KategorieŻycie

Jak ustrzelić last minute?

Po naszych ostatnich wakacyjnych wojażach, niedawno greckich, w październiku – cypryjskich, mam wrażenie, że zostałam w pełni wykwalifikowaną poszukiwaczką ofert typu last minute. Spędziłam naprawdę sporo czasu porównując warunki, poznając strony, miejsca, hotele, opinie. Zwiedziłam z Google Earth niejeden zakątek wakacyjnych destynacji. Była to doprawdy świetna zabawa i bardzo przyjemne wyzwanie. Już samo szukanie, sprawdzanie i czytanie wprawiało mnie w dobry, letni, urlopowy nastrój. A skoro już zgłębiłam ten temat tak dobrze, chętnie i z Wami podzielę się kilkoma wskazówkami i linkami. A nuż i Wam się przydadzą.

Taką mamy dziwaczną sytuację zawodową, że doprawdy ciężko nam cokolwiek planować. Wyjazdy niemal z dnia na dzień są tu jedynym i najlepszym rozwiązaniem. Ma to swoje i wady i zalety, ale przyznam, że dosyć ekscytująca jest myśl, że nie wiadomo gdzie nas los tym razem zawiedzie, co zobaczymy, jaki kraj odkryjemy.

No i oczywiście wycieczki typu last minut potrafią mieć naprawdę świetne ceny.

Ale od początku…

  • Najmniej interesujących i tanich ofert pojawia się niestety w sezonie, czyli w lipcu i sierpniu. Najwięcej, z najlepszą ofertą i w najlepszych cenach znajdziecie w listopadzie i w grudniu, przed Świętami. Niemniej jednak czasami po prostu ten lipiec (czy koniec czerwca, jak w naszym przypadku) są jedyną możliwą opcją. Nie należy się więc zniechęcać, tylko siadać przed komputer i szukać!
  • Najnajnajtańsze oferty to te z wylotem z dnia na dzień. Pojawiają się zazwyczaj popołudniu, czekając na ostatnich odważnych i chętnych, a do tego spakowanych i zdeterminowanych. Najlepszą ofertą, na jaką sama zwróciłam uwagę w takim przypadku, był wyjazd do bardzo dobrze ocenianego hotelu*** w Grecji, niedaleko plaży, z all inclusive za ok 1100 zł / os. na 11 dni. Jest tu jednak często pewien haczyk, na który koniecznie należy zwrócić uwagę, zanim zacznie się skakać z radości… Często wylot jest z jednego lotniska, a powrót na zupełnie inne. Na przykład – wylot z Krakowa, powrót do Gdańska… Przynajmniej i polskie morze można sobie odwiedzić!
  • Jeśli już znajdziecie suuuper ofertę, nie możecie się długo zastanawiać. One znikają doprawdy jak gorące bułeczki! Czasami w  przeciągu kilku minut (kilka razy często odświeżałam strony biur)! Aby podjąć świadomą decyzję, najlepiej śledzić sobie oferty z wyprzedzeniem i obserwować, które hotele najczęściej się pojawiają, który region najbardziej nas interesuje, co jest w nim ciekawego, jakie są średnie ceny wycieczek, itp. Dzięki takiemu rozeznaniu łatwiej podejmuje się szybkie decyzje.
  • A najważniejsze to koniecznie czytajcie opinie o hotelu. Nawet jeśli boicie się, ze oferta zaraz zniknie, poświęćcie chwilę i zajrzyjcie do opinii wcześniejszych wczasowiczów. Unikniecie nieprzyjemnych rozczarowań i będziecie mieli większą jasność w kwestii stosunku ceny do jakości. Sama najchętniej zaglądam do opinii w serwisie Tripadvisor, na booking.com (tak, tam są te same hotele, co w naszych biurach) i na wakacje.pl. Często też pojawiają się tam ciekawe porady dotyczące samego miejsca wyjazdu, co zabrać, co zobaczyć, gdzie pójść, co zjeść.
  • Tym razem poszukiwałam bardzo ekonomicznych wycieczek w Europie. Jeśli jednak celujecie nieco dalej, także możecie natknąć się na dobre oferty. Szczególnie warto zwrócić uwagę na loty czarterowe np. Rainbow – r.pl lub Tui – tui.pl. Ich ceny potrafią bardzo spektakularnie spaść i za naprawdę dobre pieniądze można polecieć na Dominikanę czy do Indonezji.
  • W Europie natomiast stanowczo najtańsza jest Bułgaria, ale tanio polecimy także do Grecji czy do Albanii. Na dobrą ofertę przy dobrych wiatrach natrafimy także zaznaczając jako miejsce docelowe Hiszpanię i Chorwację, a nawet niedrogie hoteliki we Włoszech – głównie na południu buta i na Sycylii. Celowo nie wspominam tutaj o wciąż popularnych krajach muzułmańskich – Egipcie i Tunezji oraz o Turcji, którą bardzo lubimy, ale na razie nie będziemy decydować się na jej odwiedzenie.
  • Przemyślcie sobie, jakie warianty wycieczek Was interesują – skąd wyjazd, jakie wyżywienie, jak daleko do plaży, czy mają być tam animacje, plac zabaw, itp. Zaznaczajcie dokładnie te opcje w wyszukiwarkach, pozwoli to skuteczniej i szybciej przeglądać oferty.
  • Gdzie szukać ofert? Najlepiej w kilku miejscach naraz!
    • Na Facebooku – jest kilka fanpage’y, które warto śledzić, bo ich administratorzy wyszukują świetne oferty już gotowych wycieczek albo pomagają tworzyć samodzielne pakiety – dobierać lot i hotel osobno. Polecam zwłaszcza profile WakacyjniPiraci, Lastminuter, Last Minute Totalny czy Fly4free.
    • Na stronach-agencjach – najlepsze to wakacje.pl, travelplanet.pl, fly.pl, lastminuter.pl. Wiele z obiektów tam się powtarza, ale czasami pojawiają się unikatowe wycieczki. Osobiście najbardziej lubię wakacje.pl, na których to od razu można się wczytać w sprawdzone opinie.
    • Na stronach biur – polecam zaglądać zwłaszcza do Rainbow (r.pl) – popołudniami pojawiają się tam najlepsze oferty. Z pewnością nie zaszkodzi zajrzeć na stronę Itaki, Tui czy Grecosa. Zamawiając wakacje przez te strony, pomijamy pośredników i mamy większą pewność, że oferta nie zniknie nam sprzed nosa.
    • możemy także komponować własne wakacyjne pakiety np. na WizzTours (wizztours.com) czy na My Way by Rainbow (myway.r.pl). Bywa, że uda się skomponować bardzo atrakcyjną cenowo ofertę, ale wymaga to nieco więcej starań. Nasz wyjazd na Cypr komponowałam właśnie z Wizz Tours. Wyszło taniej niż w biurze, ale trzeba było nieco więcej energii dołożyć do kwestii transportu czy ilości bagaży. Pisałam o tym TUTAJ. Niemniej jednak – w pełni do ogarnięcia.
    • Można też zakupić osobno loty – czy to czarterowe (jak wyżej) czy któreś z tańszych linii – Ryanair czy Wizz Air, a potem dokupić hotel, np. na Booking.com czy mieszkanko na Airbnb.com. Każdorazowo jednak, kiedy sprawdzałam takie możliwości, wychodziło sporo drożej niż gotowa oferta last minute. Tym razem zależało nam na tym, aby było po prostu niedrogo, zrezygnowałam więc z takich kombinacji. One oczywiście mogą wyjść i tanio i znacznie ciekawiej, ale konieczne jest tu spore wyprzedzenie czasowe – zależy nam bowiem na tym, aby jeszcze były dostępne urocze domki w dobrych cenach, a i bilety lotnicze w tanich liniach są tańsze, kupowane znacznie wcześniej.
  • Warto odświeżać powyższe strony kilka razy dziennie – dobre oferty pojawiają się nagle i znikają szybko… To takie, wiecie – polowanie 🙂
  • Ach, muszę też donieść, że według jakichś dziwnych obliczeń biur, ceny wycieczek, im bliżej terminu wylotu potrafią nie tylko spadać, ale także rosnąć… Cały myk polega na trafieniu w tę najlepszą…
  • A kiedy już uda się znaleźć świetne last minute, raz jeszcze przypominam – dajcie sobie chwilę na sprawdzenie opinii o hotelu! Warto! Oczywiście nie będą to zazwyczaj same pochlebne zdania, ale przynajmniej będziecie mieć świadomość, za co płacicie.
  • Polecam także, tym bardziej wkręconym, spojrzenie na hotel i okolice na Google Earth. A nuż bowiem dookoła nie ma nic ciekawego, albo wręcz przeciwnie – jest tam hałaśliwe centrum turystyczne.

Trzymam kciuki! I dajcie koniecznie znać, jak Wasze wakacje!

Wielkie greckie wakacje

Upał był niemiłosierny. Nawet rodowici Grecy narzekali. Nawet po zachodzie słońca było gorąco. Byłam pewna, że krew się we mnie zaczyna gotować, …

I wtedy wskakiwało się do morza. Albo do basenu.  I wszystko wracało do normy, woda orzeźwiała, koiła. I ponownie wystarczyło spojrzeć dookoła, aby się w pełni zachwycić. Bo Skopelos, moi drodzy, jest przepiękną wyspą!

Długo polowałam na jakiś ciekawy last minute. Zdecydowaliśmy się w końcu skorzystać z oferty biura Grecos i spełnić moje małe greckie marzenie – wybrać się na taką wyspę, jaką znałam z filmu Mamma Mia. I dopiero kiedy już kupiliśmy wycieczkę, doczytałam, że to właśnie na Skolepos kręcono musical! I nie dziwię się twórcom, że zdecydowali się na to miejsce, jest wyjątkowo spektakularne. Jeśli planujecie greckie wakacje, koniecznie weźcie je pod uwagę. Choć polecam tu jednak podróż raczej w maju lub wrześniu…

Na Skopelos dopływa się promem z pobliskiej Skiathos, co samo w sobie jest przeżyciem. Przynajmniej na początku, kiedy spokojnie podziwia się widoki z górnego pokładu. Trochę inaczej człowiek zapatruje się na ten prom, kiedy okazuje się, że ten powrotny jest o 7 rano w dniu wyjazdu, a samolot dopiero o 16:30…  Na wyspie wita nas urokliwe miasteczko Skopelos Town, pełne białych niewielkich domków z czerwonymi dachami i niebieskimi okiennicami, z wąziutkimi uliczkami i masą tawern, podających pyszne jedzenie.

Tam właśnie, na prawie samym końcu zatoczki, znajdował się nasz hotel. Niezwykły! Przypominał mi coś w rodzaju połączenia greckiej chaty, monastyru i schroniska, ale w standardzie jak najbardziej hotelowym. Cały był zbudowany z drewna i kamienia, pełno w nim było pamiątek, ceramiki i ludowych tekstyliów. Znajdował się tam także zakątek z wywieszonymi ikonami, przy których zawsze paliły się świeczki. Jak dla mnie – bomba!

Sporym minusem miasteczka jest brzydka miejska plaża. Ponoć jedyna taka na całej wyspie. Motywuje to jednak do zwiedzania i odkrywania magicznych małych plażyczek, ukrytych pośród gęstych lasów, z krystalicznie czystą wodą. Na każdej znajduje się zawsze coś w rodzaju barów czy tawern z leżakami, które są bezpłatne, pod warunkiem zamówienia choćby napojów.

Wieczorami odkrywaliśmy te wszystkie wąskie uliczki i smakowaliśmy się w greckiej kuchni. Hitem była, tradycyjnie u nas, musaka, ale zachwycona byłam też faszerowanymi pomidorami, smażonymi w cieście bakłażanami i grilowanym z warzywami serem feta. Największym odkryciem okazała się jednak prawdziwa, świeżuteńka pita. Nigdy takiej nie jadłam! Na stół ląduje gorąca, przypominająca wielką piłkę. Po chwil dopiero osiada i zaczyna wyglądać jak znany nam placek. Smakuje natomiast o niebo lepiej! Jest miękka, puszysta, z lekko kruchą skórką. I niestety okrutnie tłusta. Trudno… Podana z gyrosem lub szaszłykami o nazwie suwlaki, pełna warzyw i sosu tzatziki, smakuje całkowicie nieziemsko.

Punktem obowiązkowym na Skopelos jest wycieczka śladami Mamma Mia, a zwłaszcza do uroczego kościółka, znanego ze sceny ślubu. Wyjeżdża się do niego wcześnie, po 8 rano, aby dało się wyjść na górę jeszcze przed największą falą upałów. Jest piękny. A równie piękne są rozpościerające się z niego widoki.

I tak film staje się pamiątką z wakacji. I będzie można powracać do niego jeszcze częściej niż dotychczas!

Bardzo polecam Wam Skopelos. Ma wyjątkowy, taki jeszcze prawdziwy, grecki klimat. Mieszkańców jest tam nadal więcej niż turystów. Żyją pośród nich, jadają w tych samych tawernach. Są tutaj kawiarnie, w których przesiadują starsi Grecy, dzieciaki łowią w porcie ryby tylko z żyłką i pajdą chleba, w mikroskopijnych ogródkach starsze panie szydełkują lub wystawiają cukinie na sprzedaż. Nie ma tu hoteli-molochów, nie ma hałaśliwych wycieczek autokarowych. Wieczorami słychać grecką muzykę, która grana tu jest na żywo w tawernach. I szum fal.

Bajka!

Gdyby nie te upały…

Skała Mamma Mia!

Nasz hotel – Prince Stafilos

Poniższe zdjęcie zrobiła mi moja Róża!

A tutaj, w przyjemnym cieniu gęstych drzew, na ławeczce przy morzu, czekaliśmy na samolot ostatniego dnia.

Idealny dzień

Jakie to szczęście, że od czasu do czasu, zdarza się dzień idealny!

Jak być może widzieliście już na Facebooku czy Instagramie, wybraliśmy się z moim mężem na kilkudniową wyprawę. Jej głównym celem były piątkowe warsztaty kosmetyczne w Giżycku podczas wyjazdu integracyjnego, dla pracowników jednej z firm. Przy okazji jednak postanowiliśmy zahaczyć wcześniej o Warszawę, a później zrobić sobie wolny dzień na Mazurach.

W Warszawie było przyjemnie, pozałatwialiśmy co mieliśmy pozałatwiać, spędziliśmy wspaniale czas z przyjaciółmi, warsztaty bardzo się udały i podobały. W końcu mogliśmy odetchnąć. O ile wcześniej mieliśmy wszystko zaplanowane co do godziny, sobota miała być po prostu wolna. Chcieliśmy sobie na spokojnie wszystko ogarnąć, w zależności od pogody i nastroju. Już samo to jest przyjemne, prawda?

No i stała się ta sobota dniem idealnym. Dniem słonecznym, ciepłym, spontanicznym. Rozpoczęła się późnym, leniwym śniadaniem. Potem skorzystaliśmy z rad naszej gospodyni i wybraliśmy się na cudowny spływ kajakami rzeką Krutynią. Jeśli kiedyś będziecie na Mazurach koniecznie wybierzcie się na kajaki! Wystarczy dojechać do miejscowości Krutyń i udać się do jednej z licznych firm, które te kajaki wypożyczają, zawożą na miejsce w którym spływ się zaczyna, a na końcu przywożą pod samochód. Niedrogo i wygodnie. A wrażenia nie do opisania. Rzeka jest przepiękna, dzika, pełna niespodzianek, ważek i dzikiego ptactwa. Pierwszy raz w życiu widziałam gniazdo łabędzi z całą łabędzią rodzinką. Płynie się z prądem, ale trzeba czasem mocno manewrować, aby nie wpłynąć na liczne przeszkody. Po drodze napotykamy nie tylko naturę w swej najczystszej postaci, ale także małe przystanie z knajpkami i restauracjami. Dla każdego coś miłego!

Po spływie wybraliśmy się do Mikołajek. Spróbowaliśmy pierwszy raz raków, które okazały się przepyszne! Zjedliśmy najlepsze pod słońcem gofry z bitą śmietaną i frużeliną wiśniową i te śmieszne nawijane na patyk ziemniaczki, przeszliśmy się po marinie i mocno już wakacyjnym deptaku. Dzień zakończyliśmy w „naszej” wsi, w małej przystani, w której tego dnia odbywał się kameralny koncert przy ognisku piosenek iście ogniskowych. Tuż przy jeziorze, pod gwiazdami, wsłuchani w łagodne dźwięki dwóch gitar, wpatrywaliśmy się przytuleni w ogień. Idealne zakończenie idealnego dnia.

Tak w ogóle to doszłam do może nie specjalnie odkrywczego wniosku, że małżeństwa powinny od czasu do czasu, choć na chwilę wyjeżdżać gdzieś same. Bez dzieci/dziecka/psa, bez spraw do załatwienia. Żeby choć na jeden dzień poczuć się jak kiedyś. Żeby przekonać się, że świetnie nam razem idzie nawigacja kajakiem, że możemy rozmawiać o wszystkim i śmiać się z tylko nam znanych rzeczy, że sprawia nam przyjemność wspólny leniwy dzień, że potrafimy kończyć za siebie zdania, bujając się na ławce na brzegu jeziora, popijając lokalne piwko i wpatrując się w zachód słońca.

Potem to już nawet do tej rzeczywistości można wracać.

(Niestety nie robiłam za dużo zdjęć… teraz oczywiście żałuję, ale wtedy wolałam jakoś tak bardziej na żywo przeżywać 😀 )

Sezon ogórkowy

No i nadszedł nam piękny czerwiec. Wybujał niespodzianie, wypełnił mnie całkowicie zapachem akacji i jaśminów. I niesie mnie ten zapach, wyprowadza z domu w co drugi wieczór i pozwala biec. I biegnę. I zapominam o całym bożym świecie. I dobrze mi, bo i zdrowe to, i pozwala zresetować umysł, i figura jakaś taka znośniejsza się robi 🙂 Czasem, jak biegam, zamykam na chwilę oczy i chłonę dźwięki i zapachy. Kiedy indziej wpatruję się w niebo przez dłuższą chwilę (spokojnie, tam gdzie nic mnie nie przejedzie!). Albo zaglądam do mijanych ogródków, w okna domów, podglądam przez krótką chwilę inne życia. I biegnę dalej. Coraz dalej.

Uwielbiam to!

Ale nie samym bieganiem czerwiec stoi. I o tym miał być ten post. Zaczął się bowiem sezon ogórkowy w Lili, ten metaforyczny oczywiście. Oznacza to, że cała masa pomysłów, które siedzą sobie w kolejce gdzieś w mojej głowie, nie może doczekać się realizacji. Co rusz wypada mi bowiem coś innego, co zrobione być musi. Są to na szczęście same szalenie interesujące projekty, nad którymi „siedzenie” sprawia mi masę przyjemności, a którymi, mam nadzieję, będę się z Wami za czas jakiś dzielić. Do tego jutro wybieramy się z mężem moim, który przyjmuje rolę kierowcy i asystenta, na Mazury, na warsztaty. Za tydzień wypada długi weekend, kiedy to chcemy zrobić sobie krótki wypad w góry. Potem może uda się wyskoczyć na wakacje. Sami widzicie – sezon ogórkowy w pełni.

I to też uwielbiam!

Ale zaglądajcie, proszę, tu od czasu do czasu, bo ja bez tej mojej Lili to za długo nie mogę wytrzymać! No i tyle rzeczy czeka na pokazanie…

Uwielbiam czerwce!

Podróż sentymentalna

Jest takie miejsce, do którego wracam, kiedy mi źle. Zamykam oczy i przenoszę się w czasie i przestrzeni. Jest takie miejsce, całkowicie wyjątkowe, które mnie ukształtowało. Które mnie otworzyło na świat i na ludzi. W którym przeżyłam jedne z najpiękniejszych chwil w życiu. W którym mogłam być całkowicie sobą, akceptowaną, szaloną sobą.

Nie byłam w tym miejscu z 14 lat. Szmat czasu. Szmat życia.

Miejsce to ukryte jest przed światem. Teraz już prawie całkowicie. W sercu najpiękniejszej z krain – Mazur.

Postanowiłam je odnaleźć!

Korzystając z jednego, krótkiego przedpołudnia, które spędziłam wczoraj na Mazurach, przy okazji moich warsztatów, wybrałam się na poszukiwania….

Czemu jest tam wyjątkowo? Pewnie nawet nie zwrócilibyście na nie specjalnej uwagi. Ja tam natomiast ukryłam wspomnienia pięciu pięknych przełomów czerwca i lipca, kiedy to jeździliśmy tam na obozy. Długie, harcerskie, żeglarskie obozy, pełne całkowicie zwariowanych, pięknych momentów. Pełne uniesień, wzruszeń, śpiewów i ognisk. Pełne komarów, zimnych nocy i zatęchłych koców. Pełne śmiechu i przygody. Pełne pierwszej młodości i beztroski.

Nie od razu znalazłam ten właściwy skręt. Zarósł, zmienił się. Trochę chyba, jak ja. Przejechałyśmy więc samochodem sporo dalej, zawróciłyśmy już spacerem. Najwspanialszą z dróg, taką wiecie – ubitą, wiejską, prowadzącą najpierw pośród morenowych pagórków, z widokiem na jezioro, krowy i bociany, na wrzosowisko nasze ukochane, a potem przechodzącą w las, stary, wysoki, tętniący świeżą zielenią las.

W końcu się udało. Przecież na przeciwko zawsze była taka charakterystyczna przecinka! Biec mi się chciało, śmiać, płakać. Niesamowite emocje powstają w takich momentach. Ciężko je opanować.

No i stał tam ten nasz obóz. Bez namiotów, bez nas, bez pieca, bez łódek. Wszystko całkowicie zarośnięte, zamazane. Ale była za to stara ławeczka, były resztki mostku nad dróżką do kuchni, był jeszcze krąg kamienny na ogniska. Sporo takich pozostałości znalazłam. Niczym odkrycia archeologiczne. I nawet był jeszcze pomost, przy którym cumowaliśmy łódki. Rozwalony, zatopiony, ale był.

I była masa komarów. I okrutny krzyk rybitw znad pobliskiej wyspy, na której siedziało ich zawsze z milion. Że też to nigdy nie przeszkadzało?

I oczywiście była relacja na żywo na fejsbukowej konwersacji z tymi samymi ludźmi, z którymi tam właśnie spędziłam tyle czasu.

No powiem Wam kochani, że to była właśnie prawdziwa magia!

 

33

No i stuknęło… Niniejszym oświadczam, że weszłam wczoraj w zacny zaiste wiek trzydziestu trzech skończonych lat. Wierzcie mi lub nie, ale jeszcze całkiem niedawno ta liczba wydawała mi się całkowicie nierealna.

A tu stuknęło…

I zastanawiałam się cały wczorajszy dzień (no, nie cały, ale kilka razy mi przemknęło przez myśl), czy nie zrobić z tej okazji nieco bardziej poważnego wpisu. Takiego, wiecie, z podsumowaniem. O tym, że się zmieniamy, oceniamy, porównujemy… Ale nie! Smędzić nie będę!

Bo tak naprawdę miałam wczoraj niezwykle przyjemny dzień. Okraszony babskimi smuteczkami, wizją rychłej starości, niespełnionych marzeń i innych durnych durnotek, które na szczęście mijają. Ale w sumie naprawdę przyjemny. I to tym dniem, dobrym dniem, się z Wami dzielę.

Nie było dużego świętowania. Nie wczoraj w każdym razie, świętowanie było w weekend. Wczoraj natomiast co rusz zaskakiwał mnie ktoś jakimś miłym słowem, telefonem, smsem, mailem, massengerem i nawet zwykłymi facebookowymi życzeniami. Co rusz zaskakiwał mnie ktoś pamięcią o mnie. I to tak bardzo, ale to bardzo, bardzo doceniam. Po każdym takim zaskoczeniu czułam się dobrze, lepiej, ba – wspaniale. I nawet nie wiecie, ile we mnie jest wdzięczności za to, że mam ten zaszczyt istnieć w tych życiach cudzych, raz bliższych, raz bardzo już dalekich. Że jestem tam gdzieś, w historii, w świadomości, w nieświadomości. Że mam z kim świętować takie w sumie małe i niespecjalnie dużo znaczące moje święto.

Ach, i była jeszcze wisienka na torcie!

Otóż dzień wcześniej mój mąż wypłynął z zasięgu i miało z nim nie być żadnego kontaktu przez wiele dni. A wiecie jak to jest – zawsze lepiej te urodziny przeżywać razem, nawet jeśli tylko klikając sobie w klawiaturę. Aż tu nagle, wybija 22, a moja komórka wydaje ten charakterystyczny dźwięk messengerowej wiadomości. I co ja tam widzę? No, już wiecie co ja tam widzę! Udało się zdobyć internet!

Tak, to był dobry dzień !

I korzystając z sytuacji, bardzo, ale to bardzo dziękuję Wam, ze jesteście cały czas ze mną!

Facebook