KategorieŻycie

Dzikie dziecko

Chciałabym mieć dzikie dziecko.

Aby włóczyło się ze mną po lesie.

Aby leżało na łące, w trawie i wgapiało się w płynące chmury.

Aby wskakiwało w sandałach do strumieni.

Aby przeskakiwało największe na świecie kałuże.

Aby czasem w nie wpadało i śmiało się z tego z całych sił.

Aby biegało za równie dzikiem psem.

Chciałabym, aby potrafiło przystanąć o zachodzie słońca, zapatrzeć się w nie i powiedzieć, że to najpiękniejszy zachód, jaki widziało.

Aby zbierało kwiaty na wianek i bukiet dla mamy.

Aby turlało się z górki na pazurku.

Aby znajdowało ślady tych najdzikszych i tych mniej dzikich zwierząt. A czasem nawet leśnych wróżek…

Chciałabym, aby moje dziecko czuło, że może wszystko (w granicach rozsądku oczywiście, mamusiowego).

 

Chciałabym, żeby było szczęśliwe. To moje dziecko kochane…

 

Kiedy tata jest daleko…

Los jest przewrotny. Nie zawsze układa się po naszej myśli. Nie zawsze oferuje nam to, czego naprawdę potrzebujemy. Stawia przed nami wyzwania i trudności, z którymi jakoś trzeba się mierzyć. I tak mojej Róży los zafundował wyjazdowego tatę. Jak sobie radzić w takiej sytuacji? Jak podtrzymywać więź między dzieckiem a ojcem? Nie jest łatwo, ale jak się chce to się da!

Jest nas naprawdę dużo. Osób z podobną sytuacją. Sama zaglądam od czasu do czasu na strony innych mam, które borykają się z takimi samymi problemami. Rozumiem je doskonale, utożsamiam się, uśmiecham, czytając o codziennych trudnościach. Z drugiej strony nieraz spotykam się także z komentarzami dziewczyn, które piszą, że one by tak nie mogły. Że rozłąka nie wchodzi w grę. Też tak kiedyś myślałam. Dawno już temu, kiedy szykowaliśmy się do półrocznego (!!!) wyjazdu mojego męża na misję. Pamiętam bunt, który we mnie siedział i ogromny smutek. I pytanie – jak ja sobie poradzę z rocznym dzieckiem sama?

I wiecie co? Poradziłam sobie. Dało się. I cały czas uśmiecham się na wspomnienie tej ogromnej radości, kiedy On w końcu wrócił do domu.

Ciężko jest dyskutować z losem, walczyć z nim. Planujemy zmiany, może za jakiś czas osiądziemy wszyscy razem na dobre w naszym nowym mieszkaniu. Tymczasem jednak, zamiast marnować energię na żale i strachy, lepiej nastawiać się pozytywnie i wyczekiwać tych najmilszych momentów powrotu. Tych dni, kiedy pakujemy się z Różą do samochodu i jedziemy na lotnisko. Stoimy przy rampie i żartujemy, że każdy wychodzący pan to tata. Aż w końcu pojawia się ten prawdziwy i dziecko leci w jego ramiona.

Ale wracając do meritum… bo o ile ja już jakoś sobie sama radzę, o tyle cały czas boję się o Różę. Wyjazdy nie są już na szczęście aż tak długie, ale nawet 2-3 miesiące to kawał czasu. A Róża ciągle rośnie, coraz więcej rozumie, coraz bardziej to przeżywa. Choć i tak uważam, że źle nie jest. Nieobecność taty raz na jakiś czas stała się dla niej codziennością. Mimo to, mamy kilka sprawdzonych patentów na podtrzymywanie córeczkowo-tatusiowej relacji! Oto one:

  • Może to zabrzmi banalnie, ale stanowczo najważniejszy jest sposób spędzania czasu z dzieckiem w trakcie obecności taty w domu. Mam to szczęście, że mój mąż od samego początku bardzo angażował się we wszystkie obszary zajmowania się i wychowywania małej. W trakcie tych tygodni, kiedy jest z nami, spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. I choć często jestem z nimi, wiem też jak ważne są ich wspólne wypady, tylko we dwójkę, czy to na samo popołudnie czy na dłużej. Ich wspólne wieczory z „domowym” kinem, wspólne oglądanie bajek, a potem śpiewanie piosenek (mam tu na myśli głównie Vaianę i Krainę lodu :D), wspólne godziny poświęcone rozmowom, łaskotkom i udawaniu niedźwiedzia, spanie pod namiotem, itp. Właśnie ten czas pozwala spokojnie wytrzymać nieobecność taty.
  • Technologie! Równie to banalne, ale jakże istotne. Jak to moja koleżanka napisała przy zdjęciu z początku tego posta, że „ponoć technologie oddalają”. No nic bardziej mylnego. Zwłaszcza w przypadku wyjazdowych rodziców. Mamy niestety tą gorszą sytuację od wielu innych rodzin, że mój mąż czasem jest odłączony od internetu na 1-2 tygodnie, czasami znowuż ma bardzo słaby zasięg… Kiedy jednak osiada na chwilę w jakimś hotelu w Omanie czy w Dżibuti, albo w willi na Sri Lance, możemy śmiało widzieć się i rozmawiać godzinami na Messengerze. I tak wieczorami czyta tata Róży bajki na dobranoc. I to takie, które sam pisze! A potem my spędzamy razem wieczory. Albo chodzi z nami w tym telefonie na spacery na łąki czy do lasu. Rozmawiamy, śmiejemy się, on widzi to, co my. My widzimy jego. Nie wiem doprawdy, jak sobie kiedyś radzono bez internetu…
  • Polecam bardzo rozłożyć w domu trochę zdjęć z tatą. Zawsze sobie można na niego spojrzeć, kiedy tęskno.
  • Od niedawna Róża ma także małą poduszkę, na której nadrukowano zdjęcie Stacha! Wprawdzie to ja ją dostałam na urodziny, ale jeszcze tego samego dnia zabrało mi ją dziecko, a ja w sumie nie oponowałam. Śpi na niej codziennie, przykłada swoją malutką główkę do oblicza ojcowskiego i zasypia. No, słodko…
  • Bardzo ważne wydaje mi się wypełnianie czasu Róży. Żeby bez taty było także wesoło. Żeby jej nigdy przypadkiem do głowy nie przyszło, że z mamą to jest gorzej, ale po prostu inaczej. Staramy się więc często gdzieś wychodzić, kogoś odwiedzać, gdzieś jechać. Do tego stopnia, że w niedzielę dziecko było zachwycone faktem, że cały dzień spędzamy w domu… No, trzeba tu jakąś równowagę też znaleźć 🙂
  • Mamy takie rzeczy, które bardzo nam się kojarzą z tatą. Czasami na przykład puszczamy piosenkę kraba Tatamoy z Vaiany, bo wiemy jak bardzo ją tata lubi. Ot, tylko dlatego.
  • Albo opowiadamy sobie o tym, jaki tata jest dzielny, co robi, oglądamy zdjęcia, które nam podsyła i pękamy z dumy.
  • A kiedy już znudzi nam się ta samotność, kiedy już nie mamy nowych pomysłów, wtedy właśnie tata wraca!

Chciałabym tu jeszcze jedną istotną rzecz napisać. Niezwykle ważne wydaje mi się, aby w tych wspólnych dniach tata zachowywał się jak zwyczajny tata, który może tylko więcej czasu spędza z dzieckiem. Aby nie pozwalał na więcej rzeczy niedozwolonych, aby nie rozpieszczał, nie obdarowywał słodyczami i niepotrzebnymi zabawkami, tylko dlatego, że ma wyrzuty sumienia. Aby nie było tak dużego kontrastu pomiędzy czasem kiedy tata jest i „mogę wszystko”, a czasem, kiedy go nie ma i „mama wszystkiego zabrania”. Pewnie wiecie, co mam na myśli. U nas na szczęście tak się nie dzieje, ale znam podobne przypadki i boję się, że dzieci mają wtedy straszny chaos w głowach. Trochę w myśl tej zasady Staszek przywozi nam zawsze jakiś drobiazg z podróży. Ale dosłownie – drobiazg. Żeby dziecko (i żona) się ucieszyło, ale żeby nie czekało na prezent, a na tatę.

Jakie są Wasze doświadczenia? Wiem, że część z Was jest w podobnej sytuacji lub było w dzieciństwie. Może macie jakieś swoje sprawdzone patenty? Chętnie o nich przeczytam!

Mały biznes 06: praca zdalna + wyniki konkursu

Sporo osób, ostatnimi czasy, pytało mnie o możliwości pracy zdalnej, jak to wygląda, jak taką pracę znaleźć. Pomyślałam więc, że jest to świetny temat na kolejny post z serii „mały biznes”, choć z własnym biznesem może mieć, całkiem spokojnie, nieco mniej wspólnego – pracować można oczywiście nie mając działalności, a jej podstawą może być umowa, np. o dzieło. Opowiem Wam więc dzisiaj jak wygląda moja praca zdalna dla BliskoNatury.pl. Może ta krótka historia Was zainspiruje, a może uda mi się podpowiedzieć kilka rzeczy? Cóż, mam taką nadzieję. Osobiście bowiem bardzo sobie cenię możliwość pracowania w zaciszu własnego domu.

Zacznę jednak od tego, że ten typ pracy nie jest dla każdego. Większość moich znajomych dziwi się, jak tak można cały dzień „siedzieć” w domu. Naprawdę mało kto, zupełnie nie rozumiem czemu, wierzy, że ja w tym domu w ogóle jestem w stanie coś zrobić. Jeśli więc potrzebujecie ciągłej obecności ludzi, tego, żeby się coś działo, żeby codziennie gdzieś wychodzić, żeby dom był tylko domem, to praca zdalna nie jest opcją dla Was. Jeżeli natomiast cenicie sobie spokój, dopasowywanie godzin pracy do potrzeb, jedzenie przed komputerem w „domowym” stroju, jeśli macie małe dzieci, którym chcecie poświęcić więcej czasu – polecam bardzo takie domowe pracowanie.

Musicie jednak pamiętać, że praca zdalna to nadal praca. Jeśli nie udało się czegoś zrobić za dnia, jeśli zwyciężył serial, ból głowy czy zły dzień, trzeba będzie nadrobić wieczorem. Tutaj także, a może wręcz przede wszystkim, ważna jest samodyscyplina, punktualność i słowność. Terminy obowiązują jak wszędzie, jeśli więc zależy nam na dobrym kontakcie z pracodawcą i na stałej współpracy, musimy narzucić sobie dosyć restrykcyjne zasady. Jeśli jednak już się do nich przyzwyczaimy, docenimy masę zalet, które z takiego typu pracy wynikają.

Ale od początku.

To już tak długo trwa, że straciłam rachubę. Musiałam więc zajrzeć do banku, na historię przelewów, aby przypomnieć sobie, kiedy to w zasadzie się zaczęło. I tak w 2013 roku, jakoś wczesną wiosną, napisała do mnie pani Ewelina, właścicielka sklepu z kosmetykami BliskoNatury.pl, połączonego z niewielką hurtownią Sunniva Med. Sklep ma siedzibę w Wolsztynie, pod Poznaniem, ja mieszkam w Krakowie. Mamy więc do siebie spory kawał drogi.

To, co dokładnie zapamiętałam z tych naszych pierwszych konwersacji z panią Eweliną to zdanie: „nie rozwijam się pani Ado”. Jak mnie znalazła? Przez Lili oczywiście! Już wtedy blogowałam regularnie, już wtedy była to moja ogromna pasja. Spodobało się to, co robiłam, coś w tych naszych początkowych konwersacjach ewidentnie zaskoczyło i tak zaczęła się nowa przygoda.

Muszę zaznaczyć, że miałam wtedy znacznie mniejsze umiejętności niż mam teraz. Ewoluowałam, tak samo jak Blisko Natury. Rozwijamy się ciągle, na szczęście, i ja i sklep. Rozwija się i wciąż także ewoluuje nasza współpraca z panią Eweliną. Zmienia formy, zakresy obowiązków, godziny pracy, dopasowuje do naszych wspólnych potrzeb. Przywiązałam się bardzo do sklepu, traktuję go jako „nasz” sklep, utożsamiam się z nim. Jest takim trochę też moim dzieckiem. Doskonale się już także rozumiemy z panią Eweliną (mam nadzieję :D), mam więc w zasadzie sporą swobodę, co jest dla mnie niezwykle cenne.

Myślę, że ogromne znaczenie ma tu zaufanie. Trzeba sobie na nie zasłużyć. Przez te wszystkie lata robiłam dla sklepu sporo rzeczy. Pamiętam, że na początku rozmawiałyśmy o pełnym etacie. Zdecydowałam się jednak wtedy pozostać przy połowie. Kiedyś były to 4 godziny dziennie pracy dla sklepu. Mniej więcej stałe, choć różnie to bywało. Potem przeszłyśmy na mniejszy zakres obowiązków i mocno elastyczne godziny. I tak to teraz wygląda. Niegdyś zajmowałam się wprowadzaniem nowych produktów, opisami, robieniem zamówień, wpisywaniem promocji, współpracą z drukarniami, tworzeniem etykiet, kontaktem z blogerkami, poszukiwaniem nowych marek i wszystkiego tego, co akurat było potrzebne. Teraz natomiast dbam o wizualną stronę sklepu, tworzę banerki, prowadzą fan page na FB, wysyłam newslettery, przygotowuję grafiki do druku, czasem zdjęcia, czasem coś podpowiem, itp. Przypomnę jeszcze tylko tutaj, że przez cały okres mojej pracy dla sklepu robiłam także zawodowo inne rzeczy, które nieraz wymagały ogromnych nakładów czasu.

Jak wygląda nasza współpraca na co dzień? Rozmawiamy z panią Eweliną praktycznie codziennie. Używamy do tego Facebooka i taka forma komunikacji sprawdza się w naszym wypadku naprawdę dobrze. Co ważniejsze materiały czy informacje przesyłam mailem. Wszystkie zadania, które są mi przeznaczone, pani Ewelina wpisuje w googlowy kalendarz. Doprawdy genialny pomysł na zaplanowanie sobie pracy. Zdarzają się oczywiście sprawy, które wyskakują nagle, pilnie. Staram się zawsze załatwiać je w miarę możliwości maksymalnie szybko. Mam dostęp do sklepowego systemu, w którym poruszam się dosyć swobodnie. Poza tym zawsze w tygodniu staram się wrzucać na Facebook około 3 postów dziennie, w weekendy po jednym. Przy okazji odpowiadam na komentarze i wiadomości, organizują konkursy i tworzę materiały do płatnej facebookowej promocji.

Czasami całość zajmuje kilka godzin dziennie, czasami znacznie mniej. Czasem mam wenę i pomysły, czasami wszystko idzie wolniej. Zgrałyśmy się jednak na tyle, że obie, i ja i pani Ewelina, cenimy sobie tę współpracę i dobrze nam z nią. Jak już wspominałam, mam naprawdę sporą swobodę. Mogę się „wyżywać” graficznie, realizować swoje nieraz szalone fantazje banerkowe. Dostaję po prostu temat, który ubieram w obrazy, nie zapominając oczywiście aby ich przekaz by jasny i czytelny.

Zdarzają się, jak w każdej pracy, nieco trudniejsze momenty, które trudno mi jednak nazwać „konfliktowymi”. Czasami bowiem pojawi się jakieś niedomówienie, czasem się nie zrozumiemy, czasem coś źle odczytam, albo po prostu się pomylę. Raz, pamiętam, zawaliłam nieco bardziej, wstyd mi do teraz 🙂 Dałam wtedy zły kod kreskowy na etykietki którychś z ziół i one z tym złym kodem, zdaje się, poszły do druku… Cóż, sami dobrze wiecie – nie da się pracować bez takich chwil. Tutaj jednak, a zdradzę Wam to po cichutku, praca zdalna ma najwięcej zalet. Można ją bowiem przerwać w każdej chwili, odejść od facebookowych wiadomości, udać, że nie ma nikogo przed komputerem, zdystansować się. I nie ma szefa w pokoju obok! Co najwyżej mąż lub pies, a oboje mogą przytulić.

Ale oczywiście, droga pani Ewelino, zaznaczam, że współpraca z Panią to czysta przyjemność!

Bardzo Wam polecam nawiązanie takiej współpracy. Nie wiecie od czego zacząć? Zawsze powtarzałam i powtarzam – zacznijcie od wysłania maila. U mnie było wprawdzie odwrotnie, ale wysłanie maila naprawdę nic nie kosztuje. Co najwyżej odrobinę wysiłku, aby odpowiednio się przedstawić i przekazać, jakie korzyści możemy komuś zaproponować. Bo wierzę, że takie korzyści zawsze się znajdą. Nawet jeśli nie macie zdolności graficznych, możecie znaleźć całą masę innych możliwości. Ot, choćby wprowadzanie produktów do sklepów i edytowanie ich opisów. Znajdźcie pomysł, a potem ubierzcie go w słowa i wyślijcie je w mailu.

Niezwykle mocno polecam też pisanie własnego bloga. Wspominałam o tym nie raz, ale powtórzę, jest to najlepszy sposób, aby najpełniej pokazać się w sieci. Siebie i swoje umiejętności. To właśnie blog może otworzyć drzwi, o których nawet nie myśleliście do tej pory. To przez blog odnajdą Was ludzie, nie tylko z drugiej strony Polski, być może nawet z odległych krańców świata, którzy będą chcieli właśnie z Wami współpracować. Czy to nie piękna wizja? Zatem do dzieła!

Na koniec, muszę jeszcze napisać, że z panią Eweliną widziałam się jeden, jedyny raz – na moich warsztatach w Warszawie. Mimo tego czuję się, jakbyśmy przynajmniej codziennie wypijały choć małą poranna kawę 🙂

 

Wiem, że czekacie na wyniki konkursu organizowanego ze sklepem Iwos.pl. Oto one!

Zestawy naturalnych hydrolatów marki Okani Beauty, otrzymują:

Gratuluję i proszę o dane do wysyłki na adres lilinatura@lilinatura.pl.

 

Jak ustrzelić last minute?

Po naszych ostatnich wakacyjnych wojażach, niedawno greckich, w październiku – cypryjskich, mam wrażenie, że zostałam w pełni wykwalifikowaną poszukiwaczką ofert typu last minute. Spędziłam naprawdę sporo czasu porównując warunki, poznając strony, miejsca, hotele, opinie. Zwiedziłam z Google Earth niejeden zakątek wakacyjnych destynacji. Była to doprawdy świetna zabawa i bardzo przyjemne wyzwanie. Już samo szukanie, sprawdzanie i czytanie wprawiało mnie w dobry, letni, urlopowy nastrój. A skoro już zgłębiłam ten temat tak dobrze, chętnie i z Wami podzielę się kilkoma wskazówkami i linkami. A nuż i Wam się przydadzą.

Taką mamy dziwaczną sytuację zawodową, że doprawdy ciężko nam cokolwiek planować. Wyjazdy niemal z dnia na dzień są tu jedynym i najlepszym rozwiązaniem. Ma to swoje i wady i zalety, ale przyznam, że dosyć ekscytująca jest myśl, że nie wiadomo gdzie nas los tym razem zawiedzie, co zobaczymy, jaki kraj odkryjemy.

No i oczywiście wycieczki typu last minut potrafią mieć naprawdę świetne ceny.

Ale od początku…

  • Najmniej interesujących i tanich ofert pojawia się niestety w sezonie, czyli w lipcu i sierpniu. Najwięcej, z najlepszą ofertą i w najlepszych cenach znajdziecie w listopadzie i w grudniu, przed Świętami. Niemniej jednak czasami po prostu ten lipiec (czy koniec czerwca, jak w naszym przypadku) są jedyną możliwą opcją. Nie należy się więc zniechęcać, tylko siadać przed komputer i szukać!
  • Najnajnajtańsze oferty to te z wylotem z dnia na dzień. Pojawiają się zazwyczaj popołudniu, czekając na ostatnich odważnych i chętnych, a do tego spakowanych i zdeterminowanych. Najlepszą ofertą, na jaką sama zwróciłam uwagę w takim przypadku, był wyjazd do bardzo dobrze ocenianego hotelu*** w Grecji, niedaleko plaży, z all inclusive za ok 1100 zł / os. na 11 dni. Jest tu jednak często pewien haczyk, na który koniecznie należy zwrócić uwagę, zanim zacznie się skakać z radości… Często wylot jest z jednego lotniska, a powrót na zupełnie inne. Na przykład – wylot z Krakowa, powrót do Gdańska… Przynajmniej i polskie morze można sobie odwiedzić!
  • Jeśli już znajdziecie suuuper ofertę, nie możecie się długo zastanawiać. One znikają doprawdy jak gorące bułeczki! Czasami w  przeciągu kilku minut (kilka razy często odświeżałam strony biur)! Aby podjąć świadomą decyzję, najlepiej śledzić sobie oferty z wyprzedzeniem i obserwować, które hotele najczęściej się pojawiają, który region najbardziej nas interesuje, co jest w nim ciekawego, jakie są średnie ceny wycieczek, itp. Dzięki takiemu rozeznaniu łatwiej podejmuje się szybkie decyzje.
  • A najważniejsze to koniecznie czytajcie opinie o hotelu. Nawet jeśli boicie się, ze oferta zaraz zniknie, poświęćcie chwilę i zajrzyjcie do opinii wcześniejszych wczasowiczów. Unikniecie nieprzyjemnych rozczarowań i będziecie mieli większą jasność w kwestii stosunku ceny do jakości. Sama najchętniej zaglądam do opinii w serwisie Tripadvisor, na booking.com (tak, tam są te same hotele, co w naszych biurach) i na wakacje.pl. Często też pojawiają się tam ciekawe porady dotyczące samego miejsca wyjazdu, co zabrać, co zobaczyć, gdzie pójść, co zjeść.
  • Tym razem poszukiwałam bardzo ekonomicznych wycieczek w Europie. Jeśli jednak celujecie nieco dalej, także możecie natknąć się na dobre oferty. Szczególnie warto zwrócić uwagę na loty czarterowe np. Rainbow – r.pl lub Tui – tui.pl. Ich ceny potrafią bardzo spektakularnie spaść i za naprawdę dobre pieniądze można polecieć na Dominikanę czy do Indonezji.
  • W Europie natomiast stanowczo najtańsza jest Bułgaria, ale tanio polecimy także do Grecji czy do Albanii. Na dobrą ofertę przy dobrych wiatrach natrafimy także zaznaczając jako miejsce docelowe Hiszpanię i Chorwację, a nawet niedrogie hoteliki we Włoszech – głównie na południu buta i na Sycylii. Celowo nie wspominam tutaj o wciąż popularnych krajach muzułmańskich – Egipcie i Tunezji oraz o Turcji, którą bardzo lubimy, ale na razie nie będziemy decydować się na jej odwiedzenie.
  • Przemyślcie sobie, jakie warianty wycieczek Was interesują – skąd wyjazd, jakie wyżywienie, jak daleko do plaży, czy mają być tam animacje, plac zabaw, itp. Zaznaczajcie dokładnie te opcje w wyszukiwarkach, pozwoli to skuteczniej i szybciej przeglądać oferty.
  • Gdzie szukać ofert? Najlepiej w kilku miejscach naraz!
    • Na Facebooku – jest kilka fanpage’y, które warto śledzić, bo ich administratorzy wyszukują świetne oferty już gotowych wycieczek albo pomagają tworzyć samodzielne pakiety – dobierać lot i hotel osobno. Polecam zwłaszcza profile WakacyjniPiraci, Lastminuter, Last Minute Totalny czy Fly4free.
    • Na stronach-agencjach – najlepsze to wakacje.pl, travelplanet.pl, fly.pl, lastminuter.pl. Wiele z obiektów tam się powtarza, ale czasami pojawiają się unikatowe wycieczki. Osobiście najbardziej lubię wakacje.pl, na których to od razu można się wczytać w sprawdzone opinie.
    • Na stronach biur – polecam zaglądać zwłaszcza do Rainbow (r.pl) – popołudniami pojawiają się tam najlepsze oferty. Z pewnością nie zaszkodzi zajrzeć na stronę Itaki, Tui czy Grecosa. Zamawiając wakacje przez te strony, pomijamy pośredników i mamy większą pewność, że oferta nie zniknie nam sprzed nosa.
    • możemy także komponować własne wakacyjne pakiety np. na WizzTours (wizztours.com) czy na My Way by Rainbow (myway.r.pl). Bywa, że uda się skomponować bardzo atrakcyjną cenowo ofertę, ale wymaga to nieco więcej starań. Nasz wyjazd na Cypr komponowałam właśnie z Wizz Tours. Wyszło taniej niż w biurze, ale trzeba było nieco więcej energii dołożyć do kwestii transportu czy ilości bagaży. Pisałam o tym TUTAJ. Niemniej jednak – w pełni do ogarnięcia.
    • Można też zakupić osobno loty – czy to czarterowe (jak wyżej) czy któreś z tańszych linii – Ryanair czy Wizz Air, a potem dokupić hotel, np. na Booking.com czy mieszkanko na Airbnb.com. Każdorazowo jednak, kiedy sprawdzałam takie możliwości, wychodziło sporo drożej niż gotowa oferta last minute. Tym razem zależało nam na tym, aby było po prostu niedrogo, zrezygnowałam więc z takich kombinacji. One oczywiście mogą wyjść i tanio i znacznie ciekawiej, ale konieczne jest tu spore wyprzedzenie czasowe – zależy nam bowiem na tym, aby jeszcze były dostępne urocze domki w dobrych cenach, a i bilety lotnicze w tanich liniach są tańsze, kupowane znacznie wcześniej.
  • Warto odświeżać powyższe strony kilka razy dziennie – dobre oferty pojawiają się nagle i znikają szybko… To takie, wiecie – polowanie 🙂
  • Ach, muszę też donieść, że według jakichś dziwnych obliczeń biur, ceny wycieczek, im bliżej terminu wylotu potrafią nie tylko spadać, ale także rosnąć… Cały myk polega na trafieniu w tę najlepszą…
  • A kiedy już uda się znaleźć świetne last minute, raz jeszcze przypominam – dajcie sobie chwilę na sprawdzenie opinii o hotelu! Warto! Oczywiście nie będą to zazwyczaj same pochlebne zdania, ale przynajmniej będziecie mieć świadomość, za co płacicie.
  • Polecam także, tym bardziej wkręconym, spojrzenie na hotel i okolice na Google Earth. A nuż bowiem dookoła nie ma nic ciekawego, albo wręcz przeciwnie – jest tam hałaśliwe centrum turystyczne.

Trzymam kciuki! I dajcie koniecznie znać, jak Wasze wakacje!

Wielkie greckie wakacje

Upał był niemiłosierny. Nawet rodowici Grecy narzekali. Nawet po zachodzie słońca było gorąco. Byłam pewna, że krew się we mnie zaczyna gotować, …

I wtedy wskakiwało się do morza. Albo do basenu.  I wszystko wracało do normy, woda orzeźwiała, koiła. I ponownie wystarczyło spojrzeć dookoła, aby się w pełni zachwycić. Bo Skopelos, moi drodzy, jest przepiękną wyspą!

Długo polowałam na jakiś ciekawy last minute. Zdecydowaliśmy się w końcu skorzystać z oferty biura Grecos i spełnić moje małe greckie marzenie – wybrać się na taką wyspę, jaką znałam z filmu Mamma Mia. I dopiero kiedy już kupiliśmy wycieczkę, doczytałam, że to właśnie na Skolepos kręcono musical! I nie dziwię się twórcom, że zdecydowali się na to miejsce, jest wyjątkowo spektakularne. Jeśli planujecie greckie wakacje, koniecznie weźcie je pod uwagę. Choć polecam tu jednak podróż raczej w maju lub wrześniu…

Na Skopelos dopływa się promem z pobliskiej Skiathos, co samo w sobie jest przeżyciem. Przynajmniej na początku, kiedy spokojnie podziwia się widoki z górnego pokładu. Trochę inaczej człowiek zapatruje się na ten prom, kiedy okazuje się, że ten powrotny jest o 7 rano w dniu wyjazdu, a samolot dopiero o 16:30…  Na wyspie wita nas urokliwe miasteczko Skopelos Town, pełne białych niewielkich domków z czerwonymi dachami i niebieskimi okiennicami, z wąziutkimi uliczkami i masą tawern, podających pyszne jedzenie.

Tam właśnie, na prawie samym końcu zatoczki, znajdował się nasz hotel. Niezwykły! Przypominał mi coś w rodzaju połączenia greckiej chaty, monastyru i schroniska, ale w standardzie jak najbardziej hotelowym. Cały był zbudowany z drewna i kamienia, pełno w nim było pamiątek, ceramiki i ludowych tekstyliów. Znajdował się tam także zakątek z wywieszonymi ikonami, przy których zawsze paliły się świeczki. Jak dla mnie – bomba!

Sporym minusem miasteczka jest brzydka miejska plaża. Ponoć jedyna taka na całej wyspie. Motywuje to jednak do zwiedzania i odkrywania magicznych małych plażyczek, ukrytych pośród gęstych lasów, z krystalicznie czystą wodą. Na każdej znajduje się zawsze coś w rodzaju barów czy tawern z leżakami, które są bezpłatne, pod warunkiem zamówienia choćby napojów.

Wieczorami odkrywaliśmy te wszystkie wąskie uliczki i smakowaliśmy się w greckiej kuchni. Hitem była, tradycyjnie u nas, musaka, ale zachwycona byłam też faszerowanymi pomidorami, smażonymi w cieście bakłażanami i grilowanym z warzywami serem feta. Największym odkryciem okazała się jednak prawdziwa, świeżuteńka pita. Nigdy takiej nie jadłam! Na stół ląduje gorąca, przypominająca wielką piłkę. Po chwil dopiero osiada i zaczyna wyglądać jak znany nam placek. Smakuje natomiast o niebo lepiej! Jest miękka, puszysta, z lekko kruchą skórką. I niestety okrutnie tłusta. Trudno… Podana z gyrosem lub szaszłykami o nazwie suwlaki, pełna warzyw i sosu tzatziki, smakuje całkowicie nieziemsko.

Punktem obowiązkowym na Skopelos jest wycieczka śladami Mamma Mia, a zwłaszcza do uroczego kościółka, znanego ze sceny ślubu. Wyjeżdża się do niego wcześnie, po 8 rano, aby dało się wyjść na górę jeszcze przed największą falą upałów. Jest piękny. A równie piękne są rozpościerające się z niego widoki.

I tak film staje się pamiątką z wakacji. I będzie można powracać do niego jeszcze częściej niż dotychczas!

Bardzo polecam Wam Skopelos. Ma wyjątkowy, taki jeszcze prawdziwy, grecki klimat. Mieszkańców jest tam nadal więcej niż turystów. Żyją pośród nich, jadają w tych samych tawernach. Są tutaj kawiarnie, w których przesiadują starsi Grecy, dzieciaki łowią w porcie ryby tylko z żyłką i pajdą chleba, w mikroskopijnych ogródkach starsze panie szydełkują lub wystawiają cukinie na sprzedaż. Nie ma tu hoteli-molochów, nie ma hałaśliwych wycieczek autokarowych. Wieczorami słychać grecką muzykę, która grana tu jest na żywo w tawernach. I szum fal.

Bajka!

Gdyby nie te upały…

Skała Mamma Mia!

Nasz hotel – Prince Stafilos

Poniższe zdjęcie zrobiła mi moja Róża!

A tutaj, w przyjemnym cieniu gęstych drzew, na ławeczce przy morzu, czekaliśmy na samolot ostatniego dnia.

Idealny dzień

Jakie to szczęście, że od czasu do czasu, zdarza się dzień idealny!

Jak być może widzieliście już na Facebooku czy Instagramie, wybraliśmy się z moim mężem na kilkudniową wyprawę. Jej głównym celem były piątkowe warsztaty kosmetyczne w Giżycku podczas wyjazdu integracyjnego, dla pracowników jednej z firm. Przy okazji jednak postanowiliśmy zahaczyć wcześniej o Warszawę, a później zrobić sobie wolny dzień na Mazurach.

W Warszawie było przyjemnie, pozałatwialiśmy co mieliśmy pozałatwiać, spędziliśmy wspaniale czas z przyjaciółmi, warsztaty bardzo się udały i podobały. W końcu mogliśmy odetchnąć. O ile wcześniej mieliśmy wszystko zaplanowane co do godziny, sobota miała być po prostu wolna. Chcieliśmy sobie na spokojnie wszystko ogarnąć, w zależności od pogody i nastroju. Już samo to jest przyjemne, prawda?

No i stała się ta sobota dniem idealnym. Dniem słonecznym, ciepłym, spontanicznym. Rozpoczęła się późnym, leniwym śniadaniem. Potem skorzystaliśmy z rad naszej gospodyni i wybraliśmy się na cudowny spływ kajakami rzeką Krutynią. Jeśli kiedyś będziecie na Mazurach koniecznie wybierzcie się na kajaki! Wystarczy dojechać do miejscowości Krutyń i udać się do jednej z licznych firm, które te kajaki wypożyczają, zawożą na miejsce w którym spływ się zaczyna, a na końcu przywożą pod samochód. Niedrogo i wygodnie. A wrażenia nie do opisania. Rzeka jest przepiękna, dzika, pełna niespodzianek, ważek i dzikiego ptactwa. Pierwszy raz w życiu widziałam gniazdo łabędzi z całą łabędzią rodzinką. Płynie się z prądem, ale trzeba czasem mocno manewrować, aby nie wpłynąć na liczne przeszkody. Po drodze napotykamy nie tylko naturę w swej najczystszej postaci, ale także małe przystanie z knajpkami i restauracjami. Dla każdego coś miłego!

Po spływie wybraliśmy się do Mikołajek. Spróbowaliśmy pierwszy raz raków, które okazały się przepyszne! Zjedliśmy najlepsze pod słońcem gofry z bitą śmietaną i frużeliną wiśniową i te śmieszne nawijane na patyk ziemniaczki, przeszliśmy się po marinie i mocno już wakacyjnym deptaku. Dzień zakończyliśmy w „naszej” wsi, w małej przystani, w której tego dnia odbywał się kameralny koncert przy ognisku piosenek iście ogniskowych. Tuż przy jeziorze, pod gwiazdami, wsłuchani w łagodne dźwięki dwóch gitar, wpatrywaliśmy się przytuleni w ogień. Idealne zakończenie idealnego dnia.

Tak w ogóle to doszłam do może nie specjalnie odkrywczego wniosku, że małżeństwa powinny od czasu do czasu, choć na chwilę wyjeżdżać gdzieś same. Bez dzieci/dziecka/psa, bez spraw do załatwienia. Żeby choć na jeden dzień poczuć się jak kiedyś. Żeby przekonać się, że świetnie nam razem idzie nawigacja kajakiem, że możemy rozmawiać o wszystkim i śmiać się z tylko nam znanych rzeczy, że sprawia nam przyjemność wspólny leniwy dzień, że potrafimy kończyć za siebie zdania, bujając się na ławce na brzegu jeziora, popijając lokalne piwko i wpatrując się w zachód słońca.

Potem to już nawet do tej rzeczywistości można wracać.

(Niestety nie robiłam za dużo zdjęć… teraz oczywiście żałuję, ale wtedy wolałam jakoś tak bardziej na żywo przeżywać 😀 )

Facebook