ogromnie spodobała mi się oferta sklepu Minted. Można oglądać i oglądać!

Powyżej Elemental layers – Melanie Severin, Out To Sea – Jess Franks, Seaside – Alexandra Nazari, Gone Coastal – Jess Franks, Mountain Range – Sadie Holden.

 

 

Zauroczył i wciągnął mnie mocno blog Design Crush! Bardzo polecam!

 

 

Na koniec kilka moich ostatnich miłostek w ekspresowym skrócie – część już Wam pokazywałam, o części pisałam, część się dopiero w Lili pojawi. Ciekawi mnie czy je już znacie i też tak lubicie?

Podkład mineralny Lily Lolo – super i na całą buzie i punktowo, jako korektor. Kolor blondie – idealny dla mnie / Costasy

Cosnature – marką, którą właśnie odkrywam! Ten kremik lekko koloryzujący z nagietkiem skradł moje serce! Więcej – już wkrótce w Lili! / drogerie Hebe

Leciutkie, przyjemne, świetnie uzupełniające pielęgnację serum wzmacniające Vianek. Co cery wrażliwej i naczynkowej, ale i u mnie dobrze się sprawdziło. / Sylveco

Żel aloesowy Equilibra stosuję od dawna i cały czas równie mocno kocham! Jako dodatek do innych kosmetyków lub sam – do ciała i na twarz, pod krem. Cudnie koi! / apteki

O ałunie pisałam już kiedyś – zajrzyjcie TUTAJ koniecznie! Uwielbiam po depilacji i na drobne ranki! / BliskoNatury.pl

Na koniec – moja ulubiona mgiełka i łagodzący tonik – hydrolat rumiankowy Okani Beauty! Psikam się kilka razy dziennie! uwielbiam! / Iwos.pl

 

 

Zauroczona: Inès Longevial

Znowu totalnie się zauroczyłam!

Tym razem w pięknych obrazach młodziutkiej paryskiej artystki Inès Longevial! Ma 26 lat, ale maluje i rysuje odkąd pamięta. W jej twórczości mocno odczuwalne są hiszpańskie wpływy – jej mistrzami i wzorami są Pablo Picasso i Pedro Almodovar. Inès w swojej pracy skupia się na połączeniu motywów roślinnych i anatomicznych, wypełnionych mocnymi barwami, które to właśnie tak mnie urzekły.

Każdy z jej obrazów z chęcią powiesiłabym w domu. Ogromnie podobają mi się te intensywne, ale całkowicie spójne pomimo swej różnorodności, połączenia kolorów. To one tworzą tę niezwykłą atmosferę, to one sprawiają, że w każde dzieło można się wpatrywać i wpatrywać. To one zmieniają niby oczywisty obiekt w coś mocno nieoczywistego. Piękne!

Polecam stronę Inès Longevial i sklep Inès.

 

Pomysł na paletkę do policzków – róż, rozświetlacz i bronzer

Przychodzę dziś do Was z pomysłem na kosmetyk i genialny i praktyczny! Zrobimy sobie bowiem uroczą paletkę delikatnych kosmetyków, które dodadzą każdemu Waszemu makijażowi dodatkowe 100 punktów na atrakcyjności! W bardzo prosty sposób, bazując na masełku shea, wosku pszczelim i łagodnym oleju ryżowym z dodatkiem kolorowych mik, stworzymy pustynno-słoneczny bronzer, delikatny niczym pyłek wróżki rozświetlacz i iście różany róż do policzków. Odrobina każdego z tych cudów, delikatnie wmasowana w skórę, doda jej blasku, pięknie ją rozświetli i pozostawi wrażenie świeżości.

Wasze policzki będą Wam wdzięczne! Ale nie tylko one!  Każdy kolor możecie wykorzystać jako cienie do powiek lub błyszczyk do ust. Muszę też wspomnieć, że dodałam do nich olejku lawendowego, dzięki czemu wsparliśmy paletkę o dodatkowe właściwości pielęgnujące, regeneracyjne i antybakteryjne, a naszym zmysłom zagwarantowaliśmy ukojenie. Super, prawda?

Ach, taki piękny pojemniczek na paletkę zakupiłam w sklepie indyjskim. Warto tam czasem dla takich skarbów zajrzeć! I koniecznie potem, przed użyciem, porządnie umyć i wyparzyć!

 

 

Paletka do policzków

Składniki / na dwie paletki:

  • 15 g masła shea rafinowanego
  • 10 g wosku pszczelego bielonego
  • 10 ml oleju ryżowego
  • 20 kropelek olejku lawendowego
  • pół łyżeczki miki / pigmentu Stare złoto
  • pół łyżeczki miki / pigmentu Snowflakes
  • pół łyżeczki miki / pigmentu Płatki róż (wszystkie miki z ZielonyKlub.pl)

W kąpieli wodnej roztapiamy masło i wosk. Dolewamy olej, mieszamy i ściągamy z ognia. Dolewamy olejek lawendowy i całość sprawnie przelewamy po równo do 3 osobnych miseczek. Dwie z nich warto pozostawić na malutkim ogniu w kąpieli wodnej, aby za szybko nie stwardniały. Do trzeciej dodajemy pierwszą mikę, energicznie mieszamy i przelewamy do pojemniczków. Czynność powtarzamy z pozostałymi tłuszczami i mikami. Paletki odstawiamy na pół godziny do stwardnienia. Całość oprószyłam miką Snowflakes, dla ładnego efektu 🙂

Aby nadać twarzy promienny wygląd, lekko masujemy palcem wybrany kolor, aż jego ciepło roztopi tłuszcz i pozwoli nabrać produkt na dłonie. Rozmasowujemy go równomiernie w palcach i delikatnie wklepujemy niewielką ilość w skórę.

 

Pokaż się z najlepszej strony!

Pokaż się z najlepszej strony! Pokaż, jaką wspaniałą jesteś osobą, jak wiele masz do zaoferowania! Przedstaw się, zaintryguj, pozostań w pamięci!

Trzeba się wyróżniać, o czym zapewne doskonale wiecie. A nic nie zobrazuje zarówno Waszej osoby, jak i usług lub produktów, które oferujecie lepiej, niż dobrze dopasowana identyfikacja wizualna.

Przejrzyste, proste, zwracające uwagę, ale w tej dobry sposób, logo, dobrane do specyfiki marki barwy i wzory, zaprojektowane z należytą pieczołowitością wizytówki, papier firmowy, gadżety promocyjne, etykiety, broszury, ulotki, banery – wszystko to ma bezpośredni wpływ na relację z klientami. Na sposób, w jaki jesteście postrzegani, na decyzje Waszych przyszłych i obecnych klientów i współpracowników, na przyszłość Waszej firmy.

Pokażcie się więc z najlepszej strony!

 

Chętnie Wam w tym pomogę!

Zapraszam do skorzystania z usług graficznych!

Jeśli bliska Wam jest estetyka, którą prezentuję na tym blogu, wejdźcie na moje portfolio – LiliCreative.pl lub napiszcie na lilinatura@lilinatura.pl

Serdecznie zapraszam do współpracy!

Kolory #03

W mojej kolorowej serii przyszła kolej na nieco mocniejsze połączenia!

Dzisiaj króluje intensywny, piękny szmaragd, z głęboką czernią i bardzo kobiecym różem – tym brudno-pudrowym i w wersji różowego złota. Całość oprószona motywem gwiazd. Bo jakoś nie chcą mi wyjść z głowy te ostatnie perseidy!

 

  1. Kolczyki gwiazdki w różowym złocie Tous
  2. Naszyjnik z gwiazdką w różowym złocie Tous
  3. Kurtka typu biker Promod
  4. Szmaragdowa sukienka z tiulu Uterque
  5. Zegarek Mia Mermaid Stories
  6. Szmaragdowa torba Bershka
  7. Buty Glamoursy Mum short pink stars A&P Moccs
  8. Czarna torba Reserved

Kiedy tata jest daleko…

Los jest przewrotny. Nie zawsze układa się po naszej myśli. Nie zawsze oferuje nam to, czego naprawdę potrzebujemy. Stawia przed nami wyzwania i trudności, z którymi jakoś trzeba się mierzyć. I tak mojej Róży los zafundował wyjazdowego tatę. Jak sobie radzić w takiej sytuacji? Jak podtrzymywać więź między dzieckiem a ojcem? Nie jest łatwo, ale jak się chce to się da!

Jest nas naprawdę dużo. Osób z podobną sytuacją. Sama zaglądam od czasu do czasu na strony innych mam, które borykają się z takimi samymi problemami. Rozumiem je doskonale, utożsamiam się, uśmiecham, czytając o codziennych trudnościach. Z drugiej strony nieraz spotykam się także z komentarzami dziewczyn, które piszą, że one by tak nie mogły. Że rozłąka nie wchodzi w grę. Też tak kiedyś myślałam. Dawno już temu, kiedy szykowaliśmy się do półrocznego (!!!) wyjazdu mojego męża na misję. Pamiętam bunt, który we mnie siedział i ogromny smutek. I pytanie – jak ja sobie poradzę z rocznym dzieckiem sama?

I wiecie co? Poradziłam sobie. Dało się. I cały czas uśmiecham się na wspomnienie tej ogromnej radości, kiedy On w końcu wrócił do domu.

Ciężko jest dyskutować z losem, walczyć z nim. Planujemy zmiany, może za jakiś czas osiądziemy wszyscy razem na dobre w naszym nowym mieszkaniu. Tymczasem jednak, zamiast marnować energię na żale i strachy, lepiej nastawiać się pozytywnie i wyczekiwać tych najmilszych momentów powrotu. Tych dni, kiedy pakujemy się z Różą do samochodu i jedziemy na lotnisko. Stoimy przy rampie i żartujemy, że każdy wychodzący pan to tata. Aż w końcu pojawia się ten prawdziwy i dziecko leci w jego ramiona.

Ale wracając do meritum… bo o ile ja już jakoś sobie sama radzę, o tyle cały czas boję się o Różę. Wyjazdy nie są już na szczęście aż tak długie, ale nawet 2-3 miesiące to kawał czasu. A Róża ciągle rośnie, coraz więcej rozumie, coraz bardziej to przeżywa. Choć i tak uważam, że źle nie jest. Nieobecność taty raz na jakiś czas stała się dla niej codziennością. Mimo to, mamy kilka sprawdzonych patentów na podtrzymywanie córeczkowo-tatusiowej relacji! Oto one:

  • Może to zabrzmi banalnie, ale stanowczo najważniejszy jest sposób spędzania czasu z dzieckiem w trakcie obecności taty w domu. Mam to szczęście, że mój mąż od samego początku bardzo angażował się we wszystkie obszary zajmowania się i wychowywania małej. W trakcie tych tygodni, kiedy jest z nami, spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. I choć często jestem z nimi, wiem też jak ważne są ich wspólne wypady, tylko we dwójkę, czy to na samo popołudnie czy na dłużej. Ich wspólne wieczory z „domowym” kinem, wspólne oglądanie bajek, a potem śpiewanie piosenek (mam tu na myśli głównie Vaianę i Krainę lodu :D), wspólne godziny poświęcone rozmowom, łaskotkom i udawaniu niedźwiedzia, spanie pod namiotem, itp. Właśnie ten czas pozwala spokojnie wytrzymać nieobecność taty.
  • Technologie! Równie to banalne, ale jakże istotne. Jak to moja koleżanka napisała przy zdjęciu z początku tego posta, że „ponoć technologie oddalają”. No nic bardziej mylnego. Zwłaszcza w przypadku wyjazdowych rodziców. Mamy niestety tą gorszą sytuację od wielu innych rodzin, że mój mąż czasem jest odłączony od internetu na 1-2 tygodnie, czasami znowuż ma bardzo słaby zasięg… Kiedy jednak osiada na chwilę w jakimś hotelu w Omanie czy w Dżibuti, albo w willi na Sri Lance, możemy śmiało widzieć się i rozmawiać godzinami na Messengerze. I tak wieczorami czyta tata Róży bajki na dobranoc. I to takie, które sam pisze! A potem my spędzamy razem wieczory. Albo chodzi z nami w tym telefonie na spacery na łąki czy do lasu. Rozmawiamy, śmiejemy się, on widzi to, co my. My widzimy jego. Nie wiem doprawdy, jak sobie kiedyś radzono bez internetu…
  • Polecam bardzo rozłożyć w domu trochę zdjęć z tatą. Zawsze sobie można na niego spojrzeć, kiedy tęskno.
  • Od niedawna Róża ma także małą poduszkę, na której nadrukowano zdjęcie Stacha! Wprawdzie to ja ją dostałam na urodziny, ale jeszcze tego samego dnia zabrało mi ją dziecko, a ja w sumie nie oponowałam. Śpi na niej codziennie, przykłada swoją malutką główkę do oblicza ojcowskiego i zasypia. No, słodko…
  • Bardzo ważne wydaje mi się wypełnianie czasu Róży. Żeby bez taty było także wesoło. Żeby jej nigdy przypadkiem do głowy nie przyszło, że z mamą to jest gorzej, ale po prostu inaczej. Staramy się więc często gdzieś wychodzić, kogoś odwiedzać, gdzieś jechać. Do tego stopnia, że w niedzielę dziecko było zachwycone faktem, że cały dzień spędzamy w domu… No, trzeba tu jakąś równowagę też znaleźć 🙂
  • Mamy takie rzeczy, które bardzo nam się kojarzą z tatą. Czasami na przykład puszczamy piosenkę kraba Tatamoy z Vaiany, bo wiemy jak bardzo ją tata lubi. Ot, tylko dlatego.
  • Albo opowiadamy sobie o tym, jaki tata jest dzielny, co robi, oglądamy zdjęcia, które nam podsyła i pękamy z dumy.
  • A kiedy już znudzi nam się ta samotność, kiedy już nie mamy nowych pomysłów, wtedy właśnie tata wraca!

Chciałabym tu jeszcze jedną istotną rzecz napisać. Niezwykle ważne wydaje mi się, aby w tych wspólnych dniach tata zachowywał się jak zwyczajny tata, który może tylko więcej czasu spędza z dzieckiem. Aby nie pozwalał na więcej rzeczy niedozwolonych, aby nie rozpieszczał, nie obdarowywał słodyczami i niepotrzebnymi zabawkami, tylko dlatego, że ma wyrzuty sumienia. Aby nie było tak dużego kontrastu pomiędzy czasem kiedy tata jest i „mogę wszystko”, a czasem, kiedy go nie ma i „mama wszystkiego zabrania”. Pewnie wiecie, co mam na myśli. U nas na szczęście tak się nie dzieje, ale znam podobne przypadki i boję się, że dzieci mają wtedy straszny chaos w głowach. Trochę w myśl tej zasady Staszek przywozi nam zawsze jakiś drobiazg z podróży. Ale dosłownie – drobiazg. Żeby dziecko (i żona) się ucieszyło, ale żeby nie czekało na prezent, a na tatę.

Jakie są Wasze doświadczenia? Wiem, że część z Was jest w podobnej sytuacji lub było w dzieciństwie. Może macie jakieś swoje sprawdzone patenty? Chętnie o nich przeczytam!

Facebook