KategorieNaturalna pielęgnacja

W roli głównej Kivvi Pianka do oczyszczania twarzy Ribes Nigrum Linea

Art of nature. To hasło jest częścią logotypu kosmetyków Kivvi. I pasuje do nich, trzeba przyznać, świetnie. Sztuką jest bowiem zrobić dobry naturalny kosmetyk i jeszcze większą sztuką – zapakować go w… sztukę.

O marce pisałam Wam już wielokrotnie i cały czas tkwię w zachwycie nad jej identyfikacją wizualną. Uwielbiam te wszystkie delikatne rysunki, te niezwykłe dzieła pełne kobiecości, kolorów i pasji. Sprawiają, że kosmetyki Kivvi stają się ozdobą łazienki, że chce się na nie patrzeć, trzymać zawsze blisko siebie i tak po prostu – cieszyć się nimi.

Tak właśnie jest z naszą dzisiejszą gwiazdą – Pianką do oczyszczania twarzy Ribes Nigrum Linea. Polubiłam ją jeszcze zanim zdążyłam jej użyć – za opakowanie! Choć przyznać muszę, że markę znam już na tyle, że wiedziałam, że można jej zaufać. I nie myliłam się!.

Jeśli więc poszukujecie porządnego kosmetyku z dobrym składem, który nie zrobi Wam krzywdy (no i przy okazji pięknie się zaprezentuje) to trafiliście doskonale. Pianka jest niezwykle leciutka, niczym chmurka, jakby jej nie było. Ale niech Was to nie zwodzi, oczyszcza wspaniale. Używam jej rano i wieczorem z ogromną przyjemnością. Nie wywołuje uczucia ściągniętej skóry, dobrze się rozprowadza, lekko pieni. Pozostawia skórę czystą i gotową na dalsze działania pielęgnacyjne.

Sekretem serii Ribes Nigrum jest, jak sama nazwa wskazuje, ekstrakt z czarnej porzeczki. Jest to ponoć owoc bardzo popularny na Łotwie, z której to marka się wywodzi. Zacytuję tu producenta: „Ekstrakt z czarnej porzeczki zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry, gdyż redukuje tempo tworzenia się zmarszczek i naprawia uszkodzenia tkanek. Jest nieodzowny dla skóry zmęczonej i zmatowiałej, jak również rozjaśnia i wyrównuje cerę.”

Ekstrakt znajdziemy więc w naszej piance, choć domyślam się, że nie ma go tam za dużo. Poza nim mamy tu także sporo innego dobra, chociaż na samym czele znajduje się po prostu woda i składnik myjący – Cocamidopropyl betaine. Zaraz jednak po nim plasuje się aloes, gliceryna czy oliwa z oliwek, później znajdujemy wanilię, rumianek, babkę, kiwi, nagietka, dziurawca i w końcu ekstrakt z jabłka. Całość ma więc bardzo delikatnie złuszczać, wygładzać, rozjaśniać i jednocześnie koić i sprzyjać regeneracji. Warto też tu zaznaczyć, że 99% wszystkich składników jest pochodzenia naturalnego.

Kosmetyk jest bardzo wydajny, z pewnością więc warto zainwestować te około 30 zł. W serii, która przeznaczona jest do pielęgnacji cery suchej i normalnej, powyżej 25 roku życia, znajdziemy także peeling, tonik i kremy. Przyznam, ze kuszą mnie bardzo!

Polecam!

Piankę znajdziecie TU.

Prosty kojący balsam monoi-aloes

Czy marzycie o tym, aby Wasza skóra w kilka chwil stała się niezwykle miękka, miła w dotyku, cudownie ukojona i odżywiona? A do tego wspaniale, całkowicie naturalnie pachniała jednym z moich ulubionych zapachów – olejem monoi czyli maceratem gardenii tahitańskiej w oleju kokosowym? Potrzebujecie silnego złagodzenia podrażnionej skóry i zapewnienia jej odpowiedniego poziomu nawilżenia?

Polecam dzisiejszy, baaaardzo prosty balsam, który pokochałam całkowicie! Tylko cztery składniki, tylko zmieszane, a efekt? Oszałamiający!

Zróbcie koniecznie!

Kojący balsam monoi-aloes

Składniki:

  • 20 g oleju monoi
  • 10 g żelu aloesowego (użyłam żelu 98 %  Equilibra, dostępnego w aptekach, nie jest to produkt w pełni naturalny, ma te 2% dodatków, ale jest jednak jednym z najlepszych i najlepiej dostępnych na rynku)
  • 10 g gliceryny roślinnej
  • 1 g mączki owsianej koloidalnej (mam z zielonyklub.pl) dla uzyskania odpowiedniej konsystensji

Całość ucieramy intensywnymi ruchami mieszadełkiem do uzyskania jednolitej masy. Powstaje szybko się wchłaniający, bardzo przyjemny w zapachu balsam o silnych właściwościach kojących i regenerujących.

Polecam!

 

Wiosenny wish list

Wiosna sprzyja odkrywaniu nowości i odświeżaniu wizerunku. Mam więc dziś dla Was moją małą wiosenną wish listę!

 

1. Marzy mi się okrutnie takie ogromne zdjęcie wiszące w przyszłej mojej jadalni, nad stołem. Albo w salonie. Byle było duże i tak wspaniale hipnotyzowało. To tutaj albo jedno z pozostałych autorstwa Maxa Wagnera / Max Wagner Print Shop

2. Już widzę siebie i Różę jako te dwie małe małpki pluskające się bąbelkowej kąpieli! / Pure Beginning – Płyn do kąpieli z bąbelkami i organicznym aloesem / OrganicAll

3. Bardzo mi się ostatnio podobają wszelkiej maści piny. Te tutaj – proste, minimalistyczne, ale mocno zwracające uwagę – wyjątkowo przypadły mi do gustu! / KOPI

4. Kupiłabym dla samej okładki 🙂 A tak poważnie, to słyszałam różne opinie o tej książce, ciekawa więc jestem bardzo! / Skin Coach. Twoja droga do pięknej i zdrowej skóry, Bożena Społowicz, Wyd. Otwarte / Empik

5. Wiszące oczka! Uwielbiam od dawna! / 10 DecoArt

6. Jakiś czas temu zobaczyłam pierwszą zapowiedź nowej marki twórców MomMe Cosmetics, o magicznej nazwie Alkemie. Mocno mnie zaintrygowała i od razu bardzo się spodobała. Wizerunek jest połączeniem dawnej mądrości (z moimi ulubionymi starymi rycinami botanicznymi na czele) ze współczesnym, bardzo modnym, prostym, jasnym i przejrzystym designem. Same produkty też zapowiadają się bardzo dobrze. Będę obserwować z przyjemnością! / Dream of beauty CALMING SLEEPING MASK Alkemie

7. No cudna ta torebka! Nosiłabym chętnie! TIMI Crossbody Bag Croco Black / Molehill

8. Z przyjemnością odkryłam nową markę intrygujących, naturalnych balsamów do ust. Wypróbuję na pewno! Crazy Rumors – Balsam koloryzujący do ust – Coral / BliskoNatury.pl

9. Jako wielbicielka Downton Abbey nie mogę przejść obojętnie obok tej pozycji. Już ją nawet zamówiłam! / Belgravia, Julian Fellowes, Wyd. Marginesy / Empik

10. Oj, ładne 🙂 Sandały Anna Field / Zalando

Zapisz

IOSSI czyli manufaktura kosmetyków naturalnych od kuchni

Myślę, że całkiem sporo z Was tu zaglądających, choć przez chwilę zapragnęło kiedyś w życiu prowadzić własna manufakturę kosmetyków naturalnych. Sama niegdyś o tym marzyłam. Widziałam się pośród masy kolorowych babeczek kąpielowych, mydlanych lodów i masełek do ciała. Patrząc jednak z perspektywy czasu nie wiem, czy byłabym w stanie wprowadzić w ten pomysł cały ten ogrom niezbędnego zaangażowania i cierpliwości. Marzenie pozostawiam więc na przyszłość. Marzyć trzeba, prawda? Tymczasem zapraszam Was w odwiedziny do innego, magicznego miejsca!

Zapraszam Was do IOSSI! A dokładniej do Asi Hołuj, twórczyni marki i do jej małego królestwa. Odwiedziłam bowiem tę krakowską manufakturę i nie mogę przestać się zachwycać! I wyjść z podziwu nie mogę i kciuków przestać trzymać też. Jeszcze bowiem rok temu Asia tworzyła wszystkie swoje naturalne specyfiki sama, nie miała profesjonalnej pracowni i grama czasu. Z tym ostatnim do teraz ma problem, co rozumiem doskonale. Pomysły i plany potrafią mocno angażować, a tu jeszcze trzeba nadzorować produkcję, prowadzić marketing, jeździć po całej Polsce i brać udział w targach oraz załatwiać najgorsze – czyli sprawy księgowe i urzędowe… Teraz jednak zmieniło się sporo. IOSSI ma już swoje prawdziwe miejsce i trzy uśmiechnięte, przesympatyczne dziewczyny do pomocy. Jest więc już ktoś, kto zajmie się stroną, sklepem, pakowaniem i wysyłkami. Jest ktoś do nieustającego nalewania, przelewania i etykietowania (to ponoć najgorsze, ale lada moment pojawi się istne zbawienie – maszyna etykietująca!). Jest w końcu ktoś, kto pomoże przy produkcji kosmetyków. Ale nie wszystkich – Asia zawsze sama dopilnowuje tego, co najtrudniejsze i co wymaga największej precyzji – tworzenia kremów.

To co spodobało mi się w tym małym laboratorium najbardziej to panująca tam atmosfera – było tak swojsko, miło, zabawnie! Dziewczyny się śmiały, chętnie rozmawiały, wszystko pokazywały. I te zapachy! Unosiły się wszędzie! Byłam świadkiem tworzenia receptur nowych olejków do masażu. Asia próbowała odnaleźć najlepszy zapach. I cóż, chyba znalazła! Proste ale genialne połączenie trawy cytrynowej z pieprzem z pewnością przypadnie Wam do gustu. I to jest właśnie ta magia, którą sama tak lubię. Magia tworzenia, eksperymentowania, testowania. Przenosi nas wprost do pracowni dawnego alchemika trwającego w swych poszukiwaniach kamienia filizoficznego, nawet jeśli dookoła panują zgoła inne warunki – jest jasno, czysto, wszystko uporządkowane, podpisane, zgodne ze wszystkimi tymi przedziwacznymi przepisami.

A wiecie co stresuje Asię najbardziej? Udzielanie wywiadów. Nie dziwi mnie to wcale, to i pozowanie do zdjęć muszą być trochę peszące. Asiu jednak droga, obawiam się, że będziesz musiała przywyknąć. Domyślam się bowiem, że czeka Cię jeszcze wiele, oj wiele, takich sytuacji! Bo, nie wiem czy wszyscy wiecie, ale kosmetyki IOSSI są doprawdy świetne i coraz częściej dostrzegane, publikowane i polecane. I oby tak dalej!

Zapraszam Was więc w małe odwiedziny do IOSSI! Poniżej – na zdjęciach, ale zajrzyjcie też koniecznie na stronę IOSSI.eu!

Domowy miętowy tonik odświeżający

Już jakiś czas temu odkryłam jak świetnie na skórę działa mięta. Jak ją orzeźwia, jakby dodawała energii. Uwielbiam kosmetyki z dodatkiem olejku miętowego! Kiedy więc skończył mi się tonik, sięgnęłam po miętę w jej bardziej tradycyjnym wydaniu – suszoną, w torebkach do zaparzania!

Bardzo polecam Wam dzisiejszy tonik! Z kilku powodów. Po pierwsze, jest prościutki w wykonaniu, robi się go raptem chwilę. Co jest o tyle istotne, że nie tworzymy go w dużych ilościach, musimy więc cały proces twórczy dosyć często powtarzać. Poza tym składa się raptem z trzech ogólnodostępnych składników (no… z wodą to z czterech), które mają zbawienny wpływ na skórę. Mamy więc napar miętowy połączony z pełnym witamin, odżywczym, regenerującym miodem i kwaśnym (a tej kwasoty skórze trzeba!), zmiękczającym octem jabłkowym. Musimy tu jednak pamiętać, aby zadbać o odpowiednią jakość produktów – wybieramy dobry miód i prawdziwy, trochę mętny, ekologiczny ocet jabłkowy.

Tonik wspaniale odświeża skórę, dodaje jej blasku i genialnie tonizuje. Poprawia jej kondycję, koi i łagodzi podrażnienia. Pomaga się jej zregenerować. Bardzo polecam zwłaszcza do cery poszarzałej, zmęczonej i problematycznej, jestem jednak pewna, że każda skóra go polubi. Bo skóra lubi prostotę, naturalność, miętę, miód i ocet!

Domowy miętowy tonik odświeżający

Składniki:

  • torebka mięty do zaparzania
  • wrzątek
  • łyżeczka dobrego miodu
  • 15 ml octu jabłkowego ekologicznego

W kubeczku zalewamy miętę wrzątkiem i odkładamy do zaparzenia i ostudzenia. Do szklanki przelewamy około 80 ml naparu, ocet oraz dodajemy miód. Całość dokładnie mieszamy i przelewamy do butelki o pojemności 100 ml. Nie tworzymy od razu większych ilości, tonik bowiem musimy wykorzystać do tygodnia i najlepiej przechowywać w lodówce.

Tonikiem na waciku przemywamy twarz rano i wieczorem przed nałożeniem kremu.

 

 

Sztuka mydlanego… pomysłu

Nie wystarczy robić dobre mydła. Nie teraz, kiedy rynek pełen jest dobrych mydeł. Kiedy coraz większą wartość ma staranne, ręczne wytwarzanie z dobrych, naturalnych produktów. Lubimy to, doceniamy produkty, cieszymy się my i nasza skóra na ich widok w łazience. Mimo to, nie wystarczy robić dobre mydła.

Aby te mydła sprzedać, muszą mieć bowiem pewną wartość dodaną. Coś, co je wyróżni z tej całej, mydlanej masy, a na co tak mało producentów zwraca uwagę. Co to może być?

Podstawą jest oczywiście dobry produkt. Bez tego ani rusz. Bo jeśli już skłonimy klienta do wyboru naszego mydła, a ono mu się nie spodoba, to doprawdy staranie o jego powrót do naszej marki będzie niezwykle pracochłonne. Jeśli już jednak dysponujemy wspaniałym, sprawdzonym, pieczołowicie opracowanym produktem, musimy dodać do niego pomysł, tę wspomnianą powyżej wartość dodaną, czyli coś, co na tyle zaintryguje klienta, że to właśnie po nasz produkt sięgnie.

I może to być historia stojąca za marką, wyjątkowa jej komunikacja, misja czy wizerunek. Może to być oryginalny pomysł na samo mydło – na jego kształt, kolor, wielkość, szczególne dodatki. Może to być sposób jego prezentacji, piękne zdjęcia, niezwykłe grafiki. Może to być w końcu opakowanie, które nie zawsze jest doceniane, ale to ono właśnie w dużej mierze wpływa na nasze zachowania i decyzje konsumenckie.

Mam dla Was kilka przykładów mydeł, na które zwróciłam szczególną uwagę w ostatnim czasie. Nie znam ich niestety w większości osobiście, nie używałam ich, nie przyglądałam się składom. Po każde jednak chętnie sięgnęłabym w sklepie. Każde z nich ma właśnie to wyjątkowe „coś”.

Ministerstwo Dobrego Mydła

Zaczniemy od niewątpliwej gwiazdy naszego krajowego rynku mydlarskiego – Ministerstwa Dobrego Mydła. Dziewczyny stworzyły swoja markę w tak idealnie wyszukany, choć na pierwszy rzut oka niezwykle prosty sposób. Ta prostota i spójność urzekają. Mamy tu w dodatku genialną komunikację z klientami w social media i niezwykłą historię stojąca za marką, która opowiadana jest często i konsekwentnie. Do całości dodamy modny, zachodni sposób prezentacji mydeł, który dokładnie wpasowuje się w wizerunek samej marki i aż chce się je zamawiać! / Ministerstwo Dobrego Mydła

(Hibiskus z pierwszego zdjęcia jest zachwycający!)

Hagi Cosmetics

Kolejna polska manufaktura, o której warto wspomnieć. Z przyjemnością obserwuję jej rozwój, ekspansję do coraz większej ilości sklepów i kolejne świetne produkty. Opakowania mydeł są całkowicie w moim stylu, nie mogło ich więc tu zabraknąć. / Hagi

 

Monsillage

Jako wielbicielka ciekawych wzorów, a już najbardziej roślinnych i zwierzęcych motywów ze starych rycin, sięgnęłabym po mydła tak zapakowane bez najmniejszych oporów. Poza tym świetny pomysł na samą prezentację mydeł! / Monsillage

Herbivore

Kolejny przykład na to, że w prostocie tkwi piękno! Doceniam ją równie mocno, jak zachwycające, barkowe nieraz wzory. Ważne, aby w tej prostocie tkwiła pewna spójna myśl i aby w pełni odzwierciedlała ona równie czysty przekaz marki. / Herbivore

Artist Atelier

A może nadać mydłom nieco artystycznego twista? Czemu bowiem sztuka nie miałaby wkraczać do naszej łazienki? W dodatku zaklęta w tak modne, malarskie wzory z dodatkiem złota i pasteli! / Anthropologie

Cleanse By Hepzabeth

Mydełka czy czekoladki? W słodkim opakowaniu niczym bombonierka. I do tego ciekawie zabarwione – także przypominają dzieło artysty. Jestem zachwycona! Mogłabym je i podarować i równie chętnie – dostać. / Etsy

Mydła jak kamienie

Już je Wam pokazywałam, wiem. Ale przyznajcie, ze są naprawdę wyjątkowe! Tutaj w wersji Anthropologie, a poniżej…

A tu w wersji ze sklepu Leif. No, cuda!

Savon Stories

Kolejna marka, która idealnie trafiła w mój gust – opakowania zachwycają motywami roślinnymi, kolorami i etykietami w stylu starych mydlarni. Polecam zajrzeć także na stronę i się pozachwycać! / Savon Stories

 

Zador

Kolejny niezwykły pomysł. Węgierskie mydełka zapakowane trochę jakby w tapetowy papier z mocnymi złotymi wstawkami. Niczym niezwykle cenne drobiazgi albo czekoladki najwyższej jakości. Na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie wyjątkowości i produktu z wyższej, luksusowej półki. / Zador

 

Float

Niezwykły pomysł, który chyba niestety nie funkcjonuje w realnym życiu – pozostał na poziomie projektu (poprawcie mnie, jeśli się mylę). A ja zachwycona jestem kolejnym połączeniem sztuki z rzemiosłem, a jeszcze bardziej – koncepcją jakby przełożenia samych mydeł na opakowania. W ten sposób powstają produkty zabawne, intrygujące, ciekawe, ot – mydlarskie perełki. / koncept na The Dieline autorstwa Wang Min

Trevarno

Marka już dawno zwróciła na mnie swoją uwagę niesamowitymi opakowaniami, a dokładniej kolorowym szkłem, którego nie da się przeoczyć. Jest świetne! Bardzo też podoba mi się pawi motyw na mydłach! / Trevarno

 

Madara

No, czyż nie cuda? Czy nie sięgnęlibyście po te mydła od razu? I to i te w płynie i w kostce. Opakowania skradły moje serce, wszystko mi się tu podoba, wszystko jest niezwykle oryginalne, bardzo na czasie, pełne kolorów, a jednocześnie eleganckie i zachęcające do zakupu. / Matique

Vice & Velvet

Na koniec mydełka – chmurki, które już w Lili gościły. Czy trzeba dużo? Nie – trzeba znaleźć dobrą foremkę! Bo chmurki są niezwykle urocze i jestem pewna, że połowa czytających to kobiet i na pewno wszystkie dzieci z pewnością taką chmurkę chciałyby zobaczyć w łazience. / Etsy

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Facebook