KategorieŻycie

Sezon ogórkowy

No i nadszedł nam piękny czerwiec. Wybujał niespodzianie, wypełnił mnie całkowicie zapachem akacji i jaśminów. I niesie mnie ten zapach, wyprowadza z domu w co drugi wieczór i pozwala biec. I biegnę. I zapominam o całym bożym świecie. I dobrze mi, bo i zdrowe to, i pozwala zresetować umysł, i figura jakaś taka znośniejsza się robi 🙂 Czasem, jak biegam, zamykam na chwilę oczy i chłonę dźwięki i zapachy. Kiedy indziej wpatruję się w niebo przez dłuższą chwilę (spokojnie, tam gdzie nic mnie nie przejedzie!). Albo zaglądam do mijanych ogródków, w okna domów, podglądam przez krótką chwilę inne życia. I biegnę dalej. Coraz dalej.

Uwielbiam to!

Ale nie samym bieganiem czerwiec stoi. I o tym miał być ten post. Zaczął się bowiem sezon ogórkowy w Lili, ten metaforyczny oczywiście. Oznacza to, że cała masa pomysłów, które siedzą sobie w kolejce gdzieś w mojej głowie, nie może doczekać się realizacji. Co rusz wypada mi bowiem coś innego, co zrobione być musi. Są to na szczęście same szalenie interesujące projekty, nad którymi „siedzenie” sprawia mi masę przyjemności, a którymi, mam nadzieję, będę się z Wami za czas jakiś dzielić. Do tego jutro wybieramy się z mężem moim, który przyjmuje rolę kierowcy i asystenta, na Mazury, na warsztaty. Za tydzień wypada długi weekend, kiedy to chcemy zrobić sobie krótki wypad w góry. Potem może uda się wyskoczyć na wakacje. Sami widzicie – sezon ogórkowy w pełni.

I to też uwielbiam!

Ale zaglądajcie, proszę, tu od czasu do czasu, bo ja bez tej mojej Lili to za długo nie mogę wytrzymać! No i tyle rzeczy czeka na pokazanie…

Uwielbiam czerwce!

Podróż sentymentalna

Jest takie miejsce, do którego wracam, kiedy mi źle. Zamykam oczy i przenoszę się w czasie i przestrzeni. Jest takie miejsce, całkowicie wyjątkowe, które mnie ukształtowało. Które mnie otworzyło na świat i na ludzi. W którym przeżyłam jedne z najpiękniejszych chwil w życiu. W którym mogłam być całkowicie sobą, akceptowaną, szaloną sobą.

Nie byłam w tym miejscu z 14 lat. Szmat czasu. Szmat życia.

Miejsce to ukryte jest przed światem. Teraz już prawie całkowicie. W sercu najpiękniejszej z krain – Mazur.

Postanowiłam je odnaleźć!

Korzystając z jednego, krótkiego przedpołudnia, które spędziłam wczoraj na Mazurach, przy okazji moich warsztatów, wybrałam się na poszukiwania….

Czemu jest tam wyjątkowo? Pewnie nawet nie zwrócilibyście na nie specjalnej uwagi. Ja tam natomiast ukryłam wspomnienia pięciu pięknych przełomów czerwca i lipca, kiedy to jeździliśmy tam na obozy. Długie, harcerskie, żeglarskie obozy, pełne całkowicie zwariowanych, pięknych momentów. Pełne uniesień, wzruszeń, śpiewów i ognisk. Pełne komarów, zimnych nocy i zatęchłych koców. Pełne śmiechu i przygody. Pełne pierwszej młodości i beztroski.

Nie od razu znalazłam ten właściwy skręt. Zarósł, zmienił się. Trochę chyba, jak ja. Przejechałyśmy więc samochodem sporo dalej, zawróciłyśmy już spacerem. Najwspanialszą z dróg, taką wiecie – ubitą, wiejską, prowadzącą najpierw pośród morenowych pagórków, z widokiem na jezioro, krowy i bociany, na wrzosowisko nasze ukochane, a potem przechodzącą w las, stary, wysoki, tętniący świeżą zielenią las.

W końcu się udało. Przecież na przeciwko zawsze była taka charakterystyczna przecinka! Biec mi się chciało, śmiać, płakać. Niesamowite emocje powstają w takich momentach. Ciężko je opanować.

No i stał tam ten nasz obóz. Bez namiotów, bez nas, bez pieca, bez łódek. Wszystko całkowicie zarośnięte, zamazane. Ale była za to stara ławeczka, były resztki mostku nad dróżką do kuchni, był jeszcze krąg kamienny na ogniska. Sporo takich pozostałości znalazłam. Niczym odkrycia archeologiczne. I nawet był jeszcze pomost, przy którym cumowaliśmy łódki. Rozwalony, zatopiony, ale był.

I była masa komarów. I okrutny krzyk rybitw znad pobliskiej wyspy, na której siedziało ich zawsze z milion. Że też to nigdy nie przeszkadzało?

I oczywiście była relacja na żywo na fejsbukowej konwersacji z tymi samymi ludźmi, z którymi tam właśnie spędziłam tyle czasu.

No powiem Wam kochani, że to była właśnie prawdziwa magia!

 

33

No i stuknęło… Niniejszym oświadczam, że weszłam wczoraj w zacny zaiste wiek trzydziestu trzech skończonych lat. Wierzcie mi lub nie, ale jeszcze całkiem niedawno ta liczba wydawała mi się całkowicie nierealna.

A tu stuknęło…

I zastanawiałam się cały wczorajszy dzień (no, nie cały, ale kilka razy mi przemknęło przez myśl), czy nie zrobić z tej okazji nieco bardziej poważnego wpisu. Takiego, wiecie, z podsumowaniem. O tym, że się zmieniamy, oceniamy, porównujemy… Ale nie! Smędzić nie będę!

Bo tak naprawdę miałam wczoraj niezwykle przyjemny dzień. Okraszony babskimi smuteczkami, wizją rychłej starości, niespełnionych marzeń i innych durnych durnotek, które na szczęście mijają. Ale w sumie naprawdę przyjemny. I to tym dniem, dobrym dniem, się z Wami dzielę.

Nie było dużego świętowania. Nie wczoraj w każdym razie, świętowanie było w weekend. Wczoraj natomiast co rusz zaskakiwał mnie ktoś jakimś miłym słowem, telefonem, smsem, mailem, massengerem i nawet zwykłymi facebookowymi życzeniami. Co rusz zaskakiwał mnie ktoś pamięcią o mnie. I to tak bardzo, ale to bardzo, bardzo doceniam. Po każdym takim zaskoczeniu czułam się dobrze, lepiej, ba – wspaniale. I nawet nie wiecie, ile we mnie jest wdzięczności za to, że mam ten zaszczyt istnieć w tych życiach cudzych, raz bliższych, raz bardzo już dalekich. Że jestem tam gdzieś, w historii, w świadomości, w nieświadomości. Że mam z kim świętować takie w sumie małe i niespecjalnie dużo znaczące moje święto.

Ach, i była jeszcze wisienka na torcie!

Otóż dzień wcześniej mój mąż wypłynął z zasięgu i miało z nim nie być żadnego kontaktu przez wiele dni. A wiecie jak to jest – zawsze lepiej te urodziny przeżywać razem, nawet jeśli tylko klikając sobie w klawiaturę. Aż tu nagle, wybija 22, a moja komórka wydaje ten charakterystyczny dźwięk messengerowej wiadomości. I co ja tam widzę? No, już wiecie co ja tam widzę! Udało się zdobyć internet!

Tak, to był dobry dzień !

I korzystając z sytuacji, bardzo, ale to bardzo dziękuję Wam, ze jesteście cały czas ze mną!

Dzień domowy + dwie informacje

Kończy się w końcu ten dziwaczny tydzień przestawiania się z „jest mąż” na „mąż wyjechał na długo”. Cała ta skomplikowana operacja układania sobie codzienności na nowo zakończyła się, muszę stwierdzić, chyba z powodzeniem. A wiecie o mi najbardziej pomogło? Nasz wczorajszy dzień domowy.

Jakoś tak mi ta moja Róża rano kaszlała, że postanowiłam zatrzymać ją na dzień w domu. Zbliża się dosyć intensywny czas, bardzo mi więc zależało, żeby się nie rozchorowała. Pogoda akurat całkowicie się załamała, w Tatrach spadł śnieg, co pół godziny nad Krakowem przechodziła ulewa i panowały egipskie ciemności, a na dodatek panowie robotnicy, którzy ocieplają nam blok, postanowili od rana wiercić tuż przy naszych oknach, co skutecznie uniemożliwia skupienie się nad jakąkolwiek pracą. Dzień domowy stanowczo wydał się tu najlepszym rozwiązaniem.

I był to doprawdy wspaniały dzień. Robiłyśmy to, na co miałyśmy ochotę. Obejrzałyśmy razem Barbie z Jeziora Łabędziego, poczytałyśmy coś niecoś, połaskotałyśmy się, pomalowałyśmy razem farbami (efekty powyżej!), polepiłyśmy bomby kąpielowe (wkrótce Wam pokażę – cudne), nasmażyłyśmy naleśników z serem i konfiturą malinową na ciepło. Takie całkowite – nic specjalnego, a jednak coś wielkiego. Taki wspólny czas, który docenia się najbardziej, a nawet w weekendy rzadko się przytrafia, bo zazwyczaj mamy coś zaplanowane. Niespiesznie, spokojnie, na luzie.

I od razu zrobiło się lepiej. Mi w głowie, a Róży tak ogólnie  – na chorobę się już nie zapowiada. I od razu mamy nową energię na intensywny weekend z przyjaciółmi na wsi, na jeszcze bardziej intensywny początek tygodnia z warsztatami i na świętowanie Wielkanocy.

Też lubicie takie dni domowe?

Przy okazji mam dla Was też dwie ważne informacje!

Po pierwsze, na Facebooku ponownie czekają na przygarnięcie pozostałości z Lili in the Garden – tym razem dwie piękne druzy agatu.

Zapraszam TUTAJ!

 

Po drugie, poproszono mnie, aby poinformować Was o Targach Kosmetyków Naturalnych EKOCUDA. A że ja takie inicjatywy bardzo lubię i bardzo popieram – niniejszym to czynię! Wpadajcie na targi do Warszawy 22 i 23 kwietnia!

 

 

Zapisz

Zapisz

Co porabiam w marcu i trochę dobrej próżności

Wiosna zaczyna się bardzo przyjemnie. Jeszcze chwila i wybujają mi przed oknami wszystkie drzewa. Zamierzam podziwiać je z balkonu z kubkiem gorącej kawy i twarzą skąpaną w promieniach ciepłego słonka. Za to właśnie uwielbiam moje życie freelancera.

Nie to, żeby nie miało sporo wad, ale skupmy się na zaletach. I na tym, nad czym ostatnio pracuję! A dzieje się sporo, co mnie bardzo cieszy. Co rusz otwierają się jakieś małe, nowe drzwiczki. Niektóre ledwie się uchylają, inne otwarte są wręcz na oścież. A ja łapię tę drogi nowe i możliwości i staram się wykorzystać wszystkie jak najlepiej!

Co tam więc ciekawego porabiam? Otóż…

  • Bardzo mocno skupiam się ostatnio nad obłaskawianiem Illustratora. Powiem Wam, że jestem całkowicie, ogromnie, no… przeogromnie nim zachwycona! Uczę się online, ze słuchawkami w uszach, opatulona w ciepły kocyk, przeskakując co rusz z kolejnego filmiku do programu i odkrywając wciąż nowe możliwości. I tylko z ust, co jakiś czas, wydobywam dziwne dźwięki, które mają w pokraczny sposób wyartykułować mój zachwyt. I już nie mogę się doczekać, aż zacznę używać go na poważnie!
  • Równie ogromnie, jeśli nawet nie mocniej cieszę się z faktu, ze odkąd ruszyłam z moją nową warsztatową stroną, zauważam znaczny wzrost zapytań o organizację warsztatów kosmetyki naturalnej. Kalendarz więc powoli wypełniam, odpisuję na masę maili, tworzę nowe, ciekawe programy (ostatnio tworzyłam wyjątkowe doprawdy piwne warsztaty!) i uśmiecham się w duchu. Jeśli więc planujecie w swojej firmie spotkanie integracyjne, zajrzyjcie koniecznie na LiliGarden.pl!
  • Love my job! Bo jakże inaczej mogłabym określić moje marcowe zlecenie? Jestem bowiem w trakcie opracowywania menu zabiegowego dla małego gabinetu o profilu naturalnym. A musicie wiedzieć, że lubię to bardzo. Komponowanie wyjątkowych rytuałów, tworzenie atmosfery, kreowanie wizerunku, wymyślanie dedykowanych przepisów to stanowczo mój żywioł!
  • Cały też czas jestem z Wami na BliskoNatury.pl, gdzie mogę w pełni wyszaleć się graficznie przygotowując kolejne promocje, banerki, konkursy, newslettery, etc.
  • Regularnie porywa mnie Facebook. Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że trafiam tam na tak długo… służbowo. Tak to jest, jak się prowadzi na raz 3 fanpage!
  • Jestem w trakcie przenoszenia pewnego bloga na WordPress – tworzymy jego całkiem nowy wizerunek! Jak już będzie gotowy, jak wszystko będzie dopracowane według pomysłu mojego i autorki, z pewnością się pochwalę!
  • Jestem też tu oczywiście, z Wami, z głową pełną pomysłów, kolorów i wiosny. Zapowiada się kilka ciekawych współprac, kilka miłych spotkań, pojawią się nowe przepisy i masa inspiracji. Nie może Was w Lili zabraknąć! Poważnie też zastanawiam się nad wznowieniem Wiosennego Plebiscytu na Najlepsze Kosmetyki Naturalne! Jak myślicie?
  • Na koniec, choć w sumie to najważniejsze – staram się czerpać ile można z takiej naszej rodzinnej codzienności. W marcu mój mąż jest w domu, jakoś pod jego koniec lub na początku kwietnia będzie wyjeżdżał do pracy. Musimy więc korzystać na całego i w całym tym zamieszaniu znaleźć jak najwięcej czasu na siebie, na wspólne kawki/herbatki/śniadania/obiadki/spacery/tulania/wypady do przyjaciół/przyjmowanie przyjaciół i nasz wyjątkowy rytuał – wieczorne oglądanie Przyjaciół. 🙂
  • Ach! Zapisałam się jeszcze na kurs fotografii! Czas poznać w końcu jej tajniki i przestać używać wyłącznie automatu, prawda? 🙂

A przy tym wszystkim trzeba znaleźć choć minutkę, żeby przystanąć przy pobliskim krzaku i zapatrzeć się w jego pąki!

No dobra… czas na próżność… Ale nie mogę się powstrzymać! I nie jest to nic wielkiego, ot drobna refleksja, ale sprawiła wczoraj, że poczułam się bardzo dumna, że uśmiech zakwitł mi na twarzy od ucha do ucha, a pewność siebie wzrosła do znacznie wyższego poziomu niż na co dzień. Czemu? Tak po prostu zajrzałam na tę moją nową stronę- na LiliGarden.pl. Przyjrzałam się raz jeszcze dokładnie, zajrzałam do poszczególnych zakładek. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam ją sama, samiutka, że są tam wyłącznie moje zdjęcia (poza tymi, na których jestem ja) i że są super, że logo zrobiłam i resztę grafiki, że jest tam moja własna książka, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak chciałam.

I pomyślałam, że zdolna jestem. I to było dobre uczucie! Bo taka mała próżność jest w życiu potrzebna, czyż nie?

O wyższości randkowania z własnym mężem

Randkujecie, dziewczyny, z mężami? Bo ja muszę Wam powiedzieć, że takie randkowanie ogromnie lubię. Może nie wychodzi nam to jakoś często, ale od czasu do czasu pojawia się okazja, dziecię zostawiamy u dziadków i wybieramy się na miasto.

I tak, po ostatniej naszej piątkowej randce romantycznej, pełnej perliczek w auszpiku z jajami przepiórczymi i policzków (te policzki to opanowały teraz restauracje!) wołowych, uświadomiłam sobie, że takie randkowanie z własnym mężem ma całą masę zalet!

I to jakich!

Oto więc te, które uważam, za najistotniejsze:

  • Możesz się odstrzelić, ubrać rzadko ubieraną sukienkę i wymalować usta na wyjątkowo mocny kolor, ale nie musisz obmyślać tego stroju przez cały poprzedzający tydzień! (mąż i tak pochwali!)
  • Przygotowujesz się do randki na totalnym luzie, nie zawracasz sobie głowy wymyślaniem możliwych scenariuszy, nie stresujesz się czyjąś opinią, cieszysz się chwilą i…
  • …i spokojnie możesz się spóźnić. On poczeka 🙂
  • Nie musisz udawać, że nie jesteś głodna, nie musisz zamawiać lekkiej sałaty. Spokojnie możesz pokusić się na te policzki wołowe, nawet z czystej ciekawości.
  • Równie spokojnie, bez obciachu, możesz spróbować wszystkich dań męża. I odwrotnie. A potem śmiać się, kto lepiej wybrał.
  • Z góry wiadomo kto płaci rachunek!
  • Możesz ponarzekać, pośmiać z kelnerów, roztkliwić się nad dzieckiem (ale to tylko chwilkę krótką). Własny mąż i tak ma już swoje zdanie na twój temat.
  • A jeśli spóźnicie się po kolacji do kina lub uznacie, że jednak nie macie na nie ochoty, z uśmiechem wracacie do domu, otwieracie winko/piwko, zaszywacie się pod kołderką i oglądacie szósty sezon Przyjaciół.

Nie pozostaje więc nic innego, jak się na taką kolejną randkę umówić, prawda?

Też lubicie?

Facebook