KategorieNaturalna pielęgnacja

IOSSI czyli manufaktura kosmetyków naturalnych od kuchni

Myślę, że całkiem sporo z Was tu zaglądających, choć przez chwilę zapragnęło kiedyś w życiu prowadzić własna manufakturę kosmetyków naturalnych. Sama niegdyś o tym marzyłam. Widziałam się pośród masy kolorowych babeczek kąpielowych, mydlanych lodów i masełek do ciała. Patrząc jednak z perspektywy czasu nie wiem, czy byłabym w stanie wprowadzić w ten pomysł cały ten ogrom niezbędnego zaangażowania i cierpliwości. Marzenie pozostawiam więc na przyszłość. Marzyć trzeba, prawda? Tymczasem zapraszam Was w odwiedziny do innego, magicznego miejsca!

Zapraszam Was do IOSSI! A dokładniej do Asi Hołuj, twórczyni marki i do jej małego królestwa. Odwiedziłam bowiem tę krakowską manufakturę i nie mogę przestać się zachwycać! I wyjść z podziwu nie mogę i kciuków przestać trzymać też. Jeszcze bowiem rok temu Asia tworzyła wszystkie swoje naturalne specyfiki sama, nie miała profesjonalnej pracowni i grama czasu. Z tym ostatnim do teraz ma problem, co rozumiem doskonale. Pomysły i plany potrafią mocno angażować, a tu jeszcze trzeba nadzorować produkcję, prowadzić marketing, jeździć po całej Polsce i brać udział w targach oraz załatwiać najgorsze – czyli sprawy księgowe i urzędowe… Teraz jednak zmieniło się sporo. IOSSI ma już swoje prawdziwe miejsce i trzy uśmiechnięte, przesympatyczne dziewczyny do pomocy. Jest więc już ktoś, kto zajmie się stroną, sklepem, pakowaniem i wysyłkami. Jest ktoś do nieustającego nalewania, przelewania i etykietowania (to ponoć najgorsze, ale lada moment pojawi się istne zbawienie – maszyna etykietująca!). Jest w końcu ktoś, kto pomoże przy produkcji kosmetyków. Ale nie wszystkich – Asia zawsze sama dopilnowuje tego, co najtrudniejsze i co wymaga największej precyzji – tworzenia kremów.

To co spodobało mi się w tym małym laboratorium najbardziej to panująca tam atmosfera – było tak swojsko, miło, zabawnie! Dziewczyny się śmiały, chętnie rozmawiały, wszystko pokazywały. I te zapachy! Unosiły się wszędzie! Byłam świadkiem tworzenia receptur nowych olejków do masażu. Asia próbowała odnaleźć najlepszy zapach. I cóż, chyba znalazła! Proste ale genialne połączenie trawy cytrynowej z pieprzem z pewnością przypadnie Wam do gustu. I to jest właśnie ta magia, którą sama tak lubię. Magia tworzenia, eksperymentowania, testowania. Przenosi nas wprost do pracowni dawnego alchemika trwającego w swych poszukiwaniach kamienia filizoficznego, nawet jeśli dookoła panują zgoła inne warunki – jest jasno, czysto, wszystko uporządkowane, podpisane, zgodne ze wszystkimi tymi przedziwacznymi przepisami.

A wiecie co stresuje Asię najbardziej? Udzielanie wywiadów. Nie dziwi mnie to wcale, to i pozowanie do zdjęć muszą być trochę peszące. Asiu jednak droga, obawiam się, że będziesz musiała przywyknąć. Domyślam się bowiem, że czeka Cię jeszcze wiele, oj wiele, takich sytuacji! Bo, nie wiem czy wszyscy wiecie, ale kosmetyki IOSSI są doprawdy świetne i coraz częściej dostrzegane, publikowane i polecane. I oby tak dalej!

Zapraszam Was więc w małe odwiedziny do IOSSI! Poniżej – na zdjęciach, ale zajrzyjcie też koniecznie na stronę IOSSI.eu!

Domowy miętowy tonik odświeżający

Już jakiś czas temu odkryłam jak świetnie na skórę działa mięta. Jak ją orzeźwia, jakby dodawała energii. Uwielbiam kosmetyki z dodatkiem olejku miętowego! Kiedy więc skończył mi się tonik, sięgnęłam po miętę w jej bardziej tradycyjnym wydaniu – suszoną, w torebkach do zaparzania!

Bardzo polecam Wam dzisiejszy tonik! Z kilku powodów. Po pierwsze, jest prościutki w wykonaniu, robi się go raptem chwilę. Co jest o tyle istotne, że nie tworzymy go w dużych ilościach, musimy więc cały proces twórczy dosyć często powtarzać. Poza tym składa się raptem z trzech ogólnodostępnych składników (no… z wodą to z czterech), które mają zbawienny wpływ na skórę. Mamy więc napar miętowy połączony z pełnym witamin, odżywczym, regenerującym miodem i kwaśnym (a tej kwasoty skórze trzeba!), zmiękczającym octem jabłkowym. Musimy tu jednak pamiętać, aby zadbać o odpowiednią jakość produktów – wybieramy dobry miód i prawdziwy, trochę mętny, ekologiczny ocet jabłkowy.

Tonik wspaniale odświeża skórę, dodaje jej blasku i genialnie tonizuje. Poprawia jej kondycję, koi i łagodzi podrażnienia. Pomaga się jej zregenerować. Bardzo polecam zwłaszcza do cery poszarzałej, zmęczonej i problematycznej, jestem jednak pewna, że każda skóra go polubi. Bo skóra lubi prostotę, naturalność, miętę, miód i ocet!

Domowy miętowy tonik odświeżający

Składniki:

  • torebka mięty do zaparzania
  • wrzątek
  • łyżeczka dobrego miodu
  • 15 ml octu jabłkowego ekologicznego

W kubeczku zalewamy miętę wrzątkiem i odkładamy do zaparzenia i ostudzenia. Do szklanki przelewamy około 80 ml naparu, ocet oraz dodajemy miód. Całość dokładnie mieszamy i przelewamy do butelki o pojemności 100 ml. Nie tworzymy od razu większych ilości, tonik bowiem musimy wykorzystać do tygodnia i najlepiej przechowywać w lodówce.

Tonikiem na waciku przemywamy twarz rano i wieczorem przed nałożeniem kremu.

 

 

Sztuka mydlanego… pomysłu

Nie wystarczy robić dobre mydła. Nie teraz, kiedy rynek pełen jest dobrych mydeł. Kiedy coraz większą wartość ma staranne, ręczne wytwarzanie z dobrych, naturalnych produktów. Lubimy to, doceniamy produkty, cieszymy się my i nasza skóra na ich widok w łazience. Mimo to, nie wystarczy robić dobre mydła.

Aby te mydła sprzedać, muszą mieć bowiem pewną wartość dodaną. Coś, co je wyróżni z tej całej, mydlanej masy, a na co tak mało producentów zwraca uwagę. Co to może być?

Podstawą jest oczywiście dobry produkt. Bez tego ani rusz. Bo jeśli już skłonimy klienta do wyboru naszego mydła, a ono mu się nie spodoba, to doprawdy staranie o jego powrót do naszej marki będzie niezwykle pracochłonne. Jeśli już jednak dysponujemy wspaniałym, sprawdzonym, pieczołowicie opracowanym produktem, musimy dodać do niego pomysł, tę wspomnianą powyżej wartość dodaną, czyli coś, co na tyle zaintryguje klienta, że to właśnie po nasz produkt sięgnie.

I może to być historia stojąca za marką, wyjątkowa jej komunikacja, misja czy wizerunek. Może to być oryginalny pomysł na samo mydło – na jego kształt, kolor, wielkość, szczególne dodatki. Może to być sposób jego prezentacji, piękne zdjęcia, niezwykłe grafiki. Może to być w końcu opakowanie, które nie zawsze jest doceniane, ale to ono właśnie w dużej mierze wpływa na nasze zachowania i decyzje konsumenckie.

Mam dla Was kilka przykładów mydeł, na które zwróciłam szczególną uwagę w ostatnim czasie. Nie znam ich niestety w większości osobiście, nie używałam ich, nie przyglądałam się składom. Po każde jednak chętnie sięgnęłabym w sklepie. Każde z nich ma właśnie to wyjątkowe „coś”.

Ministerstwo Dobrego Mydła

Zaczniemy od niewątpliwej gwiazdy naszego krajowego rynku mydlarskiego – Ministerstwa Dobrego Mydła. Dziewczyny stworzyły swoja markę w tak idealnie wyszukany, choć na pierwszy rzut oka niezwykle prosty sposób. Ta prostota i spójność urzekają. Mamy tu w dodatku genialną komunikację z klientami w social media i niezwykłą historię stojąca za marką, która opowiadana jest często i konsekwentnie. Do całości dodamy modny, zachodni sposób prezentacji mydeł, który dokładnie wpasowuje się w wizerunek samej marki i aż chce się je zamawiać! / Ministerstwo Dobrego Mydła

(Hibiskus z pierwszego zdjęcia jest zachwycający!)

Hagi Cosmetics

Kolejna polska manufaktura, o której warto wspomnieć. Z przyjemnością obserwuję jej rozwój, ekspansję do coraz większej ilości sklepów i kolejne świetne produkty. Opakowania mydeł są całkowicie w moim stylu, nie mogło ich więc tu zabraknąć. / Hagi

 

Monsillage

Jako wielbicielka ciekawych wzorów, a już najbardziej roślinnych i zwierzęcych motywów ze starych rycin, sięgnęłabym po mydła tak zapakowane bez najmniejszych oporów. Poza tym świetny pomysł na samą prezentację mydeł! / Monsillage

Herbivore

Kolejny przykład na to, że w prostocie tkwi piękno! Doceniam ją równie mocno, jak zachwycające, barkowe nieraz wzory. Ważne, aby w tej prostocie tkwiła pewna spójna myśl i aby w pełni odzwierciedlała ona równie czysty przekaz marki. / Herbivore

Artist Atelier

A może nadać mydłom nieco artystycznego twista? Czemu bowiem sztuka nie miałaby wkraczać do naszej łazienki? W dodatku zaklęta w tak modne, malarskie wzory z dodatkiem złota i pasteli! / Anthropologie

Cleanse By Hepzabeth

Mydełka czy czekoladki? W słodkim opakowaniu niczym bombonierka. I do tego ciekawie zabarwione – także przypominają dzieło artysty. Jestem zachwycona! Mogłabym je i podarować i równie chętnie – dostać. / Etsy

Mydła jak kamienie

Już je Wam pokazywałam, wiem. Ale przyznajcie, ze są naprawdę wyjątkowe! Tutaj w wersji Anthropologie, a poniżej…

A tu w wersji ze sklepu Leif. No, cuda!

Savon Stories

Kolejna marka, która idealnie trafiła w mój gust – opakowania zachwycają motywami roślinnymi, kolorami i etykietami w stylu starych mydlarni. Polecam zajrzeć także na stronę i się pozachwycać! / Savon Stories

 

Zador

Kolejny niezwykły pomysł. Węgierskie mydełka zapakowane trochę jakby w tapetowy papier z mocnymi złotymi wstawkami. Niczym niezwykle cenne drobiazgi albo czekoladki najwyższej jakości. Na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie wyjątkowości i produktu z wyższej, luksusowej półki. / Zador

 

Float

Niezwykły pomysł, który chyba niestety nie funkcjonuje w realnym życiu – pozostał na poziomie projektu (poprawcie mnie, jeśli się mylę). A ja zachwycona jestem kolejnym połączeniem sztuki z rzemiosłem, a jeszcze bardziej – koncepcją jakby przełożenia samych mydeł na opakowania. W ten sposób powstają produkty zabawne, intrygujące, ciekawe, ot – mydlarskie perełki. / koncept na The Dieline autorstwa Wang Min

Trevarno

Marka już dawno zwróciła na mnie swoją uwagę niesamowitymi opakowaniami, a dokładniej kolorowym szkłem, którego nie da się przeoczyć. Jest świetne! Bardzo też podoba mi się pawi motyw na mydłach! / Trevarno

 

Madara

No, czyż nie cuda? Czy nie sięgnęlibyście po te mydła od razu? I to i te w płynie i w kostce. Opakowania skradły moje serce, wszystko mi się tu podoba, wszystko jest niezwykle oryginalne, bardzo na czasie, pełne kolorów, a jednocześnie eleganckie i zachęcające do zakupu. / Matique

Vice & Velvet

Na koniec mydełka – chmurki, które już w Lili gościły. Czy trzeba dużo? Nie – trzeba znaleźć dobrą foremkę! Bo chmurki są niezwykle urocze i jestem pewna, że połowa czytających to kobiet i na pewno wszystkie dzieci z pewnością taką chmurkę chciałyby zobaczyć w łazience. / Etsy

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lily Lolo

Miałam już w życiu do czynienia kosmetykami mineralnymi, nie powiem. Do tej pory jednak nie wciągnęły mnie w swój świat. Nie odkryły przede mną swoich możliwości i wszystkich swoich zalet. Przerażała mnie wręcz sypkość podkładów, specjalny sposób ich nakładania i niestety cena. Nie miałam też do tej pory takiego super ekstra mięciutkiego puszystego pędzla Kabuki. Teraz mam i całkowicie szczerze – kocham go! I wiecie co? Z takim to pędzlem wszystko wydaje się prostsze. A podkład sam się rozprowadza na buzi. Ale o tym za chwilę…

Bo może jeszcze najzwyczajniej w świecie nie wiecie, co to są kosmetyki mineralne? Albo już sporo słyszeliście, ale też nie wiecie, jak ten tajemniczy temat ugryźć? Otóż te tak zwane „minerały” to zdrowsza, łagodniejsza, naturalna wersja produktów do makijażu, oparta na minerałach właśnie. Słyną z tego, że nie zapychają, nie podrażniają, nie ingerują w skórę, ale za to zapewniają dokładne jej krycie, dobrze się noszą i sprawdzają na co dzień. Kosmetyki mineralne nie zawierają talku, którego bardzo nie lubimy, sztucznych barwników i niepotrzebnych wypełniaczy. Poleca się je zwłaszcza osobom o cerze problematycznej, którym tradycyjny makijaż często tylko pogarsza stan skóry. Co tu istotne, w kosmetykach Lily Lolo znajdziemy tlenek cynku, który ma właściwości lecznicze i często polecany jest na wszelkiego typu niedoskonałości (w popularnych maściach cynkowych).

Brytyjską markę Lily Lolo znam od dawna. Zawsze zachwycałam się jej wizerunkiem, jasnym przekazem i pomysłem dla siebie. Bardzo, bardzo podoba mi się jej estetyka, proste połączenie bieli i czerni z charakterystycznym wzorem z logotypu. Opakowań nie da się przeoczyć, właśnie ze względu na ich prostotę i czystość. Wszystko tu jest spójne, jakby oczywiste, ale nie nudne. Bo feerię barw gwarantują marce same minerały.

Ale do rzeczy! Od jakiegoś czasy używam kilku produktów Lily Lolo. Część z nich skradła moje serce, część bardzo lubię. Zacznijmy jednak od sztandarowego produktu marki, tego, od czego zazwyczaj zaczyna się przygodę z kosmetykami mineralnymi – od podkładu SPF 15. Jego odcień wybrałam na podstawie zdjęć na stronie dystrybutora – Costasy. Jak się okazało – odcień idealny. Tylko, ze dopiero teraz zaczynają się schody. Bo nie jest to produkt łatwy, taki, który od razu po otrzymaniu możemy użyć. Nie wyobrażam sobie też jego aplikacji bez wspomnianego wcześniej pędzla Kabuki, co z resztą podkreśla producent – cały sekret dobrze nałożonego podkładu leży w dobrym pędzlu. Kabuki jest niezwykle gesty, bardzo mięciutki, aż chce się go dotykać. Istnieje też swoisty rytuał nakładania podkładu – najpierw pierwsza warstwa, sypiemy go nieco na nakrętkę, zbieramy całość pędzlem, potem otrzepujemy nadmiar proszku, następnie trzeba lekko stuknąć spodem pędzla o twardą powierzchnię, aby podkład rozszedł się we włosiu nieco głębiej. I dopiero tak przygotowanym nakładamy podkład na buzię, szybkimi kolistymi ruchami, od środka. Tak, aby pokrył całość w możliwie naturalny, delikatny sposób. Czynność powtarzamy 2-4 razy.

Tylko, że… Aby nałożony podkład faktycznie wyglądał ładnie, buzia musi być idealnie nawilżona i gładka (peelingi niezbędne). Jest to spory problem, zwłaszcza dla osób, które zwracają się ku minerałom, że względu na problemy z cerą. Niestety po chwili widać na skórze każdą malutką odchodząca skórkę, każdą niedoskonałość. Problem ten szczególnie istotny wydaje się być teraz, kiedy to po zimie mamy wyjątkowo przesuszoną skórę, łaknąca powietrza, wilgoci i wiosny. Sama mam dwa małe sposoby na zaradzenie takim problemom, abstrahując oczywiście od konieczności silnego nawilżania i złuszczania. Po pierwsze – zaczynamy od nieco tłustszego korektora i na niego nakładamy podkład. Po drugie, w wersji na co dzień czy po domu, polecam zamieniać go w krem BB – mieszamy nieco podkładu z ulubionym nawilżającym kremem i taką mieszankę nakładamy na twarz. Sprawdza się świetnie.

Trochę może tu teraz przeskoczę do pudru, ale nie mogę inaczej. Bo kiedy już nałożymy podkład i mamy już tez pięknie zrobione oko i całą resztę, zabieramy się za coś wspaniałego! Jestem totalnie zauroczona Jedwabnym sypkim pudrem Flawless Silk! „Jasny, brzoskwiniowo-różowy mineralny puder o jedwabistej konsystencji, który dzięki zawartości rozpraszającej światło miki, optycznie redukuje widoczność drobnych zmarszczek oraz niedoskonałości.” Jest genialny i naprawdę, faktycznie, wydaje się, że skóra muśnięta jest jedwabiem. Leciutkim, lekko połyskującym, sprawiającym, że buzia jest rozjaśniona i promienna. No, cudo! (koniecznie pędzlem Kabuki!)

Szczególnie do gustu przypadł mi także duet do brwi – genialny podwójny pędzelek Angled Brow – Spoolie Brush oraz Ciemny zestaw do brwi Eyebrow Duo Dark. W zestawie znajduje się cień, który bardzo dobrze wpasował się w moje brwi oraz wosk, który nadaje im odpowiedni kształt. Niesamowite jak bardzo może się zmienić cała twarz, kiedy popracujemy jedynie nad brwiami. Ileż wyrazu dodają nam odpowiednio przyciemnione i lekko pomierzwione. Jako posiadaczka dużych, gęstych brwi, uważam ten duet za totalny must have.

Kiedy ostatnio malowała mnie makijażystka, stwierdziła, że mam „cukierkową twarz”. Wyglądam bowiem dobrze w cukierkowych odcieniach na ustach, świetnie też się czuję z różami. Bardzo więc do gustu przypadł mi kolejny zestaw – prasowany podwójny róż Naked Pink. Ciemniejszy nakładam pod kości policzkowe, jaśniejszy powyżej, dla rozjaśnienia twarzy. Bardzo też lubię nakładać je jako cienie na powieki – w kącikach przy nosie ten jasny, na całość ciemniejszy. Są bardzo delikatne, nie narzucają się, ale buzia wygląda od razu bardziej dziewczęco, radośniej i cieplej.

Jeśli natomiast chciałybyście przeobrazić się w prawdziwe gwiazdy, które zachwycają pięknie konturowaną twarzą, sięgnijcie koniecznie Naturalny Zestaw Do Modelowania Twarzy Sculpt & Glow Contour Duo. Doprawdy, cudo kolejne! Bronzer z rozświetlaczem współgrają idealnie. Ten pierwszy nakładam palcami, rozsmarowując lekko tuż pod kośćmi policzkowymi, odrobinę poniżej, na linię żuchwy, leciutko skronie. Wykańczam rozświetlaczem – nad kości policzkowe, tuż pod brwi, odrobinkę na grzbiet nosa, nieco pod, jeszcze mniej na brodę pod ustami. No magia! Nie jestem specjalistką od makijażu, ale odrobina konturowania jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a takimi cieniami jest to i łatwe i przyjemne.

Wybrałam sobie też błyszczyk w odcieniu Scandalips. To tak do tej mojej cukierkowej twarzy. Przyznam, że spodziewałam się mocniejszego koloru na ustach, ale poza tym nie mam mu nic do zarzucenia. Jest praktyczny, pojemny, pachnie tak, że chciałoby się go zlizać z warg. Nawilża je i odżywia – jego głównym składnikiem jest olej rycynowy, mamy w nim tez olej jojoba. Usta delikatnie i dziewczęco się błyszczą. Trochę mi to nie współgra z nazwą, ale co tam – błyszczyk tak lubię, że mam już na co dzień w torebce.

Zastrzeżenia mam natomiast do tuszu do rzęs i lakieru do paznokci. Ten drugi ma przepiękny kolor. Pokazywałam go Wam już. Idealny dla mnie – taka kawka z mlekiem, ale z dodatkiem jakby fioletu – odcień „9 to 5”. Jest to naturalny lakier, z formułą „8-free” nie zawiera toluenu, DBP, formaldehydu, żywic fenolowo-formaldehydowych, kamfory, parabenów, ftalanów, ksylenów oraz ethyl tosylamide resin. Na paznokciach wygląda pięknie. No ale niestety trzyma się wyjątkowo krótko. Czy nałożę jedną grubszą, czy dwie warstwy, końcówki paznokci zaraz odpryskują. Trzeba więc będzie zainwestować w jakiś utwardzacz…

Co do tuszu… bardzo podoba mi się, że oparto go na bardzo ciekawych woskach roślinnych, że zawiera olejek z owoców dzikiej róży i arganowy. I faktycznie potrafi niesamowicie wydłużyć i pogrubić rzęsy, kiedy to nałożymy 2-3 jego warstwy. Mam jednak problem z małymi grudkami i sklejaniem rzęs. Producent sugeruje, że aby uniknąć sklejania, należy dosyć szybko nałożyć drugą warstwę. Być może muszę sobie jeszcze wypracować swój sposób na tę mascarę. Niemniej jednak oczu nie podrażnia, rzęs nie wysusza, nie rozmazuje się, utrzymuje się bardzo długo, łatwo zmywa, a to istotne zalety.

Pozostanę więc wierna kosmetykom mineralnym. Pewnie wręcz z czasem udoskonalę techniki ich nakładania, znajdę na nie nowe sposoby, wypróbuję kolejne produkty. Na pewno warte są nieco większej inwestycji.

Wszystkie znajdziecie na stronie Costasy.

 

 

Zapisz

O JEJU!

Miejsce nowe nam w Krakowie otworzyli. Na Kazimierzu, w kamienicy, na rogu Miodowej i Bożego Ciała, trzeba przyznać – dogodne położenie. Miejsce takie, że o jeju. Bo to JEJU właśnie jest. I jeśli do tej pory nie czułam potrzeby pisania o sklepach z kosmetykami, to dlatego, że żaden z nich wystarczająco się nie wyróżniał. Ten natomiast jest całkowicie inny.

JEJU w zasadzie nie jest standardowym sklepem. Bardziej pasuje tu nazwa butik lub wręcz galeria. Wyjątkowa galeria, bo eksponatami są kosmetyki. Stoisz bowiem przed pięknymi półkami i stojakami i przychodzi do głowy refleksja – czy aby nie stoją na nich małe dzieła sztuki?

Jest to miejsce dokładnie przemyślane, wszystko tu do siebie pasuje. I wszystko jest takie, jakie sama bardzo lubię. Jest niezwykle kobieco, jasno i przestrzennie. Jest różowo, pastelowo, ale ani grama w tym kiczu. Mamy ciemniejsze zielone akcenty, mamy rośliny, duże liście palmy i świeże kwiaty. Mamy zapaloną dla klimatu sojową świecę. I bardzo miłe panie, które chętnie doradzają.

Jestem też pewna, że żaden z kosmetyków nie znalazł się na półkach JEJU bez przyczyny. Cała oferta, spora choć nie przytłaczająca, jest spójna. Skupiona wokół naturalnej pielęgnacji z całym szeregiem naszych polskich, niszowych i manufakturowych kosmetyków oraz hitu ostatnich czasów – pielęgnacji koreańskiej z ich sztandarowymi i najbardziej znanymi markami. Wspaniale wyglądają długie ławy zapełnione tak cenionymi w Korei maskami w płachtach, w bajecznie kolorowych opakowaniach i o niestety bardzo nienaturalnych składach. Wiem dobrze jednak, że po sukcesie książki „Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho są mocno poszukiwane i nadal słabo dostępne.

Polecam wpaść do JEJU. Po zakupy, jak najbardziej. Po tak wiele znanych mi, świetnych, naturalnych marek. Ale nie tylko. Także dla atmosfery. Bo zakupy w tym miejscu to przeżycie samo w sobie, to doświadczenie z wciąż dalekiej nam, zachodniej kultury, gdzie tak cenne są takie cechy jak jakość, niszowość i wyjątkowa filozofia marki. Zawsze też można wejść tam jak do faktycznej galerii i podziwiać tę feerię koreańskich barw i pomysłowość naszych rodzimych manufaktur.

JEJU ma pomysł na siebie i mocno trzymam kciuki, aby był on na tyle wyjątkowy, że nie zniknie nam za jakiś czas z mapy Kazimierza, jak tak wiele innych. Byłoby bowiem bardzo dobrze, gdyby okazało się, że już jesteśmy gotowi na takie miejsca.

Zapisz

Nowa odsłona Lili Garden!

Tadam! Z ogromną przyjemnością przedstawiam Wam moją nową stronę! Jest to w zasadzie nowe oblicze dawnej strony sklepowej Lili in the Garden. Postanowiłam wykorzystać fakt posiadania domeny, serwera i całkiem fajnego szablonu na WordPressie i stworzyć porządną stronę moich warsztatów kosmetyki naturalnej!

Trochę zajęło mi rozgryzanie niuansów szablonu i samego WordPressa, nawet pomimo faktu, że poprzednią stronę – sklepu z biżuterią także zrobiliśmy sami. Sama też przeniosłam już dwa blogi na WP i przystosowałam dwa inne szablony. Za każdym razem jednak napotykam na nowe problemy, które trzeba rozgryźć. Ale jak się już je rozgryzie, satysfakcja jest jest przeogromna.

Stworzyłam więc stronę taką, jaką chciałam. Pełną moich zdjęć, soczystą i kolorową. Stronę, która ma wprowadzać w temat i zachęcać do składania zapytań o warsztaty. Brakuje mi niestety porządnych zdjęć z warsztatów i to będę musiała nadrobić. Na razie posiłkowałam się zdjęciami samych kosmetyków. Mam nadzieję, że są na tyle ciekawe, aby wzbudzić zainteresowanie i pragnienie wykonania tych cudów samemu.

Zapraszam Was więc gorąco na LiliGarden.pl! Zapraszam do organizowania warsztatów w Waszych firmach i instytucjach. Będzie mi ogromnie miło, jeśli wieść o stronie podacie dalej, jeśli pójdzie w świat!

—–> www.LiliGarden.pl

xoxo

Facebook