KategorieNaturalna pielęgnacja

Papajowa magia Dr.PAWPAW

Już dawno rzuciły mi się w oczy na zagranicznych stronach. Cóż, trzeba przyznać, że zwracają na siebie uwagę. Słyszałam nawet, że na Zachodzie o brytyjskiej marce Dr.PAWPAW mówi się już, że jest kultowa. Co takiego mają w sobie te kosmetyki? Dlaczego i czy w ogóle warto po nie sięgnąć?

Dzisiaj poznamy nową papajową magię!

 

Ale od początku! Marka stosunkowo niedawno weszła na nasz rynek. Kosmetyki Dr.PAWPAW są więc wciąż całkiem gorącą nowością. Co tu istotne, dostaniecie je stacjonarnie w drogeriach Hebe. Jestem wręcz pewna, że ich tam nie przeoczycie. Przykuwają uwagę jak żadne inne! A to zaledwie kilka produktów!

Dzisiaj przedstawiam Wam trzy spośród nich – Original Yellow Balm – uniwersalny balsam, Tinted Peach Pink Balm – uniwersalny balsam koloryzujący oraz jedyny w ofercie marki kosmetyk do włosów – It Does It All 7in1 – multifunkcyjny koktajl do pielęgnacji i stylizacji włosów. Jak myślicie, który z tych kosmetyków stał się moim ulubieńcem?

Zanim jednak przejdziemy do ulubieńca, pora na chwilę szczerości. Prawda bowiem jest taka, że nie są to kosmetyki naturalne. No niestety. Jak już jednak pisałam na Facebooku, ich magia tkwi w tym, że cechują się tym specyficznym, rzemieślniczym czarem, który przywołuje nam myśl początki przemysłu kosmetycznego. A jak zapewne wiecie, mamy teraz mocny trend ku klimatom vintage. Na korzyść marki przemawiają także bardzo proste składy ich flagowych balsamów. Ten „original” czyli pierwszy, najpopularniejszy, multifukcyjny, żółty balsam zawiera jedynie 4 składniki! Oparto go na wazelinie, a do niej dodano oliwę z oliwek, ekstrakt z papai (to od niego pochodzi nazwa i filozofia marki) oraz aloes. Całość, wierzcie mi, naprawdę godna uwagi!

Muszę tutaj wspomnieć o opakowaniach. To one sprawiają, że nie da się koło marki przejść obojętnie. To one nadają jej tę wyjątkową atmosferę. Nie ma w nich jakiejś dużej filozofii, są wręcz bardzo proste. Cały trik polega jednak na ich kolorystyce. Opakowania są jednolicie żółte – w przypadku podstawowych produktów oraz brzoskwiniowe lub czerwone – przy balsamach koloryzujących. Uwagę zwraca niewielki rysunek papai i bardzo proste czcionki. Idealny przykład na to, jak prostota i dobry pomysł, mogą w genialny sposób wyróżnić markę. I jednocześnie uczynić ją tak… fotogeniczną – aż chce się ją pokazywać w social mediach. Brawo!

 

 

Wracając do ulubieńca… Najbardziej spodobał mi się Tinted Peach Pink Balm czyli uniwersalny, multifunkcyjny balsam o przyjemnym kolorze brzoskwiniowego różu. Oj, lubię się z takim kolorem bardzo! Jest to kosmetyk, który wprost prosi się o noszenie codziennie w torebce. Po kilku dniach, torebka bez niego czuje się już pusta… W bardzo praktycznej, uroczej tubce zamknięto kosmetyk, którego nie da się opisać jednym słowem.

Po pierwsze – jest świetnym błyszczykiem do ust. Nadaje im delikatny, ładny kolor, jednocześnie je pielęgnując. Ale to jeszcze nic! Wyobraźcie sobie taką sytuację – musicie za chwileczkę wyjść, czy to z domu czy z pracy, a buzia jest jakby szara, pozbawiona blasku, zwiędnięta taka… Sięgacie po balsam i lecicie do łazienki. Nakładacie nieco kosmetyku na palce i wklepujecie go lekko w kości policzkowe, najlepiej uśmiechając się przy tym ładnie. Następnie odrobinkę balsamu równie leciutko nakładacie na powieki, co sprawia, że oczy w jednej chwili wyglądają świeżo i totalnie dziewczęco. Nie zapominacie także o ustach. Kilka chwil wystarczy, aby nadać twarzy blasku, energii i koloru. I to podoba mi się bardzo! Zwłaszcza patent z powiekami, bo takie wklepywanie różu to już znałam, jak dobrze wiecie.

 

 

Oryginalna wersja mojego ulubionego brzoskwiniowego balsamu to ta żółta tubka. Składowo różnią się jedynie odrobiną barwnika i łagodnym konserwantem w tym pierwszym. Po żółty balsam także sięgam kiedy tylko wychodzę z domu (to znaczy przekładam z torebki do torebki) lub trzymam na komodzie w przedpokoju, pod ręką. Jak już wspominałam – mamy tu 4 składniki, wazelinę, oliwę, papaję i aloes. I choć bałam się tej wazeliny, przyznaję, że jest naprawdę fajnie. Te tubki są genialne, poręczne, praktyczne. Łatwo się po taką sięga, kiedy tylko czuję, że mam suche dłonie i spierzchnięte usta, sprawdza się też do zmiękczania skórek przy paznokciach. I znów mam dwa super triki, w których balsam jest bardzo pomocny. Po pierwsze – do ujarzmiania brwi, kiedy to staje się lekkim woskiem przy ich przeczesaniu i nadawaniu odpowiedniego kształtu. Po drugie, jeśli odrobinę balsamu wklepiemy opuszkami palców nad kośćmi policzkowymi, mamy ekspresowy efekt rozświetlacza. I teraz można czarować, prawda?

 

 

Na koniec zostawiłam sobie odżywkę, ale od razu mówię, że jest to jedna z lepszych odżywek, jakie używałam. It does it all – jak to mówi nam marka z opakowania czyli ochrania przed działaniem wysokiej temperatury, zapobiega rozdwajaniu końcówek, ułatwia rozczesywanie, działa jak zabieg pielęgnacyjny, redukuje puszenie, dodaje blasku i pomaga w stylizacji. Podoba mi się ta uniwersalność. Zwłaszcza, kiedy mam mało czasu, kiedy nie zdążę nałożyć maski i czekać z nią nawet kilku minut. Ten multifunkcyjny koktajl do pielęgnacji i stylizacji włosów mogę za to nałożyć na szybko albo na suche, albo na wilgotne włosy. Nie zmywam go. Nie muszę. Szybko się wchłania i przepięknie pachnie. Ach, co ważne – po raz kolejny chcę pochwalić markę za praktyczność opakowania! Odżywka jest w spryskiwaczu, co bardzo ułatwia aplikację. Ma delikatną konsystencję gęstszego żelu lub lżejszego mleczka. I faktycznie – robi sporo. Włosy są miękkie, odżywione, łatwo się rozczesują (mam ich sporo…), ładnie błyszczą i lepiej się układają. Tego mi potrzeba!

Na koniec wspomnę jeszcze o tej słynnej papai (Carica Papaya). Czemu aż tak mamy się z nią polubić? Producent pisze, że jest to „bogaty w składniki odżywcze owoc, pełen antyoksydantów, witamin i minerałów. Zawiera wapno, magnez, potas, żelazo, witaminę A, witaminę C oraz acetogeniny, które przy stosowaniu zewnętrznym wykazują właściwości regenerujące, nawilżające i wygładzające skórę, jednocześnie zwiększając jej elastyczność.” Mi osobiście papaja kojarzy się z enzymem, który zawiera, czyli z papainą. Dzięki niej owoc wykorzystuje się jako peeling enzymatyczny. Czekam więc, aż marka wypuści na rynek właśnie taki kosmetyk. Pasowałby do niej idealnie!

Bo o dobroczynnych właściwościach kojącego aloesu i odżywczej oliwy, to chyba już nie muszę pisać, prawda?

Kosmetyki Dr. PAWPAW znajdziecie w sieci drogerii Hebe. Jakie produkty są dostępne, możecie sprawdzić również na stronie www.hebe.pl

 

Wpis powstał we współpracy z siecią drogerii Hebe. Wszystkie opinie są moimi własnymi.

Odkryłam Cosnature!

Oto i odkryłam markę, która ostatnimi czasy tak często pojawia się w poleceniach blogerów i mediów. Dopiero teraz… Markę, o której wprawdzie słyszałam od dawna, ale nie miałam okazji osobiście się z nią zapoznać. Czemu? Doprawdy nie wiem. I żałuję, bo pewnie polubiłybyśmy się już dawno. Spieszę więc niniejszym z moim wielkim odkryciem i gorącym poleceniem – poznajcie Cosnature!

 

 

Jak się okazuje, marka jest dostępna stacjonarnie! Znajdziecie ją w drogeriach Hebe (wyłącznie w tej sieci!). Super, prawda? Właśnie z tej okazji i w mojej łazience wylądowały cztery produkty Cosnature – Naturalna pianka oczyszczająca 3 w 1 z cytryną i melisą, Naturalny nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem, Naturalne odżywcze masło do ciała z masłem shea i tonką oraz Naturalna regenerująca maska do włosów z awokado i migdałami. Który z kosmetyków okazał się największym hitem? Po który pójdę niedługo do pobliskiej drogerii Hebe? O tym zaraz!

Zacznijmy bowiem od słowa o samej marce. Opisuje się ona tak: „Cosnature to wysokiej jakości niemieckie kosmetyki naturalne, przyjemnie pachnące owocami, o wysoce innowacyjnych recepturach dla wymagających klientów. Wiele z produktów otrzymało w testach Fundacji Warentest i Öko-Test, znaki „bardzo dobre” i „dobre”. Wszystkie produkty są odpowiednie dla Wegan, posiadają ekologiczny certyfikat Natrue i nie były testowane na zwierzętach.” Czym mnie ujęła marka? Każdy z produktów jest praktycznie i estetycznie opakowany. Etykiety są przejrzyste, ładne i czytelne. No… może nie do końca, bo nie znam języka niemieckiego. Byłoby mi znacznie łatwiej, gdyby to choć angielski był. Dystrybutor zadbał jednak o dobre polskie opisy na naklejkach, nie jest to więc duży problem.

Co jest niezwykle istotne, i na co chciałabym zwrócić szczególną uwagę, to proporcja ceny do jakości. Za produkty o dobrych składach zapłacimy doprawdy niedużo. I to jest ogromna zaleta marki – naprawdę nie ma co przepłacać!

 

 

Ale wracając do meritum – największym hitem okazał się Naturalny nawilżający lekko koloryzujący krem z nagietkiem! Jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Jest to coś w rodzaju lżejszego kremu BB. Znacznie jednak lepiej się sprawdził w przypadku mojej cery od wszystkich kremów BB, które do tej pory miałam okazję wypróbować. Jedna z Was pozostawiła nawet niedawno na Facebooku komentarz, że dzięki niemu odstawiła podkłady. I słusznie. Bo krem faktycznie w naturalny sposób wyrównuje koloryt skóry, zupełnie przy tym nie wysuszając, co było istotnym minusem innych podobnych kosmetyków. Odcień okazał się dla mnie idealny. A co najważniejsze – krem świetnie maskuje niedoskonałości, delikatnie je przy tym niwelując! I nie pozostawia widocznych, ani tym bardziej nie wyolbrzymia suchych skórek. Wystarczy odrobinę więcej nanieść go palcem na konkretne miejsce i lekko wklepać. Od razu czuć właściwości regenerujące nagietka!

Krem nakładam więc codziennie rano i czasem w trakcie dnia, kiedy gdzieś wychodzę. Skóra wygląda lepiej i stanowczo naturalniej niż w przypadku podkładów. Jest przy tym miękka i nawilżona. Produkt ma niestety drobne wady – oparto go w głównej mierze na oleju słonecznikowym, który jest łagodny i niedrogi, ale właśnie przez to nie do końca dobrze odbierany, dosyć wysoko w składzie mamy alkohol i nawet odrobinę talku. Znajdziemy w nim jednak także tak lubiany przeze mnie olej ze słodkich migdałów, olej babassu, ekstrakt z nagietka i witaminę E. Całość i efekty, jak dla mnie, naprawdę warte polecenia!

 

 

Kolejnym moim ulubieńcem jest Naturalna pianka oczyszczająca 3 w 1 z cytryną i melisą. I znowuż – kosmetyk, jakby stworzony dla mnie! Choć czasem uzupełniam proces oczyszczania twarzy jeszcze o umycie jej czymś tłustszym – mleczkiem lub emulsją. Pianka pachnie przepięknie! Takę ożywczą, energetyzującą cytrynką. Jest bardzo wydajna i tak przyjemnie lekka. A przy tym dobrze zmywa buzię. Masuję nią skórę rano i wieczorem i bardzo lubię ten pielęgnacyjny rytuał. Zapewne dzięki zapachowi! W składzie znajdziemy łagodne substancje myjące oraz ekstrakt z cytryny i melisy. To właśnie one mają działanie rozjaśniające, kojące, uspokajające podrażnioną skórę i odświeżające. Co bardzo istotne, po myciu pianką nie mam uczucia ściągnięcia i przesuszenia skóry. Jest po prostu bardzo dobry, codzienny kosmetyk.

 

 

Wszystkim wielbicielom masełek do ciała z pewnością spodoba się Naturalne odżywcze masło do ciała z masłem shea i tonką! Jakże ono pachnie! Jak smakowity deser. Po jego użyciu przykładam dłonie do nosa i wdycham ten zapach! Naprawdę! To ponoć zasługa tej tajemniczej tonki. Cytuję: „ekstrakt z fasoli tonka nadaje skórze ciepłą woń wanilii i karmelu z lekką nutą zapachu goździków, gorzkich migdałów i cynamonu”. Masło ma bardzo dobrą konsystencję, wchłania się dosyć szybko jak na masło. A od razu po wchłonięciu mamy to przyjemne uczucie odżywionej skóry, która jakby powracała do życia. Którą chce się dotykać. Muszę też dodać, że w składzie odnajdujemy masło shea, olej ze słodkich migdałów i masło kakaowe. Wszystkie lubię!

 

 

Na koniec pozostawiłam sobie Naturalną regenerującą maskę do włosów z awokado i migdałami. Może wywarła na mnie najmniejsze wrażenie, jest jednak kolejnym po prostu dobrym kosmetykiem w dobrej cenie. Maska „wzmacnia strukturę włosów, zmniejsza ich podatność na łamanie się i odbudowuje odwodnione i zniszczone włosy”. Znajdziemy w niej olej z awokado, arganowy i ze słodkich migdałów, hydrolizowane proteiny pszenicy, hydrolizowane proteiny słodkich migdałów i nawet trochę oliwy z oliwek. Jest to kolejny kosmetyk o całkowicie obłędnym zapachu, co sprawia, że faktycznie chce się ją te 3 minutki trzymać na włosach. Te z kolei chętnie ją przyjmują i odbierają jak dobrej jakości odżywkę.

Jak już wspominałam, przy kolejnej wizycie w Hebe odwiedzam obowiązkowo półkę z Cosnature. Biorę na pewno krem, który zaraz mi się skończy i jeszcze coś nowego, do wypróbowania. I Wam bardzo polecam!

Polecam też zajrzeć na stronę Hebe!

 

Wpis powstał we współpracy z siecią drogerii Hebe. Wszystkie opinie są moimi własnymi.

Pomysł na paletkę do policzków – róż, rozświetlacz i bronzer

Przychodzę dziś do Was z pomysłem na kosmetyk i genialny i praktyczny! Zrobimy sobie bowiem uroczą paletkę delikatnych kosmetyków, które dodadzą każdemu Waszemu makijażowi dodatkowe 100 punktów na atrakcyjności! W bardzo prosty sposób, bazując na masełku shea, wosku pszczelim i łagodnym oleju ryżowym z dodatkiem kolorowych mik, stworzymy pustynno-słoneczny bronzer, delikatny niczym pyłek wróżki rozświetlacz i iście różany róż do policzków. Odrobina każdego z tych cudów, delikatnie wmasowana w skórę, doda jej blasku, pięknie ją rozświetli i pozostawi wrażenie świeżości.

Wasze policzki będą Wam wdzięczne! Ale nie tylko one!  Każdy kolor możecie wykorzystać jako cienie do powiek lub błyszczyk do ust. Muszę też wspomnieć, że dodałam do nich olejku lawendowego, dzięki czemu wsparliśmy paletkę o dodatkowe właściwości pielęgnujące, regeneracyjne i antybakteryjne, a naszym zmysłom zagwarantowaliśmy ukojenie. Super, prawda?

Ach, taki piękny pojemniczek na paletkę zakupiłam w sklepie indyjskim. Warto tam czasem dla takich skarbów zajrzeć! I koniecznie potem, przed użyciem, porządnie umyć i wyparzyć!

 

 

Paletka do policzków

Składniki / na dwie paletki:

  • 15 g masła shea rafinowanego
  • 10 g wosku pszczelego bielonego
  • 10 ml oleju ryżowego
  • 20 kropelek olejku lawendowego
  • pół łyżeczki miki / pigmentu Stare złoto
  • pół łyżeczki miki / pigmentu Snowflakes
  • pół łyżeczki miki / pigmentu Płatki róż (wszystkie miki z ZielonyKlub.pl)

W kąpieli wodnej roztapiamy masło i wosk. Dolewamy olej, mieszamy i ściągamy z ognia. Dolewamy olejek lawendowy i całość sprawnie przelewamy po równo do 3 osobnych miseczek. Dwie z nich warto pozostawić na malutkim ogniu w kąpieli wodnej, aby za szybko nie stwardniały. Do trzeciej dodajemy pierwszą mikę, energicznie mieszamy i przelewamy do pojemniczków. Czynność powtarzamy z pozostałymi tłuszczami i mikami. Paletki odstawiamy na pół godziny do stwardnienia. Całość oprószyłam miką Snowflakes, dla ładnego efektu 🙂

Aby nadać twarzy promienny wygląd, lekko masujemy palcem wybrany kolor, aż jego ciepło roztopi tłuszcz i pozwoli nabrać produkt na dłonie. Rozmasowujemy go równomiernie w palcach i delikatnie wklepujemy niewielką ilość w skórę.

 

Przepis na buraczkowy balsam do ust z miodem i masłem shea

Jest cudowny! Pozostawia wspaniale miękkie, delikatne, nawilżone i gotowe do całowania usta. Ma idealną konsystencję, silne właściwości odżywcze, regeneracyjne i pielęgnujące i bardzo delikatny kolor z… buraczka! Tak! Dzisiaj zrobimy genialny balsam do ust z prawdziwych buraków!

Utopiłam bowiem kawałek buraczka w ciepłych tłuszczach, aby zebrać z niego tę piękną, ciepłą, buraczkową barwę. Oddał jej sporo i skończył swój żywot niestety w koszu na śmieci. My za to z Różą (bardzo mi pomagała) cieszymy się dzięki niemu pięknymi ustami.

Balsam jest delikatny, delikatnie słodki i pięknie pachnie truskawkowym smoothie – to jedyne odstępstwo od pełnej naturalności, no ale JAK TO PACHNIE! A poza tym ten zapach świetnie współgra z kolorem. I powoduje potrzebę nakładania balsamu na usta co chwilę!

Bardzo polecam!

Buraczkowy balsam do ust z miodem i masłem shea

Składniki:

  • 20 g masła shea rafinowanego
  • 10 g wosku pszczelego bielonego
  • 20 ml oleju z pestek winogron
  • 1 łyżeczka płynnego miodu
  • 2 plasterki obranego buraka
  • 2 ml olejku zapachowego Truskawkowe Smoothie (ZielonyKlub.pl)

 

 

W kąpieli wodnej roztapiamy wosk i masło shea. Dolewamy olej i wrzucamy do tego pokrojone w dużą kostkę buraczki. Całość macerujemy na małym ogniu przez ok. 30 minut, co jakiś czas mieszając. Kiedy burak odda już trochę barwnika (będzie unosił się na spodzie), ściągamy całość z ognia. Wybieramy buraczki i wyrzucamy. Do tłuszczy dodajemy miód i olejek zapachowy. Całość mieszamy i przelewamy do wyparzonego, suchego pojemniczka (ten ze zdjęć pochodzi ze sklepu indyjskiego). Odstawiamy na chwilę (barwnik będzie cały czas na spodzie). Kiedy tłuszcze zaczną mętnieć, oznacza to, że twardnieją. Mieszamy je wtedy intensywnie patyczkiem lub wykałaczką, aż do pełnego stwardnienia. Dzięki temu balsam będzie miał jednolity kolor.

 

W roli głównej: błotne maski Rapan Beauty

Powiedziała mi o nich koleżanka. Że dobrze robią jej buzi, żebym koniecznie spróbowała. Skusiłam się więc, bo jej ufam. Ale nie było łatwo…. od śluzu ślimaka, jak dobrze by o nim nie pisano, trzymałam się do tej pory z daleka. Bardzo daleka. A tu nie tylko śluz ślimaka mamy, ale i smoczą krew! I błoto z syberyjskiego jeziora… I równie dziwny owoc yuzu…

Spróbowalibyście?

Tak więc – spróbowałam. I dzisiaj w roli głównej mamy maski błotne maleńkiej polskiej marki Rapan Beauty z serii Power of Nature. Poznajcie je bliżej, bo warto!

Jak już wspominałam marka Rapan Beauty dopiero raczkuje. Napisała do mnie jej właścicielka, że sami sprowadzają glinki syberyjskie, błoto iłowo-siarczkowe oraz sól jeziorową prosto z syberyjskiego Jeziora Ostrovnoye, a potem tworzą z tego niezwykle w sumie egzotyczne kosmetyki, które powoli wprowadzają na rynek. Linia Power of Nature jest tą najbardziej skomplikowaną, bo każda maska ma w składzie „aż” po kilka różnych składników. W pozostałych możecie zakupić glinki, błoto i sól jako samodzielne produkty lub maski z jedynie olejem ze słodkich migdałów, jako dodatkiem. Osobiście cieszę się trafiły do mnie trzy mieszaniny – maseczka Rapan beauty Power of Nature Niebieska glinka + Smocza krew, maseczka Rapan beauty Intensive Care Power of Nature oraz maseczka Rapan beauty Power of Nature Żółta Glinka + Śluz ślimaka.

Przyjrzyjmy się składnikom, bo to one nadają im niezwykły charakter wyjątkowości. O śluzie ślimaka z pewnością już słyszeliście. Jego zadaniem jest zmiękczanie, zwiększanie elastyczności, wspomaganie regeneracji i usuwania blizn. Co to jest jednak ta cała smocza krew? To „ekstrakt z żywicy drzewa Croton Lechleri. Bogate źródło fenoli, fitosteroli i alkaloidów. Chroni włókna elastyny i kolagenu. Dzięki obecności taspiny działa przeciwzapalnie oraz przyspiesza procesy gojenia. Stymuluje odnowę naskórka i odmładza skórę.” W maskach znajdziemy także olejek z chińskiej cytryny yuzu („jest bogaty w ceramidy, będące naturalnymi odpowiednikami ceramidów II i IV tworzących strukturę warstwy rogowej naskórka, zapewnia odbudowę barierową zniszczonej i łuszczącej się skóry) oraz ekstrakt z owoców acai – („palmy występującej tylko w dzikich lasach deszczowych Amazonii – to bogate źródło polifenoli, kwasów Omega 6 i 9, witamin (głównie z grupy B) oraz mikroelementów. Wykazuje silne właściwości antyoksydacyjne”). Każdej masce odpowiednią konsystencję pasty nadaje olejek ze słodkich migdałów – bardzo łagodny olej, który od dawna sobie cenię.

Istotą jednak masek jest ziemia. A dokładniej syberyjskie glinki – niebieska i żółta oraz błoto iłowo-siarczkowe. Cerze tłustej i mieszanej poleca się glinkę  żółtą, suchej i mieszanej – niebieską. Mnie najbardziej urzekła natomiast maska różowa – do każdego rodzaju skóry. W niej to zmieszano mix peloidów z „syberyjskiego Morza Martwego”, czyli wszystko to, co wymieniłam. Muszę też zacytować producenta w kwestii samego błota – „niezależne badania potwierdziły, że zawiera 5 razy więcej przeciwutleniaczy niż błoto z arabskiego Morza Martwego. Pomaga w głębokim oczyszczaniu skóry, minimalizuje pojawianie się zmarszczek, kompleksowo rewitalizuje i przywraca skórze blask.”

I choć ta różowa najbardziej spodobała się mojej skórze, polecam Wam wszystkie maski. I wierzcie mi – jest to mocne polecenie, bo jakoś ostatnio z glinkami miałam na pieńku i od dawna ich nie używałam. Tutaj bardzo spodobało mi się to, że maska na twarzy długo pozostaje wilgotna – nie zamienia się w skorupę tak szybko jak inne maski, nie trzeba zwilżać jej dodatkowo wodą (chyba, że się człowiek zapomni i nieco za długo przytrzyma…). Do tego – maski przy okazji działają jak delikatny peeling, wystarczy lekko masować nimi skórę. Kiedy je zmyjemy, co nie jest łatwe, jak w przypadku wszystkich masek glinkowych, buzia jakby nagle mogła oddychać. Ja jeszcze ją tonizuję i nakładam odrobinę kremu nawilżającego. Cera staje się przyjemna w dotyku, chłonie ten krem chętnie, jest miękka i elastyczna. Maski doskonale pomagają oczyścić się z całodziennych zabrudzeń. Uwielbiam też to lekkie poczucie zmatowienia na mojej zbyt szybko przetłuszczającej się skórze.

No i faktycznie w składzie mamy jedynie kilka rzeczy – glinki i błota, olejek migdałowy i tych kilka ekstraktów. I koniec. Tyle. Cóż więcej trzeba?

Produkt więc mamy dobry. Bałam się, że te dziwne hasła typu śluz ślimaka, smocza krew i owoc yuzu, mają za zadanie jedynie przyciągnąć uwagę. Cóż, pewnie mają, ale teraz też wiem, że także dobrze działają. Problem widzę jednak gdzie indziej. Myślę, że ciężko będzie wypromować nawet dobry produkt, ale z całkowicie chybioną otoczką. Nie sięgnęłabym po żaden ze słoiczków w sklepie, etykiety są chaotyczne, niespójne, nieczytelne i zwyczajnie – nieładne. A je i kupuje się oczami. Mimo wszystko. Język angielski w niejasny sposób miesza się tu z polskim, a logo w żaden sposób nie budzi zaufania. Wręcz, niestety, przeciwnie. Zwyczajnie bałabym się sięgnąć po którąkolwiek z masek.

Niemniej jednak – same maski cud miód 🙂 Polecam!

Dostępne są w sklepie Cobest.

Najlepszy letni peeling Epsom

Moja skóra latem nie znosi olejów. W tej ich czystej postaci. Na całym ciele. Potrzebuje sporo ukojenia i lekkiego nawilżenia. Niezwykle istotne jest także odpowiednie jej oczyszczanie, zwłaszcza po całym dniu upałów, kurzu, potu itp. Serwuję jej więc najwspanialsze letnie peelingi!

No dobra, zdradzę Wam pewien sekret. Na co dzień mam przy wannie ustawiony spory pojemnik z dużą ilością soli Epsom. Wystarcza, że wezmę jej garść do ręki, lekko zwilżę wodą i mam genialny peeling! Masuję nim skórę przez dłuższy czas i spłukuję pod prysznicem. Genialnie oczyszcza, zupełnie nie zapycha żadnymi sztucznymi i olejowymi dodatkami. I jakież to praktyczne! I żadne bakterie mi się w niej nie lęgną! I jak dobrze robi mojej skórze!

Bo nie wiem czy wiecie czym jest sól Epsom? Już o niej pisałam, ale przypomnę szybko, że to w zasadzie nie sól, choć nazywana bywa właśnie solą gorzką. To siarczan magnezu o szczególnych właściwościach leczniczych, na wszelkie problemy skórne (słyszeliście o kąpielach siarkowych?). A przy okazji dostarcza nam dobroczynnego magnezu! Bardzo polecam poczytać więcej o tym cudownym specyfiku, na przykład tutaj.

Kiedy jednak mam nieco więcej czasu… dosłownie odrobinkę więcej… robię sobie najlepszy letni peeling!

Wierzcie mi – najlepszy!

Lekki, świeży, orzeźwiający, dodający energii i chęci do działania. Taki, po którym skóra czuje się wspaniale! Jest oczyszczona, miękka i gładka.

A peeling ma tylko trzy składniki!

 

Najlepszy letni peeling Epsom

Składniki (robimy według uznania na oko, iście wakacyjnie!):

  • garść soli Epsom
  • 1 limonka
  • kilka liści świeżej mięty

Sól przesypujemy do miseczki. Ścieramy do niej skórkę z oczyszczonej limonki, na najmniejszych oczkach tarki. Limonkę przekrawamy i dodajemy do soli około łyżkę świeżo wyciśniętego z niej soku. Liście  mięty rozdrabniamy na mniejsze i dokładamy do peelingu. Całość mieszamy.

Peelingiem masujemy skórę pod prysznicem. Zmywamy letnią wodą.

I cieszymy się piękną skórą!

Facebook