KategorieNaturalna pielęgnacja

Biofficina Toscana – najlepszy rytuał dla włosów

Należę do osób mocno sceptycznych w temacie pielęgnacji włosów. Nie mam bowiem z nimi lekko – jest ich bardzo dużo, są grube i problematyczne. Wiele naturalnych produktów dostępnych na rynku po prostu sobie z nimi nie poradziło lub, najzwyczajniej w świecie, zabrakło mi cierpliwości do ich stosowania. Jakaż więc była moja radość po odkryciu kosmetyków, które dzisiaj goszczą w Lili jako nasze gwiazdy!

Wierzcie mi lub nie, ale dla mnie to prawdziwa rewolucja w pielęgnacji włosów!

A wszystko dzięki marce Biofficina Toscana. Znam ją już od dłuższego czasu, choć przyznam, że nie poznałam jej na tyle dobrze, na ile faktycznie zasługuje. Jest to włoska marka, powstała 2010 roku, jak to zwykle bywa – z pasji dwóch kobiet. Ogromnie podoba mi się zasada „0 km”, którą obie panie przyjęły na początku swojej działalności, a która zakłada wykorzystanie wyłącznie lokalnych produktów. Umożliwia nam to korzystanie z tego co najlepsze w magicznej Toskanii! Co ciekawe, marka zaczynała swoje funkcjonowanie od 10-metrowego warsztatu, ale tak prężnie i szybko się rozwinęła, że wymusiło to powstanie głównego centrum logistycznego do obsługi zamówień na rynki włoski i zagraniczne, a także dwóch lokalnych biur operacyjnych. Serdecznie gratuluję sukcesu, zwłaszcza, że kosmetyki są doprawdy genialne.

Ale przejdźmy do meritum. Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować zestaw, który idealnie sprawdził się w codziennej pielęgnacji moich włosów. Mowa o Oczyszczającym szamponie, Hydrolacie rozmarynowym i Odbudowującej masce Biofficina Toscana. Zaczniemy od dwóch pierwszych.

Niezwykle zdziwiło mnie, że szampon, który oferuje nam marka to tak naprawdę… koncentrat szamponu. Oznacza to, że we względnie małej buteleczce znajduje się gęsty płyn, który należy rozrobić z wodą lub, uwaga, hydrolatem i dopiero wtedy ma optymalne właściwości myjące. Co równie istotne – całość jest po prostu ekonomiczna! Nie dopłacamy za dodatek wody w kosmetyku i w rzeczywistości mamy dwa razy więcej szamponu niż wynika to z pierwszego spojrzenia. Marka oferuje także specjalne butelki, w których takie koncentraty można sobie zmieszać z płynami, co jest bardzo wygodne – narysowane są na niej pojemności poszczególnych składników. I tak, wlewamy najpierw połowę koncentratu, potem połowę wybranego hydrolatu (o którym za chwilę) i całość wypełniamy wodą. Mieszamy i myjemy włosy.

Od razu powiem, że tak skomponowany szampon wystarcza na dosyć długo, świetnie, naprawdę świetnie się pieni i oczyszcza nawet moje trudne, gęste włosy. A byłam sceptykiem! Zajrzyjmy więc może do środka naszego specyfiku. Szampon ma przywracać równowagę włosom przetłuszczającym się i z tendencją do łupieżu. Czyli moich. Faktycznie, potwierdzam – wydają się bardziej… stabilne i dłużej świeże. Produkt „Reguluje procesy natłuszczania, łagodzi i oczyszcza skórę głowy. Zawiera organiczne ekstrakty z łopianu, bluszczu, jałowca, brzozy oraz Alpaflor® Alp-sebum®- innowacyjne aktywne składniki regulujące przetłuszczanie i stany zapalne skóry głowy.” Skład ma bardzo przyjemny z delikatnym detergentem na czele oraz licznymi ekstraktami ziołowymi. Zapach  – naturalny i mocno orzeźwiający – mamy tu bowiem olejki z eukaliptusa i mięty, które od bardzo dawna sobie cenię za ich pielęgnacyjną moc.

Zdecydowałam się dobrać do mojego szamponu wodę rozmarynową. Czemu? Jest to hydrolat polecany szczególnie w pielęgnacji włosów, zwłaszcza tych problematycznych. Można go oczywiście stosować po prostu do skóry, najlepiej jako tonik do twarzy. Ma działanie antyseptyczne, ściągające, zapobiega stanom zapalnym, wzmaga regenerację. Rozmaryn pięknie pachnie, rozjaśnia umysł, pomaga się skoncentrować i realizować wyznaczone cele. Ot, taki bonus dla zmysłów. Muszę tu tylko zaznaczyć, że hydrolat nie jest w pełni czystym produktem, dodano do niego odrobinę konserwantów. W żaden jednak sposób mi to nie przeszkadza. W każdym razie włosy go bardzo polubiły!

Po użyciu naszego oczyszczająco-orzeźwiającego duetu sięgam po Odbudowującą maskę Biofficina Toscana. Nakładam niemało, na mokre, umyte włosy i pozostawiam na kilka minut. Choć w zasadzie efekt niezwykle miękkich włosów czuć już po chwili. I jest to doprawdy wspaniały efekt. Uwielbiam go! Uwielbiam, kiedy moje włosy z pomierzwionych w trakcie mycia odmieniają się nagle w ułożone, lejące, zwarte i gładkie.

„Maska o działaniu układającym i naprawczym, które zawdzięcza połączeniu toskańskiej oliwy extra virgin IGP z ekstraktami bluszczu, pokrzywy, kasztanowca, szałwii i tymianku.” Mamy więc zioła, toskańskie oczywiście, które faktycznie pielęgnują włosy, odżywczą oliwę oraz inne łagodne składniki, których zadaniem jest przywrócenie blasku włosom, ułatwianie rozczesywania i zapobieganie ich elektryzowaniu. Co najważniejsze – maska działa! I to działa świetnie.

Niniejszym więc polecam Wam moje odkrycie, moją włosową rewolucję, mój nowy pielęgnacyjny rytuał! Polecam Wam gorąco zwrócenie uwagi na całą ofertę marki. Jestem przekonana, że zaskoczy nas jeszcze nie raz.

To jak, wyruszacie ze mną w kosmetyczna podróż po Toskanii? Ja jadę!

Post powstał we współpracy ze sklepem Biofemina.pl Tam też znajdziecie wszystkie produkty marki!

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Wielofunkcyjne masełko na dobry dzień

Masełko zrobiłam, doprawdy jedno z najlepszych! Masło gęste, odżywcze, pełne genialnych masełek i olejów, mocno regenerujące. Masło na każda potrzebę – do ciała po prysznicu, do rąk w każdej chwili, do ust, do mycia buzi nawet (masujemy wilgotną skórę, a potem zmywamy żelem do mycia twarzy), do skórek przy paznokciach i do paznokci, żeby silne były i piękne.

Ale wiecie co w nim jest najnajlepsze? To olejki eteryczne, które dobrałam tak, żeby masełko faktycznie pomagało nam rozpocząć dobry dzień! Mamy więc energetyzującą bergamotę, rozjaśniające umysł i sprzyjające koncentracji rozmaryn z odrobiną tymianku oraz nieco orzeźwiającej mięty! Wierzcie mi – masełko stanie się Waszym codziennym przyjacielem. Lepszym nawet od kawy!

Wielofunkcyjne masełko na dobry dzień

Składniki / na słoiczek 120 ml

  • 15 g masła kakaowego
  • 30 g masła shea rafinowanego
  • 15 g wosku pszczelego bielonego
  • 25 ml oleju z nasion papai
  • 20 ml oleju jojoba
  • 3 ml olejku bergamotowego
  • 2 ml olejku rozmarynowego
  • 3 kropelki olejku tymiankowego
  • 3 kropelki olejku miętowego

 

W kąpieli wodnej roztapiamy masła i wosk. Dolewamy do nich oleje, mieszamy i ściągamy z ognia. Cały czas mieszając, dolewamy olejki eteryczne. Całość przelewamy do słoiczka i odstawiamy w chłodne miejsce do stwardnienia.

Zapisz

Zapisz

Nowości i ciekawostki ze świata kosmetyki naturalnej 04

Dużo się dzieje w tym coraz większym świecie kosmetyki naturalnej. Co rusz napotykam na nowości, na ciekawe inicjatywy, na małe manufaktury lub intrygujące serie u kosmetycznych gigantów.

Najwyższa więc pora na kolejny już post z kosmetycznymi nowościami, które szczególnie mnie zaciekawiły!

1. Alkemie

Już Wam pokazywałam jeden z kosmetyków nowej polskiej marki twórców tak już popularnych MommMe Cosmetics. Cały czas pozostaję w zachwycie i uznaniu dla pomysłu na markę i identyfikacji wizualnej. Charakteryzuje ją słowiański, tajemny czar, przyciąga, intryguje i kusi. Same kosmetyki wydają się być bardzo przemyślane. Ciekawa ich jestem bardzo! Z resztą, zajrzyjcie na stronę – to już światowy poziom. Brawo! / Alkemie

 

 

2. Konjac Rainforest

Marka naturalnych gąbek do mycia twarzy Konjac co jakiś czas wypuszcza swoje produkty w bardzo ciekawych opakowaniach. Tym razem zachwyciła mnie kolekcja rodem z głębi lasów tropikalnych! Które zwierzątko wybieracie? Mi podobają się stanowczo wszystkie! / BioEkoDrogeria

 

4. Sylveco

Sylveco nie przestaje zaskakiwać nowościami. Już dawno zastanawiałam się, czemu marka nie ma w ofercie jakichkolwiek mydeł. I proszę! Oto są! Naturalne, wyrabiane metodą na zimno, pełne olei i maseł. Do wyboru, do koloru. / Sylveco

5. Achae

Oto i kolejna nowa, polska marka o przedziwnej nazwie. Zadebiutowała bardzo prostymi w składzie peelingami, które niestety stanowczo za bardzo przypominały mi BodyBoom. Choć na ich korzyść działają znacznie lepsze, kolorowe etykiety. Na niekorzyść – cena za mieszaninę soli, oleju i olejków eterycznych. Marka niedawno wypuściła także produkty do ciała i ust. Ciekawa jestem bardzo dalszych jej losów. Podoba mi się świeżość, kolorystyka i dobór zdjęć. Dajcie koniecznie znać, jak się kosmetyki sprawdzają w praktyce! / Achae

6. Organic Life

O tej marce także Wam już wspominałam. To „botaniczne” dziecko ATW. Jestem zachwycona delikatną, przejrzystą, bardzo kobiecą, pełną roślinnych elementów stroną. Podobają mi się serie kosmetyczne, opakowania, grafika. Ale bardzo nie podoba mi się fakt, że marka, która chce mieć naturalny wizerunek, nie podaje na stronie składów kosmetyków. Są wymienione jedynie zawarte ekstrakty, emolienty, składniki aktywne, itp., ale niestety brak całości. A tak być nie powinno, zwłaszcza, że coraz więcej mamy dociekliwych, świadomych klientów, którzy dwa razy się zastanowią, zanim wydadzą 65 zł na krem. / Organic Life

7. Hagi Multikrem

Jeśli ktoś nazywa swój nowy krem „Wakacje na Bali” to ja muszę go u siebie pokazać! No przyznajcie – kusi! „Nasz multikrem to wakacyjna odpowiedź na kompleksową pielęgnację skóry oraz limity bagażowe! Krem zawiera bogatą mieszankę naturalnych składników. Specjalnie dobrane oleje, ekstrakty i substancje czynne są odpowiednie do pielęgnacji twarzy, rąk i ciała, szczególnie w okresie letnim.” / Hagi

8. Coco Glam

Pasta do butów? Nie! Nowy polski produkt do wybielania zębów! Przekornie – totalnie czarny, bo oparty na węglu aktywnym, do którego dodano glinkę, miętę i ekstrakt z pomarańczy. Nie tylko ma wybielać, ale także zapobiega próchnicy i rozwojowi bakterii. Świetnie sprawdza się ponadto w formie maseczki węglowej. Podoba mi się pomysł i nowoczesne, modne wykonanie. Widziałam już też produkt w sklepach, domyślam się więc, że dosyć prężnie podbija rynek. Dajcie znać, jak efekty? Jak Wasze uśmiechy po zastosowaniu takiego węgla! / Coco Glam

9. Miya Cosmetic

Musicie przyznać, ze coraz lepiej te nasze polskie marki się prezentują! Kolejną, na którą warto zwrócić uwagę jest Miya Cosmetics, z jej flagowymi kremami – myWONDERBALM!

„myWONDERBALM został stworzony z myślą o Twojej wygodzie i przyjemności. Używaj go, gdziekolwiek jesteś, kiedy potrzebujesz lub kiedy  masz ochotę na chwilę przyjemności.” I to mi się bardzo podoba, ta wielofunkcyjność kremów, zamkniętych w pięknych tubkach. Wszystko, prosto, przejrzyście, bardzo kobieco podane, w dobrych cenach, z poczuciem humoru, dopasowane do potrzeb współczesnych, zabieganych, poszukujących, pięknych pań. Super! / Miya Cosmetics

10. Vigor

Na koniec sięgniemy odrobinę dalej, bo na Ukrainę. Wywiódł mnie ostatnio internet na stronę dystrybutora kosmetyków Vigor. Pierwsze wrażenie było dobre, intrygujące to to, ciekawe, ładne. Potem pomyślałam, że tenże dystrybutor to jednak będzie miał spore trudności na naszym runku. Nie sądzę bowiem, aby nasi polscy klienci mieli tyle odwagi, żeby zaufać ukraińskiej produkcji i zakupić kosmetyk w tak wysokiej cenie. Z rosyjskimi markami, które są tak dobrze znane, jest o tyle łatwiej, że choć z zaufaniem marnie, że krążą plotki, że to co na etykiecie nijak się nie ma do tego, co w kosmetyku, to są jednak tanie i spokojnie można próbować. Nie będzie więc lekko, ale kciuki trzymam! I jeszcze uwaga – byłoby dobrze jednak dodać na stronę pełen łaciński skład! / Vigor

Jak odświeżyć cerę?

Znacie to uczucie, kiedy macie wrażenie, że Wasza cera straciła wszelkie oznaki żywotności, młodości, radości i energii? Wracacie po pracy, patrzycie w lustro i widzicie, że jest poszarzała, zmęczona, zanieczyszczona… Jak odświeżyć taką skórę? Szybko i skutecznie? Jak dodać jej blasku, sprężystości i energetycznego kopa?

Oto moje sprawdzone sposoby!

jeden / waciki + woda kwiatowa

Zaczniemy od prostego sposobu, do wykorzystania przy wszelkich wyjściach, w pracy, w terenie czy przed ważnymi spotkaniami. Moja cera dosyć szybko się świeci i produkuje nadmiar sebum. Kiedy więc dyskretnie odchodzę na chwilę do łazienki, nie chcę przykrywać tej tłustej warstwy kolejną porcją pudru. Sięgam więc do torebki, w której w małym woreczku trzymam zwykłe waciki i małą buteleczkę ze spryskiwaczem, w której znajduje się woda kwiatowa. Bardzo polecam różaną, oczarową lub rumiankową. Nawilżam waciki hydrolatem i delikatnie przyciskam je do najbardziej świecących partii twarzy. W ten sposób nie zmywam makijażu, a jedynie łagodnie odświeżam cerę i zbieram nadmiar sebum. Znacznie bardziej wolę taki sposób niż zwykłe spryskiwanie się mgiełką. Jeśli nie macie w zanadrzu wody kwiatowej, sięgnijcie po mineralną!

 

dwa / miętowa maseczka

Kiedy potrzebuję natychmiastowego odświeżenia w domu, wieczorem, ale także przed wyjściem na spotkania, sięgam po moją ulubioną miętową Ekspresową maseczkę odświeżającą Bania Agafii. Uwielbiam ją! Ma lekką, żelową konsystencję, zawiera sporo doba –  oliwę z oliwek, ekstrakty ziołowe i olejek miętowy, no i jest naprawdę w dobrej cenie. Już po chwili skóra odzyskuje blask i energię. Bardzo polecam! / BliskoNatury.pl

 

trzy / lód

To jeden z najstarszych i najbardziej znanych sposobów na natychmiastowe odświeżenie skóry! Masaż kosteczką lodu zawiniętą w lekką ściereczkę lub chusteczkę w ekspresowy sposób rewitalizuje cerę, poprawia jej krążenie, likwiduje opuchnięcia i zaczerwienienia. Polecamy bardzo do podkrążonych, zmęczonych oczu oraz podrażnionej wiatrem, słońcem czy klimatyzacją, poszarzałej skóry. Wystarczy wykonać lekkim masaż okrężnymi ruchami w kierunku zewnętrza twarzy, na oczyszczonej skórze. Sprawdźcie koniecznie!

 

cztery / maska miodowo-korzenna

Kiedy widzę, że skóra potrzebuje nieco mocniejszej mobilizacji, sięgam po jeden z moich ulubionych kosmetyków – sporządzam prostą maskę miodowo-korzenną, o której już Wam kiedyś pisałam. Wystarczy łyżkę dobrej jakości miodu zmieszać ze szczyptą cynamonu, gałki muszkatołowej i sproszkowanego imbiru, można dodać także kilka kropel soku z cytryny. Taką mieszaninę nakładamy na oczyszczoną, wilgotną skórę. Już po krótkiej chwili czuć, jak przyprawy rozgrzewają, poprawiają krążenie i usuwanie toksyn. Maska działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie, wzmaga regenerację, odżywia i dodaje tego właśnie wyczekiwanego blasku! Pozostawia skórę lekko zaczerwienioną, ale efekt ten szybko znika po nałożeniu kremu nawilżającego. Maskę nakładamy na 10 minut, jeśli jednak przyprawy będą Was za bardzo piekły, zmyjcie ją wcześniej. Uważajcie też na wrażliwą skórę – dodajcie wtedy znacznie mniej przypraw.

 

pięć / rozświetlacz

A kiedy po wszystkich energetyzujących zabiegach, chcę jeszcze wzmocnić efekt odświeżenia, sięgam po rozświetlacz! Efekt blasku natychmiastowy i niesamowity. Polecam tutaj zwłaszcza Zestaw do modelowania twarzy Sculpt & Glow Contour Duo Lily Lolo, który niedawno pojawił się w Lili. Odrobinę rozświetlacza palcem nakładam pod łuki brwi, na grzbiet nosa, nad kości policzkowe, nad usta, na tak zwany łuk kupidyna i odrobinkę na środek brody. Uwielbiam to! / Costasy.pl

Zapisz

Musujące kąpielowe pralinki rozkwitające

A gdyby tak dodać wieczornej, relaksującej kąpieli szczyptę… magii? Bardzo polecam mój dzisiejszy pomysł na musujące kąpielowe pralinki! Co sprawia, że są tak wyjątkowe? Moi drodzy, one rozkwitają w wodzie!

No dobra, nie same pralinki, ale te urocze kuleczki, które do nich włożyłam. Jest to po prostu rozkwitająca herbata, która w wodzie ukazuje swe prawdziwe piękno – zamienia się w morski kwiat! Tak właśnie mi się kojarzy jej rozkwitły kształt, ale muszę tu też dodać, że sam proces rozkwitania jest fascynujący i obserwuję go zawsze z zaciekawieniem. No, a poza tym jest to przecież zielona herbata, która zaczaruje tę naszą kąpiel w mały herbaciany napar, zawierający przeciwutleniacze, więc dodatkowo pielęgnujący skórę.

Mamy więc magiczne musowanie, uwalnianie zapachu, ukojenie dla skóry i rozkwitanie. I teraz właśnie kąpiel staje się idealnym rytuałem!

Musujące kąpielowe pralinki rozkwitające

Składniki:

  • 100 g sody oczyszczonej
  • 50 g kwasku cytrynowego
  • 20 g skrobi ziemniaczanej
  • 50 ml oleju ryżowego (BliskoNatury.pl)
  • woda w spryskiwaczu
  • 5 ml olejku zapachowego lub eterycznego (użyłam różanego)
  • kuleczki herbaty rozkwitającej (herbaciarnie)

Do wykonania moich pralinek użyłam nieco większych niż standardowe foremek silikonowych na pralinki. Możecie oczywiście wykorzystać takie foremki, jakie akurat macie w kuchni, nawet zwykłe na muffinki – tylko wtedy nie wypełniamy ich w całości.

W misce mieszamy suche składniki, dolewamy do nich olej i olejek. Wyrabiamy całość ręką, niczym ciasto, co chwilę delikatnie spryskując wodą. Zależy nam tym razem na tym, aby tej wody była minimalna ilość – jej zawartość może spowodować delikatne odbarwienia pralinek przez herbatę. Nasza masa ma przybrać konsystencję piasku, z którego budujemy zamki na plaży, lub, inaczej mówiąc, po ściśnięciu jej w dłoni ma pozostać zwarty kształt.

Przygotowujemy foremki – ich ilość dostosowujemy do ich wielkości. Na spody przesypujemy niewielką warstwę masy. Ubijamy ją palcami. Na nią kładziemy po kuleczce herbaty, po środku, dookoła uzupełniając masą, którą ubijamy do takiego poziomu, aby część kuleczek wystawała. Całość odkładamy na kilka godzin do stwardnienia. Wyjmujemy z foremek i dodajemy 1-2 do kąpieli.

UWAGA kuleczki dobrze rozkwitają w bardzo ciepłej wodzie. Trochę to też trwa – najpierw pralinka zakończy musowanie, a dopiero po chwili, kiedy kulki dobrze namokną, rozkwitną.

 

 

W roli głównej Kivvi Pianka do oczyszczania twarzy Ribes Nigrum Linea

Art of nature. To hasło jest częścią logotypu kosmetyków Kivvi. I pasuje do nich, trzeba przyznać, świetnie. Sztuką jest bowiem zrobić dobry naturalny kosmetyk i jeszcze większą sztuką – zapakować go w… sztukę.

O marce pisałam Wam już wielokrotnie i cały czas tkwię w zachwycie nad jej identyfikacją wizualną. Uwielbiam te wszystkie delikatne rysunki, te niezwykłe dzieła pełne kobiecości, kolorów i pasji. Sprawiają, że kosmetyki Kivvi stają się ozdobą łazienki, że chce się na nie patrzeć, trzymać zawsze blisko siebie i tak po prostu – cieszyć się nimi.

Tak właśnie jest z naszą dzisiejszą gwiazdą – Pianką do oczyszczania twarzy Ribes Nigrum Linea. Polubiłam ją jeszcze zanim zdążyłam jej użyć – za opakowanie! Choć przyznać muszę, że markę znam już na tyle, że wiedziałam, że można jej zaufać. I nie myliłam się!.

Jeśli więc poszukujecie porządnego kosmetyku z dobrym składem, który nie zrobi Wam krzywdy (no i przy okazji pięknie się zaprezentuje) to trafiliście doskonale. Pianka jest niezwykle leciutka, niczym chmurka, jakby jej nie było. Ale niech Was to nie zwodzi, oczyszcza wspaniale. Używam jej rano i wieczorem z ogromną przyjemnością. Nie wywołuje uczucia ściągniętej skóry, dobrze się rozprowadza, lekko pieni. Pozostawia skórę czystą i gotową na dalsze działania pielęgnacyjne.

Sekretem serii Ribes Nigrum jest, jak sama nazwa wskazuje, ekstrakt z czarnej porzeczki. Jest to ponoć owoc bardzo popularny na Łotwie, z której to marka się wywodzi. Zacytuję tu producenta: „Ekstrakt z czarnej porzeczki zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry, gdyż redukuje tempo tworzenia się zmarszczek i naprawia uszkodzenia tkanek. Jest nieodzowny dla skóry zmęczonej i zmatowiałej, jak również rozjaśnia i wyrównuje cerę.”

Ekstrakt znajdziemy więc w naszej piance, choć domyślam się, że nie ma go tam za dużo. Poza nim mamy tu także sporo innego dobra, chociaż na samym czele znajduje się po prostu woda i składnik myjący – Cocamidopropyl betaine. Zaraz jednak po nim plasuje się aloes, gliceryna czy oliwa z oliwek, później znajdujemy wanilię, rumianek, babkę, kiwi, nagietka, dziurawca i w końcu ekstrakt z jabłka. Całość ma więc bardzo delikatnie złuszczać, wygładzać, rozjaśniać i jednocześnie koić i sprzyjać regeneracji. Warto też tu zaznaczyć, że 99% wszystkich składników jest pochodzenia naturalnego.

Kosmetyk jest bardzo wydajny, z pewnością więc warto zainwestować te około 30 zł. W serii, która przeznaczona jest do pielęgnacji cery suchej i normalnej, powyżej 25 roku życia, znajdziemy także peeling, tonik i kremy. Przyznam, ze kuszą mnie bardzo!

Polecam!

Piankę znajdziecie TU.

Facebook