KategorieUncategorized

Zauroczona: Meow Meow Tweet

Uwielbiam małe kosmetyczne manufaktury. Uwielbiam je za dbałość o szczegóły i pasję, którą czuć już podczas zwykłego przeglądania strony internetowej. Uwielbiam też kolory i szalone pomysły. I choć jestem bardziej psiarą niż kociarą, to całkowicie zauroczyła mnie cudna manufaktura prosto z Brooklynu – Meow Meow Tweet.
Jej twórcy – Jeff i Tara, zapewniają, że tworzone przez nich kosmetyki są wegańskie, naturalne i ręcznie robione. Do ich produkcji wykorzystują organiczne masła i oleje oraz ekstrakty z dziko rosnących roślin. To, co jednak najbardziej przyciąga uwagę to ich opakowania! Genialne! Czasem kocie, czasem nie. Każdorazowo mocno kolorowe i opatrzone w niezwykłe ilustracje wykonane przez Jeffa.
Osobiście uważam, że opakowanie kosmetyku jest równie ważne jak jego działanie. Przynajmniej z punktu marketingowego. Nikt nie sięgnie w sklepie po brzydko zapakowany produkt, nawet jeśli może działać cuda. Wierzę też, że opakowania i etykiety mogą dodatkowo wpływać pozytywnie na nasz nastrój, poczucie estetyki, wyobraźnię, a nawet na wrażliwość artystyczną. Bo niektóre etykiety już przynależą do sztuki. Te Meow Meow Tweet właśnie do nich się zaliczają. Brałabym w ciemno!
Z resztą, sami zobaczcie!

Zdjęcia Meow Meow Tweet

Kąpiel w bieli x5. Romantycznie!

Dzisiaj będzie romantycznie! Niewinnie i kobieco. Dzisiaj polecam Wam kąpiel w bieli! Na pięć sposobów. Albo na jeden porządny, jeśli tak wolicie. Najpiękniejsze jest to, że wszystko zależy od Was, a przyjemność za każdym razem tak samo wspaniała!
Polecam Wam bardzo białe kąpiele. Każda z pięciu dzisiejszych wersji przyniesie Wam nie tylko ukojenie, ale także pomoże w pielęgnacji skóry. Ważne, aby w wodzie zbyt długo nie siedzieć. Dwadzieścia minut totalnego spokoju wystarczy. No… jeśli się zaczytacie to i pół godzinki nie zaszkodzi. Ważne, aby były to rytuały cykliczne, dwa razy w tygodniu. Pomoże to i zmysłom i ciału odzyskać formę.

Zatopcie się więc w bieli!

I biel soli

To zawsze zaskakuje i wzbudza zdziwienie, ale w kąpieli doskonale sprawdzi się nawet najzwyklejsza sól z domowej solniczki! Oczywiście najlepsza jest ta morska, najbardziej znana z wysycenia minerałami ta z Morza Martwego, a najbardziej ostatnio modna – różowa himalajska i z Epsom. Już kiedyś o soli pisałam – TUTAJ. Powtórzę tylko, że sól oczyszcza organizm z toksyn. Pozwala skórze pozbyć się zbędnych
produktów przemiany materii. Poprawia krążenie krwi. Leczniczo sól
stosowana jest przy schorzeniach alergicznych, łuszczycy, problemach
dermatologicznych, reumatyzmie, bólu mięśni, rekonwalescencji po
złamaniach kości, chorobach dróg oddechowych. Sól skutecznie redukuje
stres i silne wyczerpanie nerwowe. Jest pomocna przy przemęczeniu –
zarówno tym fizycznym, jak i psychicznym. Kąpiel w soli ma działanie
wyszczuplające, redukujące cellulitis, przeciwzapalne i odkażające.
Pomocna jest także w walce z rozstępami i polecana dzięki temu np.
kobietom po przebytej ciąży.
Do kąpieli wsypcie pół szklanki soli i pozwólcie się jej rozpuścić.

II biel białej glinki z kozim mlekiem

Tak to ktoś sprytnie pomyślał, że zmieszał najdelikatniejszą z glinek z odżywczym kozim mlekiem. Moja pochodzi ze sklepu e-Fiore i mam wrażenie, że zastąpiła ją teraz glinka z mlekiem i jeszcze miodem. Być może jeszcze ciekawsza. Ja swoją glinkę wykorzystałam nie do końca standardowo, bo wsypałam do kąpieli 3-4 łyżki. Ale zupełnie nie żałuję! I jeszcze to powtórzę! Sprawdza się tutaj idealnie, choć chyba najlepszym rozwiązaniem byłoby jednoczesne jej spożytkowanie w wannie i w postaci maseczki na twarzy. Domowe SPA gotowe. 
Glinka dosyć mocno pachnie (choć w składzie ma tylko glinkę i mleko…), ale jest to przyjemny zapach, który dodatkowo podnosi wartość relaksacyjną kąpieli.
Sama glinka ma działanie antyseptyczne, reguluje i oczyszcza skórę. Dostarcza soli mineralnych i mikroelementów. Glinki sprawdzają się w kuracjach antycellulitowych, przeciwtrądzikowych i w pielęgnacji włosów. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, wypróbujcie glinki koniecznie!
II biel masła shea
Najprostsze z możliwych rozwiązań kąpielowych, które mają nam także nawilżyć skórę – dodanie do wody nieco oleju lub masełka. Ja dzisiaj polecam to najbardziej popularne – czyste masło shea. Bielutkie, bo rafinowane, czyli oczyszczone. Osobiście takie wolę, bo choć masło nierafinowane jest zdrowsze, zazwyczaj przeszkadza mi jego zapach. A i ta biel przydaje mi się często w moich kosmetycznych eksperymentach. 
O maśle shea także już pisałam i odsyłam Was  TUTAJ.  W skrócie – shea nawilża, wygładza, odżywia i regeneruje. Do kąpieli wystarczy jedna łyżka masła. Roztopi się ono pod wpływem ciepłej wody, a na powierzchni zacznie się unosić delikatna nawilżająca warstwa, która osiądzie na ciele, kiedy będziecie z wanny wychodzić. Uwaga – wanna może być śliska!
IV biel kwiatów kasztanowca
Bo kto powiedział, że kąpiel to tylko w płatkach róż? Jesteśmy w pełni kwiecistego sezonu, wykorzystajmy to! Wybierzcie się do parku i zerwijcie trochę kwiatów kasztanowca. To niesamowite, ale dopiero niedawno odkryłam, jakie one są piękne! A jakie użyteczne! Kwiatostany kasztanowca są jednym z cenniejszych ziół, które pomagają nam usunąć obrzęki, żylaki, pajęczaki, rozszerzone naczynka, a nawet cellulit. Uśmierzają ból zmęczonych nóg. Likwidują mrowienie i rozluźniają mięśnie. Są także pomocne w przypadku problemów reumatycznych. Kąpiel w kasztanowcu po całym dniu pracy jest bardzo wskazana!
Najlepiej przygotować ją dzień wcześniej. Świeże kwiaty kasztanowca, kilka garści, należy zalać chłodną wodą tak, aby je przykryła i pozostawić w spokojnych miejscu na noc. Nazajutrz całość podgrzewamy, przecedzamy, a płyn dodajemy do kąpieli. Polecam też po prostu wsypanie kwiatów do wanny. Wprawdzie trzeba je potem wyłapać, ale wrażenie kąpielowe wspaniałe!
V biel kwiatów głogu
Jeśli nie kasztanowiec to głóg! Ma przepiękne kwiaty, choć ich zapach wzbudza już kontrowersje. Kwiaty przygotowujemy w taki sam sposób jak te kasztanowca. I tak samo możemy dodać ich nieco do wanny. Zawierają one substancje, które przeciwdziałają procesowi starzenia się skóry, działają ściągająco, tonizują i wzmacniają ściany naczyń
krwionośnych. Wspierają także procesy regeneracji skóry i jej naturalne funkcje obronne. 
Polecam też wykonanie nalewki z głogu, którą ostatnio przygotowywała Klaudyna z Ziołowego Zakątka!
To teraz niespodzianka! Wszystkie powyższe pięć sposobów, możecie zamienić w jeden i dodać do jednej, najwspanialszej kąpieli! Takie cuda…
I jeszcze – skoro ma być romantycznie, to i poezji zabraknąć nie może! Na koniec więc wypowie się Adam Asnyk. Miłośnie. W jednym z nielicznych wierszy, które naprawdę bardzo lubię.

Po-Weekendowe Cuda no77

Żeby nie było! To są sztuczne rogi (1)! Genialne, w cudnych kolorach. Ozdoba i praktyczne wieszaki jednocześnie. Na biżuterię w sam raz. Bardzo mi się podobają! Z  LucyHaus.
Ten czajniczek jest totalnie boski (2)!!!  Całą kolekcję chętnie bym przygarnęła! Marki Lisbeth Dahl z Live Beautifully.
Widzieliście kiedyś cudniejsze opakowanie na miód (3)? Ja nie! Te buteleczki-pojemniczki są świetne. Genialny design, prosty, geometryczny, pszczeli. Z nabierakiem na miodek przy zakrętce. Toż to dla samego słoiczka kupiłabym ten miód! Projekt Maksim Arbuzov.
Natknęłam się ostatnio na arcyciekawy sklep z… butami! Autorski! Pan Pablo (4) się nazywa 🙂 A jakie świetne inkkasy tam mają! Każdy miks kolorów mi się podoba 🙂 I do tego ręcznie robione w Peru. No, bajka 🙂
Uwielbiam ptaszki. Te wiszące z roślinkami to już w ogóle skradły mi serce! Te do zrobienia z This Little Street (5), a poniżej już w wersji oryginalnej sklepowej z West Elm. CUUUDNE!
Znacie sklepik Makutra (6)? Ja się niedawno zakochałam!
Prosta estetyka, geometryczna, skórzana, a jakże cudna! Podobają mi się zarówno same produkty, jak i pomysł na ich prezentację. Kolekcja Georgie Cummings (7), do kupienia na Etsy, via Miss Moss.
Do zrobienia i powieszenia! Proste puchate gobelinki stają się coraz modniejsze, a faktycznie na ścianie mogą wyglądać wspaniale! Jak taki zrobić! Wpadnijcie na Fall for DIY (8).
I oczywiście kolejne nowości Lili in the Garden! Kilka naszyjników już jest. W kolejce czekają następne wraz z bransoletkami. Zapraszam do śledzenia Lili in the Garden na Facebooku – tam informuję o wszystkich nowościach, których w najbliższym czasie będzie MASA!
A już w najbliższą sobotę zapraszam do Krakowa na Targi Rzeczy Fajnych! Tam to dopiero premiery się szykują! Zapraszam! Będziemy czekać 🙂

I jeszcze jedna mała wiadomość na koniec! W sklepie Blisko Natury możecie zakupić teraz zestawy półproduktów do wykonania kosmetyków według moich przepisów ( i Smyku Smyka!) i wręczenia ich jako wspaniałe prezenty na Dzień Matki! Polecam – TUTAJ!

30 lat zleciało… Czego sobie życzę?

Zleciało 30 lat. Kiedy? Nie wiem. Stanęłam na dwudziestce. A ta trójka mnie dzisiaj przytłoczyła. Totalnie. I chociaż wcale, ale to wcale, nie jest to nic strasznego, to smutno mi. Smutno mi, że już nigdy nie będę dwudziestolatką. Beztroską, spontaniczną, swobodną. Mogę być zupełnie fajną nową wersją siebie. Całkiem nawet do zaakceptowania. Ale tamtą młodą dziewczyną z dużymi marzeniami i jeszcze większą potrzebą akceptacji już nie będę. I to nawet nie przez tę całą trzydziestkę, ale dlatego, że gdzieś w między czasie stałam się mamą, a to przewróciło mi świat do góry nogami.
Dostałam dzisiaj kilka najpiękniejszych prezentów na świecie – Róża namalowała mi obrazki z kwiatkami i słoneczkami. Po raz pierwszy te jej słoneczka zaczęły wyglądać na słoneczka. Taka już duża! I tak mocno kocha. I niewątpliwie jest największym osiągnięciem moich trzydziestu lat. O dziwo niezwykle udanym. 🙂
Mam nieco życzeń na te trzydzieste urodziny. Nie ma tortu, nie ma świeczek. Ale zamykam oczy i udaję, że się palą. Dmucham i marzę. I chociaż amerykańskie filmy mówią, żeby tych marzeń nie zdradzać, to co mi tam. Oto one! Za pięćdziesiąt lat się z nich rozliczę. No… zobaczymy…
30 życzeń na 30-ste urodziny!
  1. Chciałabym, aby Róża z cudownej dziewczynki zmieniła się kiedyś w najcudniejszą kobietę. Nawet pomimo tego, że nie chcę, żeby tak szybko rosła, jak teraz rośnie. Bo taka jest rozkoszna… Niech będzie szczęśliwa i niech zawsze w mamie znajduje pocieszenie. No matter what! (aż się wzruszyłam!)
  2. Chciałabym mieć jeszcze dwoje dzieci, równie cudownych jak Róża. Zdrowych i mądrych. Małą Jagódkę i małego Krzysia 🙂
  3. Chciałabym odnieść jakiś poważny sukces. Taki zawodowy. W końcu. Miałam już w życiu trochę niepowodzeń i porażek. Przydałby mi się porządny kop. To nie tak, że wiecznie będę do jakiegoś sukcesu dążyć. Będę wiedziała kiedy nadejdzie.
  4. Chciałabym, aby nigdy nie zabrakło mi pomysłów na ten blog i aby było Was tu coraz więcej.
  5. Chciałabym nie mieć hejterów. Za bardzo mnie stresują. Albo przynajmniej nauczyć się nimi nie przejmować.
  6. Chciałabym ziścić wszystkie swoje plany z Lili in the Garden. Sprzedawać wyjątkową biżuterię i wyjątkowe rzeczy. I nawet nieco babeczek do kąpieli! W butiku, butikach… W Polsce i w Europie. I nawet gdzieś dalej.
  7. Chciałabym rozgryźć szybko i porządnie WordPressa i stworzyć wspaniałą stronę! A coś czuję, że jeszcze trochę nad tym posiedzę.
  8. Chciałabym wybudować dom. Nie duży. Drewniany. Pod lasem.
  9. Chciałabym w tym domu mieć dużą kuchnię i stół dla całej rodziny i własną toaletkę i wielką szafę pełną szałowych ciuchów ;P
  10. Chciałabym, aby nasza Misia długo sobie pożyła i żeby te wszystkie miłe starsze panie z osiedla nie wysypywały pół-zepsutego mięsa i starych ryb po trawnikach między blokami. To stanowczo nie wpływa pozytywnie na długowieczność psa.
  11. Chciałabym zmienić w końcu swój telefon na taki, który robi fajne zdjęcia, dzięki czemu mogłabym ruszyć z Instagramem. 
  12. Chciałabym w końcu przeczytać instrukcję obsługi mojego normalnego aparatu. Albo książkę o fotografii, którą niedawno podarowała mi siostra. Albo w ogóle pójść na kurs!
  13. Chciałabym mieć lepszy aparat, statyw, tło i białe ściany w domu. A do tego duży drewniany stary stół przy oknie.
  14. Chciałabym nauczyć się zarządzać lepiej czasem. Mam wrażenie, że teraz przecieka mi przez palce. Przestaję go ogarniać.
  15. Chciałabym być bardziej wydajna. Szybciej pracować, sprawniej. Zbyt często myślę o zbyt wielu rzeczach, zamiast skupić się na tym, co tu i teraz.
  16. Chciałabym pojechać na Wyspy Tuamotu, do Azji Południowo-Wschodniej, do Toskanii, do Portugalii, do Rzymu, do Paryża, do Irlandii ponownie, do Nowego Jorku, do Indii, do Japonii, do Barcelony raz jeszcze, na Lazurowe Wybrzeże znowu, na wyspy greckie, na Karaiby, na Malediwy, na Maltę, na wrzosowiska angielskie i w szkockie góry, na Mazury, nad Bałtyk latem na chwilę i może jeszcze gdzieś.
  17. Chciałabym nauczyć się grafiki komputerowej. Całego pakietu Adobe.
  18. W czerwcu będę uczestniczyć w półfinale konkursu Mocne strony kobiety magazynu Cosmopolitan. Chciałabym dojść do finału 🙂
  19. Chciałabym kiedyś zacząć kręcić filmiki i stworzyć kanał na YT.
  20. Chciałabym mieć torebkę BagMe by Smola.
  21. Chciałabym nauczyć się chodzić na szpilkach.
  22. Chciałabym wyposażyć kuchnię w te wszystkie piękne naczynia i akcesoria skandynawskich marek.
  23. Chciałabym trochę schudnąć.
  24. Chciałabym zrobić kiedyś Crème brûlée.
  25. Chciałabym napisać książkę. W związku z pojawieniem się w ostatnim czasie dwóch o kosmetykach naturalnych, już nawet sobie wymyśliłam, że byłaby to kosmetyczna cukierenka 🙂
  26. Chciałabym dostać ogromną bombonierę z Karmello.
  27. Chciałabym nauczyć się robić loki prostownicą i prostą kreskę na oku.
  28. Chciałabym się częściej śmiać do rozpuku.
  29. Chciałabym zawsze zauważać, że właśnie kwitną kwiaty na drzewach.
  30. I chciałabym, kiedy już będę starą babcią, chadzać do parku na spacery pod rękę ze starym dziadkiem, którego będę kochać tak samo mocno jak niegdyś.

Tego sobie życzę w dniu 30-stych urodzin. 🙂

W roli głównej: Duet Sylveco – Lekki krem brzozowy i łagodzący krem pod oczy

W parze raźniej! Dzisiaj zatem mamy dwie gwiazdy! Zgrały się pięknie! W roli głównej zaprezentuje się Lekki krem brzozowy i łagodzący krem pod oczy marki Sylveco.

Że markę Sylveco lubię bardzo, to już pisałam. I podtrzymuję swoją opinię. Zwłaszcza, że ostatnio Sylveco dosyć intensywnie zagościło w mojej łazience. Będę więc wychwalać, po pierwsze – podejście marki do marketingu i otwartość na pomysły (moje!), po drugie – całą koncepcję ziołową, która wychodzi poza ramy znanych nam produktów ze sklepów zielarskich i rozprawia się z tematem we współczesnym wydaniu. Na końcu wychwalać też będę same kosmetyki, których proporcja ceny do jakości daje ogromną przewagę rynkową.
Bo kosmetyki Sylveco są w dobrej cenie. Oba kremy, o których dzisiaj wspominam, kosztują po 27zł, co w porównaniu z innymi kosmetykami o podobnej jakości stanowi naprawdę nie dużo. Oba kremy ponadto posiadają zgrabne, praktyczne opakowania z czytelną, charakterystyczną etykietką. Oba też świetnie sprawdzają się w codziennej pielęgnacji. 
Nie są to kosmetyki, które mają działać cuda. Nie oczekuję po nich cudownych efektów. Są to kosmetyki-towarzysze. Takie na co dzień, które po prostu dobrze, przyzwoicie pielęgnują. Które się wzajemnie uzupełniają.
Lekki krem brzozowy jest… lekki. Bardzo delikatny, szybko się wchłania. Lepszy na lato, niż na zimę. Na chłodne miesiące ma swój cięższy odpowiednik – Krem brzozowy z betuliną. Ten tu nawilża ekspresowo. Już po krótkiej chwili nie ma po nim śladu na skórze, a pozostaje jedynie miłe uczucie elastyczności i miękkości.. 
Zacytuję za producentem, bo warto wiedzieć: „ekstrakt z kory brzozy pobudza syntezę włókien sprężystych w naszej skórze, ksylitol natomiast utrzymuje w niej odpowiedni poziom stężenia kwasu hialuronowego, wiążącego wodę i pobudzającego wzrost nowych komórek. W lekkim kremie brzozowym to wyjątkowe połączenie składników o działaniu silnie nawilżającym i ujędrniającym sprawi, że skóra przesuszona, odwodniona, czy zmęczona odzyska miękkość i gładkość”. I naprawdę odzyskuje!

Nieco smuklejszy od niego jest krem pod oczy. Z ziołami, które od zawsze kojarzą nam się z pielęgnacją tych wrażliwych miejsc- chabrem bławatkiem i świetlikiem łąkowym. Krem jest równie delikatny i równie szybko się wchłania. Przyznam się, że dopiero niedawno poczułam potrzebę intensywnego dbania o okolice oczu. Nie bez przyczyny… Zaczęły mi się po prostu robić już dosyć widoczne zmarszczki… Tak, tak… I cieszę się, że akurat na ten krem trafiłam. Kiedy go nakładam, aż czuję na sobie przychylne spojrzenia wszystkich duchów babek i prababek, które same zbierały bławatki i przygotowywały z nich preparaty pielęgnacyjne. Poza tym, moja skóra go po prostu chłonie. Bez opamiętania. I bardzo jej z nim dobrze!
„Starannie dobrane składniki aktywne kremu pozwolą zmniejszyć cienie i obrzęki, usunąć objawy zmęczenia, poprawiając jednocześnie sprężystość skóry” – i o to mi teraz chodzi. Teraz, kiedy dosyć dużo pracuję wieczorami, czasem nie dosypiam. Warto mieć pod ręką takich małych przyjaciół!
Kremiki z Sylveco.
Na koniec dodam też, że Lekki krem brzozowy wygrał II Lili Plebiscyt na Najlepsze Kosmetyki Naturalne. Wszystkich zwycięzców poznacie TUTAJ. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji 🙂

A na sam sam sam koniec – mały product placement czy lokowanie produktu – jak kto chce 🙂 I mój ulubiony pierścionek z nowości w Lili in the Garden, które już wkrótce będą dostępne w sprzedaży 🙂

Pomysł: Kiełkujemy ładnie + wyniki konkursu kolagenowego Colway

Pamiętacie może świąteczny pomysł na nieco inne bombki (TUTAJ)? Takie, do których możemy włożyć, co tylko chcemy i wyczarować niesamowity mały świat. Albo posadzić sukulenty i stworzyć terrarium. Tym razem postanowiłam upiększyć nieco kuchnię i zasadzić w nich kiełki!

Nie lubię zwykłej kiełkownicy. Takiej plastikowej, okrągłej. Jest brzydka po prostu. Może i praktyczna, ale brzydka. Lubię natomiast otaczać się rzeczami pięknymi i oryginalnymi. Szklana kula z kiełkami spełnia te kryteria. W kuchni komponuje się cudownie. Żałuję tylko, że nie mam gdzie jej powiesić. Efekt z pewnością byłby jeszcze lepszy.
Wykonanie kiełkującej kuli jest doprawdy bardzo proste. Po pierwsze, zaopatrujemy się w samą kulę. Ja swoje kupiłam na Allegro i bardzo je polecam. Są uniwersalne, bo w zimie służą za dekoracje świąteczne, na imprezach dekorują stoły, a w między czasie – zamieniają się w kiełkownice.
Do takiej kuli wkładamy na dno nieco waty. Nawilżamy ją i posypujemy ziarenkami na kiełki dostępnymi w każdym sklepie ogrodniczym, a czasem nawet w spożywczych. Teraz potrzebna jest cierpliwość i konsekwencja. Watę należy zwilżać dwa razy dziennie chłodną wodą, a jej nadmiar każdorazowo wylewać. Po kilku dniach wyrośnie nam taki gesty busz, który możemy w całości pochłonąć 🙂 Polecam!

A teraz coś miłego! Dla trzech osób – bardzo miłego! Wyniki konkursu kolagenowegoTEGO!
Do wygrania były trzy kosmetyki kolagenem Colway. Poznajcie zwycięskie panie!
Kolagenowy żel do mycia Colway – Kaja Wierzbicka
Peeling kolagenowy Colway – Joanna Machna
Tonik bezalkoholowy Colway – Katarzyna C-k
 
Razem z Zakątkiem Kolagenowym bardzo dziękujemy za udział!  Zwyciężczynie proszę o podesłanie adresów do wysyłki w wiadomości na profilu facebookowym Zakątka Kolagenowego!

Facebook