KategorieNaturalna pielęgnacja

Prosta i skuteczna punktowa pasta na niedoskonałości

Mam dzisiaj dla Was kolejny bardzo prosty, a genialny wręcz przepis! Zrobimy bowiem coś, co niestety wielu z nas może się bardzo przydać – punktową pastę na niedoskonałości! A dokładniej na wszelkie przykre niespodzianki, które od czasu do czasu serwuje nam cera. Pasta skutecznie je niweluje, wysusza, goi, widocznie zmniejsza, a jednocześnie łagodzi podrażnioną skórę.

Co w niej znajdziemy? Samo dobro! Po pierwsze całą masę uzdrawiającego, cudownie kojącego aloesu. Do niego dodałam tlenek cynku – to on nadaje tę białą konsystencję pasty, tworzy rodzaj maści cynkowej. Jest to bardzo delikatny proszek, słynący ze swoich właściwości gojących i przeciwzapalnych. Stanowi też naturalny filtr przeciwsłoneczny. Poleca się go w leczeniu trądziku, różnego rodzaju wysypek i stanów zapalnych skóry. Całość uzupełniłam jeszcze odrobiną oleju z czarnego kminu, czyli z tak lubianej przeze mnie czarnuszki o działaniu przeciwzapalnym i regenerującym oraz antybakteryjnego i przeciwgrzybicznego olejku z drzewa herbacianego.

I tyle! Cztery naturalne, bardzo skuteczne składniki, które razem stworzyły skuteczną broń w codziennej walce o piękną skórę.

Ach, muszę dodać, że wykorzystałam tutaj żel aloesowy 98% Equilibra, dostępny w aptekach. Posiada on już odrobinę środków konserwujących. Bardzo go polecam, bo świetnie sprawdza się zarówno samodzielnie, jak i dodatek do innych kosmetyków.

Punktowa pasta na niedoskonałości

Składniki:

  • 10 ml żelu aloesowego (użyłam Equilibra)
  • 5 ml tlenku cynku (ZielonyKlub.pl)
  • 2,5 ml oleju z czarnego kminu / czarnuszki
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego

Do przygotowania pasty użyłam łyżeczek miarowych, dlatego też ilość tlenku cynku podałam w mililitrach. Wszystkie składniki ucieramy na pastę o jednolitej konsystencji. Przekładamy do wyparzonego słoiczka.

Pastę nakładamy punktowo na zmienione miejsca, jedynie bardzo cienką jej warstwę. Można ją nakładać kilka razy dziennie lub na noc, na oczyszczoną skórę.

 

W roli głównej: kremy Mokosh

Cóż, przyznam, że od dawna nie miałam tak fajnego duetu do pielęgnacji cery. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że nowe kremy naszej polskiej manufaktury Mokosh są doprawdy genialne. Chyba nawet muszą być… za tę cenę… W każdym razie, w roli głównej zabłyszczą nam dzisiaj nowe gwiazdy mojej łazienki – Wygładzający krem do twarzy Figa oraz Korygujący krem pod oczy Zielona herbata.

A wyglądają tak niepozornie… Ot, dwa proste słoiczki w typie małej manufaktury – ciemne, z brązowego szła, z czarną nakrętką. Bez żadnego fiu bździu, prosty opis, marka, nazwa, skład, producent. I choć często to całe fiu bździu lubię i polecam, doceniam także piękno prostoty i minimalizmu. Powiem Wam więc, że bardzo te słoiczki mi się podobają.

Zresztą i tak w gruncie rzeczy najistotniejsza jest zawartość. A z tą polubiłam się bardzo. Moja cera nie jest łatwa, doceniam więc wybitnie produkty, które nie tylko jej nie szkodzą, ale jeszcze potrafią ją ukoić, odpowiednio nawilżyć i zregenerować. Kremom Mokosh zaufałam w pełni – oba mają dobrą konsystencję (krem do oczu jest gęstszy, wyrazistszy), oba szybko się wchłaniają i zupełnie nie zapychają. Nie miałam po nich żadnych przykrych niespodzianek, a wręcz mam wrażenie, że istotnie wpłynęły na dobry stan cery, pomogły jej się wyregulować, złagodziły podrażnienia i sprawiły, że jest miła w dotyku i miękka.

Krem figowy uwielbiam też za jego… figowość. Nie wiem czemu, ale mam wyraźną skłonność do wszystkiego, co figowe, a ekstrakt z figi ewidentnie dobrze czyni mojej skórze. Krem ma też piękny, bardzo delikatny zapach i świetną pojemność – 60 ml, dzięki czemu wystarcza na długo. Lubię nakładać go codziennie rano i wieczorem, wspierając jego moc żelem aloesowym lub kropelką olejku tymiankowego, co dobrze sprawdza się w pielęgnacji cery problematycznej.

Podoba mi się też jego ewidentnie przemyślany skład.Zacytuję kilka słów producenta: „zawiera m.in.: egzotyczny olej z baobabu, który działa przeciwzapalnie i regenerująco w różnych warstwach naskórka, olej arganowy o silnym działaniu nawilżającym i odmładzającym, olej jojoba, który zmiękcza skórę i odbudowuje jej płaszcz hydrolipidowy. Dodatkowo aktywnie działające naturalne ekstrakty z figi, lnu i bawełny oraz kompleks AQUAXYL™ z naturalnym ksylitolem nawilżają, rozświetlają, odżywiają skórę oraz chronią przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych i wolnych rodników.” Uważam, że jest znacznie lepszy niż konkurencyjny, plasujący się podobnie cenowo i marketingowo – krem Purite (mam anti-age). Polecam go i pod makijaż i jako źródło nocnej regeneracji. Na lato i na zimę.

Jego mniejsza siotra – Korygujący krem pod oczy Zielona herbata jest równie dobry i równie przemyślany. Tutaj muszę zacząć od opisu: „zawiera aktywny wyciąg z alg morskich , które zapobiegają rozszerzaniu się naczyń krwionośnych zlokalizowanych w okolicy oczu oraz kofeinę stymulującą mikrokrążenie w skórze. Dzięki temu, stosowany systematycznie, wpływa na redukcję cieni i opuchnięć pod oczami. Z uwagi na wykorzystanie ekstraktu z zielonej herbaty o działaniu antyoksydacyjnym, opóźnia oznaki starzenia skóry powstające pod wpływem promieniowania UV. Oleje sezamowy, arganowy i koksowy regenerują i odbudowują zniszczoną skórę i długotrwale ją nawilżają. Dodatek mineralnej miki optycznie poprawia koloryt skóry nadając jej rozświetlony wygląd. „

Krem jest więc jednym z lepiej przygotowanych do codziennej pielęgnacji skóry wokół oczu spośród kremów dostępnych na rynku. No i faktycznie ma lekki, bardzo lekki kolor, co doprawdy wydaje mi się genialnym pomysłem. Po jego codziennym stosowaniu, już po kilku dniach, oczy jakby odżywały. Ma przy tym przyjemny, ale ledwo wyczuwalny zapach i również – świetną pojemność –  30 ml na krem pod oczy to sporo.

Polecam Waszej uwadze nie tylko same kremy, ale także markę Mokosh. Śledzę ją od dawna, choć dopiero teraz miałam sposobność coś wypróbować. Manufaktura szybko się rozwija. Niegdyś w ofercie posiadała tylko czyste surowce – oleje czy sole. Teraz już możemy zakupić takie perełki, jak te nasze dzisiejsze gwiazdy. Bardzo mnie też kusi brązujący balsam do ciała. Pewnie warto wypróbować przed wakacjami!

Zobaczcie więc koniecznie stronę Mokosh.

Biofficina Toscana – najlepszy rytuał dla włosów

Należę do osób mocno sceptycznych w temacie pielęgnacji włosów. Nie mam bowiem z nimi lekko – jest ich bardzo dużo, są grube i problematyczne. Wiele naturalnych produktów dostępnych na rynku po prostu sobie z nimi nie poradziło lub, najzwyczajniej w świecie, zabrakło mi cierpliwości do ich stosowania. Jakaż więc była moja radość po odkryciu kosmetyków, które dzisiaj goszczą w Lili jako nasze gwiazdy!

Wierzcie mi lub nie, ale dla mnie to prawdziwa rewolucja w pielęgnacji włosów!

A wszystko dzięki marce Biofficina Toscana. Znam ją już od dłuższego czasu, choć przyznam, że nie poznałam jej na tyle dobrze, na ile faktycznie zasługuje. Jest to włoska marka, powstała 2010 roku, jak to zwykle bywa – z pasji dwóch kobiet. Ogromnie podoba mi się zasada „0 km”, którą obie panie przyjęły na początku swojej działalności, a która zakłada wykorzystanie wyłącznie lokalnych produktów. Umożliwia nam to korzystanie z tego co najlepsze w magicznej Toskanii! Co ciekawe, marka zaczynała swoje funkcjonowanie od 10-metrowego warsztatu, ale tak prężnie i szybko się rozwinęła, że wymusiło to powstanie głównego centrum logistycznego do obsługi zamówień na rynki włoski i zagraniczne, a także dwóch lokalnych biur operacyjnych. Serdecznie gratuluję sukcesu, zwłaszcza, że kosmetyki są doprawdy genialne.

Ale przejdźmy do meritum. Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować zestaw, który idealnie sprawdził się w codziennej pielęgnacji moich włosów. Mowa o Oczyszczającym szamponie, Hydrolacie rozmarynowym i Odbudowującej masce Biofficina Toscana. Zaczniemy od dwóch pierwszych.

Niezwykle zdziwiło mnie, że szampon, który oferuje nam marka to tak naprawdę… koncentrat szamponu. Oznacza to, że we względnie małej buteleczce znajduje się gęsty płyn, który należy rozrobić z wodą lub, uwaga, hydrolatem i dopiero wtedy ma optymalne właściwości myjące. Co równie istotne – całość jest po prostu ekonomiczna! Nie dopłacamy za dodatek wody w kosmetyku i w rzeczywistości mamy dwa razy więcej szamponu niż wynika to z pierwszego spojrzenia. Marka oferuje także specjalne butelki, w których takie koncentraty można sobie zmieszać z płynami, co jest bardzo wygodne – narysowane są na niej pojemności poszczególnych składników. I tak, wlewamy najpierw połowę koncentratu, potem połowę wybranego hydrolatu (o którym za chwilę) i całość wypełniamy wodą. Mieszamy i myjemy włosy.

Od razu powiem, że tak skomponowany szampon wystarcza na dosyć długo, świetnie, naprawdę świetnie się pieni i oczyszcza nawet moje trudne, gęste włosy. A byłam sceptykiem! Zajrzyjmy więc może do środka naszego specyfiku. Szampon ma przywracać równowagę włosom przetłuszczającym się i z tendencją do łupieżu. Czyli moich. Faktycznie, potwierdzam – wydają się bardziej… stabilne i dłużej świeże. Produkt „Reguluje procesy natłuszczania, łagodzi i oczyszcza skórę głowy. Zawiera organiczne ekstrakty z łopianu, bluszczu, jałowca, brzozy oraz Alpaflor® Alp-sebum®- innowacyjne aktywne składniki regulujące przetłuszczanie i stany zapalne skóry głowy.” Skład ma bardzo przyjemny z delikatnym detergentem na czele oraz licznymi ekstraktami ziołowymi. Zapach  – naturalny i mocno orzeźwiający – mamy tu bowiem olejki z eukaliptusa i mięty, które od bardzo dawna sobie cenię za ich pielęgnacyjną moc.

Zdecydowałam się dobrać do mojego szamponu wodę rozmarynową. Czemu? Jest to hydrolat polecany szczególnie w pielęgnacji włosów, zwłaszcza tych problematycznych. Można go oczywiście stosować po prostu do skóry, najlepiej jako tonik do twarzy. Ma działanie antyseptyczne, ściągające, zapobiega stanom zapalnym, wzmaga regenerację. Rozmaryn pięknie pachnie, rozjaśnia umysł, pomaga się skoncentrować i realizować wyznaczone cele. Ot, taki bonus dla zmysłów. Muszę tu tylko zaznaczyć, że hydrolat nie jest w pełni czystym produktem, dodano do niego odrobinę konserwantów. W żaden jednak sposób mi to nie przeszkadza. W każdym razie włosy go bardzo polubiły!

Po użyciu naszego oczyszczająco-orzeźwiającego duetu sięgam po Odbudowującą maskę Biofficina Toscana. Nakładam niemało, na mokre, umyte włosy i pozostawiam na kilka minut. Choć w zasadzie efekt niezwykle miękkich włosów czuć już po chwili. I jest to doprawdy wspaniały efekt. Uwielbiam go! Uwielbiam, kiedy moje włosy z pomierzwionych w trakcie mycia odmieniają się nagle w ułożone, lejące, zwarte i gładkie.

„Maska o działaniu układającym i naprawczym, które zawdzięcza połączeniu toskańskiej oliwy extra virgin IGP z ekstraktami bluszczu, pokrzywy, kasztanowca, szałwii i tymianku.” Mamy więc zioła, toskańskie oczywiście, które faktycznie pielęgnują włosy, odżywczą oliwę oraz inne łagodne składniki, których zadaniem jest przywrócenie blasku włosom, ułatwianie rozczesywania i zapobieganie ich elektryzowaniu. Co najważniejsze – maska działa! I to działa świetnie.

Niniejszym więc polecam Wam moje odkrycie, moją włosową rewolucję, mój nowy pielęgnacyjny rytuał! Polecam Wam gorąco zwrócenie uwagi na całą ofertę marki. Jestem przekonana, że zaskoczy nas jeszcze nie raz.

To jak, wyruszacie ze mną w kosmetyczna podróż po Toskanii? Ja jadę!

Post powstał we współpracy ze sklepem Biofemina.pl Tam też znajdziecie wszystkie produkty marki!

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Wielofunkcyjne masełko na dobry dzień

Masełko zrobiłam, doprawdy jedno z najlepszych! Masło gęste, odżywcze, pełne genialnych masełek i olejów, mocno regenerujące. Masło na każda potrzebę – do ciała po prysznicu, do rąk w każdej chwili, do ust, do mycia buzi nawet (masujemy wilgotną skórę, a potem zmywamy żelem do mycia twarzy), do skórek przy paznokciach i do paznokci, żeby silne były i piękne.

Ale wiecie co w nim jest najnajlepsze? To olejki eteryczne, które dobrałam tak, żeby masełko faktycznie pomagało nam rozpocząć dobry dzień! Mamy więc energetyzującą bergamotę, rozjaśniające umysł i sprzyjające koncentracji rozmaryn z odrobiną tymianku oraz nieco orzeźwiającej mięty! Wierzcie mi – masełko stanie się Waszym codziennym przyjacielem. Lepszym nawet od kawy!

Wielofunkcyjne masełko na dobry dzień

Składniki / na słoiczek 120 ml

  • 15 g masła kakaowego
  • 30 g masła shea rafinowanego
  • 15 g wosku pszczelego bielonego
  • 25 ml oleju z nasion papai
  • 20 ml oleju jojoba
  • 3 ml olejku bergamotowego
  • 2 ml olejku rozmarynowego
  • 3 kropelki olejku tymiankowego
  • 3 kropelki olejku miętowego

 

W kąpieli wodnej roztapiamy masła i wosk. Dolewamy do nich oleje, mieszamy i ściągamy z ognia. Cały czas mieszając, dolewamy olejki eteryczne. Całość przelewamy do słoiczka i odstawiamy w chłodne miejsce do stwardnienia.

Zapisz

Zapisz

Nowości i ciekawostki ze świata kosmetyki naturalnej 04

Dużo się dzieje w tym coraz większym świecie kosmetyki naturalnej. Co rusz napotykam na nowości, na ciekawe inicjatywy, na małe manufaktury lub intrygujące serie u kosmetycznych gigantów.

Najwyższa więc pora na kolejny już post z kosmetycznymi nowościami, które szczególnie mnie zaciekawiły!

1. Alkemie

Już Wam pokazywałam jeden z kosmetyków nowej polskiej marki twórców tak już popularnych MommMe Cosmetics. Cały czas pozostaję w zachwycie i uznaniu dla pomysłu na markę i identyfikacji wizualnej. Charakteryzuje ją słowiański, tajemny czar, przyciąga, intryguje i kusi. Same kosmetyki wydają się być bardzo przemyślane. Ciekawa ich jestem bardzo! Z resztą, zajrzyjcie na stronę – to już światowy poziom. Brawo! / Alkemie

 

 

2. Konjac Rainforest

Marka naturalnych gąbek do mycia twarzy Konjac co jakiś czas wypuszcza swoje produkty w bardzo ciekawych opakowaniach. Tym razem zachwyciła mnie kolekcja rodem z głębi lasów tropikalnych! Które zwierzątko wybieracie? Mi podobają się stanowczo wszystkie! / BioEkoDrogeria

 

4. Sylveco

Sylveco nie przestaje zaskakiwać nowościami. Już dawno zastanawiałam się, czemu marka nie ma w ofercie jakichkolwiek mydeł. I proszę! Oto są! Naturalne, wyrabiane metodą na zimno, pełne olei i maseł. Do wyboru, do koloru. / Sylveco

5. Achae

Oto i kolejna nowa, polska marka o przedziwnej nazwie. Zadebiutowała bardzo prostymi w składzie peelingami, które niestety stanowczo za bardzo przypominały mi BodyBoom. Choć na ich korzyść działają znacznie lepsze, kolorowe etykiety. Na niekorzyść – cena za mieszaninę soli, oleju i olejków eterycznych. Marka niedawno wypuściła także produkty do ciała i ust. Ciekawa jestem bardzo dalszych jej losów. Podoba mi się świeżość, kolorystyka i dobór zdjęć. Dajcie koniecznie znać, jak się kosmetyki sprawdzają w praktyce! / Achae

6. Organic Life

O tej marce także Wam już wspominałam. To „botaniczne” dziecko ATW. Jestem zachwycona delikatną, przejrzystą, bardzo kobiecą, pełną roślinnych elementów stroną. Podobają mi się serie kosmetyczne, opakowania, grafika. Ale bardzo nie podoba mi się fakt, że marka, która chce mieć naturalny wizerunek, nie podaje na stronie składów kosmetyków. Są wymienione jedynie zawarte ekstrakty, emolienty, składniki aktywne, itp., ale niestety brak całości. A tak być nie powinno, zwłaszcza, że coraz więcej mamy dociekliwych, świadomych klientów, którzy dwa razy się zastanowią, zanim wydadzą 65 zł na krem. / Organic Life

7. Hagi Multikrem

Jeśli ktoś nazywa swój nowy krem „Wakacje na Bali” to ja muszę go u siebie pokazać! No przyznajcie – kusi! „Nasz multikrem to wakacyjna odpowiedź na kompleksową pielęgnację skóry oraz limity bagażowe! Krem zawiera bogatą mieszankę naturalnych składników. Specjalnie dobrane oleje, ekstrakty i substancje czynne są odpowiednie do pielęgnacji twarzy, rąk i ciała, szczególnie w okresie letnim.” / Hagi

8. Coco Glam

Pasta do butów? Nie! Nowy polski produkt do wybielania zębów! Przekornie – totalnie czarny, bo oparty na węglu aktywnym, do którego dodano glinkę, miętę i ekstrakt z pomarańczy. Nie tylko ma wybielać, ale także zapobiega próchnicy i rozwojowi bakterii. Świetnie sprawdza się ponadto w formie maseczki węglowej. Podoba mi się pomysł i nowoczesne, modne wykonanie. Widziałam już też produkt w sklepach, domyślam się więc, że dosyć prężnie podbija rynek. Dajcie znać, jak efekty? Jak Wasze uśmiechy po zastosowaniu takiego węgla! / Coco Glam

9. Miya Cosmetic

Musicie przyznać, ze coraz lepiej te nasze polskie marki się prezentują! Kolejną, na którą warto zwrócić uwagę jest Miya Cosmetics, z jej flagowymi kremami – myWONDERBALM!

„myWONDERBALM został stworzony z myślą o Twojej wygodzie i przyjemności. Używaj go, gdziekolwiek jesteś, kiedy potrzebujesz lub kiedy  masz ochotę na chwilę przyjemności.” I to mi się bardzo podoba, ta wielofunkcyjność kremów, zamkniętych w pięknych tubkach. Wszystko, prosto, przejrzyście, bardzo kobieco podane, w dobrych cenach, z poczuciem humoru, dopasowane do potrzeb współczesnych, zabieganych, poszukujących, pięknych pań. Super! / Miya Cosmetics

10. Vigor

Na koniec sięgniemy odrobinę dalej, bo na Ukrainę. Wywiódł mnie ostatnio internet na stronę dystrybutora kosmetyków Vigor. Pierwsze wrażenie było dobre, intrygujące to to, ciekawe, ładne. Potem pomyślałam, że tenże dystrybutor to jednak będzie miał spore trudności na naszym runku. Nie sądzę bowiem, aby nasi polscy klienci mieli tyle odwagi, żeby zaufać ukraińskiej produkcji i zakupić kosmetyk w tak wysokiej cenie. Z rosyjskimi markami, które są tak dobrze znane, jest o tyle łatwiej, że choć z zaufaniem marnie, że krążą plotki, że to co na etykiecie nijak się nie ma do tego, co w kosmetyku, to są jednak tanie i spokojnie można próbować. Nie będzie więc lekko, ale kciuki trzymam! I jeszcze uwaga – byłoby dobrze jednak dodać na stronę pełen łaciński skład! / Vigor

Jak odświeżyć cerę?

Znacie to uczucie, kiedy macie wrażenie, że Wasza cera straciła wszelkie oznaki żywotności, młodości, radości i energii? Wracacie po pracy, patrzycie w lustro i widzicie, że jest poszarzała, zmęczona, zanieczyszczona… Jak odświeżyć taką skórę? Szybko i skutecznie? Jak dodać jej blasku, sprężystości i energetycznego kopa?

Oto moje sprawdzone sposoby!

jeden / waciki + woda kwiatowa

Zaczniemy od prostego sposobu, do wykorzystania przy wszelkich wyjściach, w pracy, w terenie czy przed ważnymi spotkaniami. Moja cera dosyć szybko się świeci i produkuje nadmiar sebum. Kiedy więc dyskretnie odchodzę na chwilę do łazienki, nie chcę przykrywać tej tłustej warstwy kolejną porcją pudru. Sięgam więc do torebki, w której w małym woreczku trzymam zwykłe waciki i małą buteleczkę ze spryskiwaczem, w której znajduje się woda kwiatowa. Bardzo polecam różaną, oczarową lub rumiankową. Nawilżam waciki hydrolatem i delikatnie przyciskam je do najbardziej świecących partii twarzy. W ten sposób nie zmywam makijażu, a jedynie łagodnie odświeżam cerę i zbieram nadmiar sebum. Znacznie bardziej wolę taki sposób niż zwykłe spryskiwanie się mgiełką. Jeśli nie macie w zanadrzu wody kwiatowej, sięgnijcie po mineralną!

 

dwa / miętowa maseczka

Kiedy potrzebuję natychmiastowego odświeżenia w domu, wieczorem, ale także przed wyjściem na spotkania, sięgam po moją ulubioną miętową Ekspresową maseczkę odświeżającą Bania Agafii. Uwielbiam ją! Ma lekką, żelową konsystencję, zawiera sporo doba –  oliwę z oliwek, ekstrakty ziołowe i olejek miętowy, no i jest naprawdę w dobrej cenie. Już po chwili skóra odzyskuje blask i energię. Bardzo polecam! / BliskoNatury.pl

 

trzy / lód

To jeden z najstarszych i najbardziej znanych sposobów na natychmiastowe odświeżenie skóry! Masaż kosteczką lodu zawiniętą w lekką ściereczkę lub chusteczkę w ekspresowy sposób rewitalizuje cerę, poprawia jej krążenie, likwiduje opuchnięcia i zaczerwienienia. Polecamy bardzo do podkrążonych, zmęczonych oczu oraz podrażnionej wiatrem, słońcem czy klimatyzacją, poszarzałej skóry. Wystarczy wykonać lekkim masaż okrężnymi ruchami w kierunku zewnętrza twarzy, na oczyszczonej skórze. Sprawdźcie koniecznie!

 

cztery / maska miodowo-korzenna

Kiedy widzę, że skóra potrzebuje nieco mocniejszej mobilizacji, sięgam po jeden z moich ulubionych kosmetyków – sporządzam prostą maskę miodowo-korzenną, o której już Wam kiedyś pisałam. Wystarczy łyżkę dobrej jakości miodu zmieszać ze szczyptą cynamonu, gałki muszkatołowej i sproszkowanego imbiru, można dodać także kilka kropel soku z cytryny. Taką mieszaninę nakładamy na oczyszczoną, wilgotną skórę. Już po krótkiej chwili czuć, jak przyprawy rozgrzewają, poprawiają krążenie i usuwanie toksyn. Maska działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie, wzmaga regenerację, odżywia i dodaje tego właśnie wyczekiwanego blasku! Pozostawia skórę lekko zaczerwienioną, ale efekt ten szybko znika po nałożeniu kremu nawilżającego. Maskę nakładamy na 10 minut, jeśli jednak przyprawy będą Was za bardzo piekły, zmyjcie ją wcześniej. Uważajcie też na wrażliwą skórę – dodajcie wtedy znacznie mniej przypraw.

 

pięć / rozświetlacz

A kiedy po wszystkich energetyzujących zabiegach, chcę jeszcze wzmocnić efekt odświeżenia, sięgam po rozświetlacz! Efekt blasku natychmiastowy i niesamowity. Polecam tutaj zwłaszcza Zestaw do modelowania twarzy Sculpt & Glow Contour Duo Lily Lolo, który niedawno pojawił się w Lili. Odrobinę rozświetlacza palcem nakładam pod łuki brwi, na grzbiet nosa, nad kości policzkowe, nad usta, na tak zwany łuk kupidyna i odrobinkę na środek brody. Uwielbiam to! / Costasy.pl

Zapisz

Facebook