KategorieNaturalna pielęgnacja

Musujące kąpielowe pralinki rozkwitające

A gdyby tak dodać wieczornej, relaksującej kąpieli szczyptę… magii? Bardzo polecam mój dzisiejszy pomysł na musujące kąpielowe pralinki! Co sprawia, że są tak wyjątkowe? Moi drodzy, one rozkwitają w wodzie!

No dobra, nie same pralinki, ale te urocze kuleczki, które do nich włożyłam. Jest to po prostu rozkwitająca herbata, która w wodzie ukazuje swe prawdziwe piękno – zamienia się w morski kwiat! Tak właśnie mi się kojarzy jej rozkwitły kształt, ale muszę tu też dodać, że sam proces rozkwitania jest fascynujący i obserwuję go zawsze z zaciekawieniem. No, a poza tym jest to przecież zielona herbata, która zaczaruje tę naszą kąpiel w mały herbaciany napar, zawierający przeciwutleniacze, więc dodatkowo pielęgnujący skórę.

Mamy więc magiczne musowanie, uwalnianie zapachu, ukojenie dla skóry i rozkwitanie. I teraz właśnie kąpiel staje się idealnym rytuałem!

Musujące kąpielowe pralinki rozkwitające

Składniki:

  • 100 g sody oczyszczonej
  • 50 g kwasku cytrynowego
  • 20 g skrobi ziemniaczanej
  • 50 ml oleju ryżowego (BliskoNatury.pl)
  • woda w spryskiwaczu
  • 5 ml olejku zapachowego lub eterycznego (użyłam różanego)
  • kuleczki herbaty rozkwitającej (herbaciarnie)

Do wykonania moich pralinek użyłam nieco większych niż standardowe foremek silikonowych na pralinki. Możecie oczywiście wykorzystać takie foremki, jakie akurat macie w kuchni, nawet zwykłe na muffinki – tylko wtedy nie wypełniamy ich w całości.

W misce mieszamy suche składniki, dolewamy do nich olej i olejek. Wyrabiamy całość ręką, niczym ciasto, co chwilę delikatnie spryskując wodą. Zależy nam tym razem na tym, aby tej wody była minimalna ilość – jej zawartość może spowodować delikatne odbarwienia pralinek przez herbatę. Nasza masa ma przybrać konsystencję piasku, z którego budujemy zamki na plaży, lub, inaczej mówiąc, po ściśnięciu jej w dłoni ma pozostać zwarty kształt.

Przygotowujemy foremki – ich ilość dostosowujemy do ich wielkości. Na spody przesypujemy niewielką warstwę masy. Ubijamy ją palcami. Na nią kładziemy po kuleczce herbaty, po środku, dookoła uzupełniając masą, którą ubijamy do takiego poziomu, aby część kuleczek wystawała. Całość odkładamy na kilka godzin do stwardnienia. Wyjmujemy z foremek i dodajemy 1-2 do kąpieli.

UWAGA kuleczki dobrze rozkwitają w bardzo ciepłej wodzie. Trochę to też trwa – najpierw pralinka zakończy musowanie, a dopiero po chwili, kiedy kulki dobrze namokną, rozkwitną.

 

 

W roli głównej Kivvi Pianka do oczyszczania twarzy Ribes Nigrum Linea

Art of nature. To hasło jest częścią logotypu kosmetyków Kivvi. I pasuje do nich, trzeba przyznać, świetnie. Sztuką jest bowiem zrobić dobry naturalny kosmetyk i jeszcze większą sztuką – zapakować go w… sztukę.

O marce pisałam Wam już wielokrotnie i cały czas tkwię w zachwycie nad jej identyfikacją wizualną. Uwielbiam te wszystkie delikatne rysunki, te niezwykłe dzieła pełne kobiecości, kolorów i pasji. Sprawiają, że kosmetyki Kivvi stają się ozdobą łazienki, że chce się na nie patrzeć, trzymać zawsze blisko siebie i tak po prostu – cieszyć się nimi.

Tak właśnie jest z naszą dzisiejszą gwiazdą – Pianką do oczyszczania twarzy Ribes Nigrum Linea. Polubiłam ją jeszcze zanim zdążyłam jej użyć – za opakowanie! Choć przyznać muszę, że markę znam już na tyle, że wiedziałam, że można jej zaufać. I nie myliłam się!.

Jeśli więc poszukujecie porządnego kosmetyku z dobrym składem, który nie zrobi Wam krzywdy (no i przy okazji pięknie się zaprezentuje) to trafiliście doskonale. Pianka jest niezwykle leciutka, niczym chmurka, jakby jej nie było. Ale niech Was to nie zwodzi, oczyszcza wspaniale. Używam jej rano i wieczorem z ogromną przyjemnością. Nie wywołuje uczucia ściągniętej skóry, dobrze się rozprowadza, lekko pieni. Pozostawia skórę czystą i gotową na dalsze działania pielęgnacyjne.

Sekretem serii Ribes Nigrum jest, jak sama nazwa wskazuje, ekstrakt z czarnej porzeczki. Jest to ponoć owoc bardzo popularny na Łotwie, z której to marka się wywodzi. Zacytuję tu producenta: „Ekstrakt z czarnej porzeczki zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry, gdyż redukuje tempo tworzenia się zmarszczek i naprawia uszkodzenia tkanek. Jest nieodzowny dla skóry zmęczonej i zmatowiałej, jak również rozjaśnia i wyrównuje cerę.”

Ekstrakt znajdziemy więc w naszej piance, choć domyślam się, że nie ma go tam za dużo. Poza nim mamy tu także sporo innego dobra, chociaż na samym czele znajduje się po prostu woda i składnik myjący – Cocamidopropyl betaine. Zaraz jednak po nim plasuje się aloes, gliceryna czy oliwa z oliwek, później znajdujemy wanilię, rumianek, babkę, kiwi, nagietka, dziurawca i w końcu ekstrakt z jabłka. Całość ma więc bardzo delikatnie złuszczać, wygładzać, rozjaśniać i jednocześnie koić i sprzyjać regeneracji. Warto też tu zaznaczyć, że 99% wszystkich składników jest pochodzenia naturalnego.

Kosmetyk jest bardzo wydajny, z pewnością więc warto zainwestować te około 30 zł. W serii, która przeznaczona jest do pielęgnacji cery suchej i normalnej, powyżej 25 roku życia, znajdziemy także peeling, tonik i kremy. Przyznam, ze kuszą mnie bardzo!

Polecam!

Piankę znajdziecie TU.

Prosty kojący balsam monoi-aloes

Czy marzycie o tym, aby Wasza skóra w kilka chwil stała się niezwykle miękka, miła w dotyku, cudownie ukojona i odżywiona? A do tego wspaniale, całkowicie naturalnie pachniała jednym z moich ulubionych zapachów – olejem monoi czyli maceratem gardenii tahitańskiej w oleju kokosowym? Potrzebujecie silnego złagodzenia podrażnionej skóry i zapewnienia jej odpowiedniego poziomu nawilżenia?

Polecam dzisiejszy, baaaardzo prosty balsam, który pokochałam całkowicie! Tylko cztery składniki, tylko zmieszane, a efekt? Oszałamiający!

Zróbcie koniecznie!

Kojący balsam monoi-aloes

Składniki:

  • 20 g oleju monoi
  • 10 g żelu aloesowego (użyłam żelu 98 %  Equilibra, dostępnego w aptekach, nie jest to produkt w pełni naturalny, ma te 2% dodatków, ale jest jednak jednym z najlepszych i najlepiej dostępnych na rynku)
  • 10 g gliceryny roślinnej
  • 1 g mączki owsianej koloidalnej (mam z zielonyklub.pl) dla uzyskania odpowiedniej konsystensji

Całość ucieramy intensywnymi ruchami mieszadełkiem do uzyskania jednolitej masy. Powstaje szybko się wchłaniający, bardzo przyjemny w zapachu balsam o silnych właściwościach kojących i regenerujących.

Polecam!

 

Wiosenny wish list

Wiosna sprzyja odkrywaniu nowości i odświeżaniu wizerunku. Mam więc dziś dla Was moją małą wiosenną wish listę!

 

1. Marzy mi się okrutnie takie ogromne zdjęcie wiszące w przyszłej mojej jadalni, nad stołem. Albo w salonie. Byle było duże i tak wspaniale hipnotyzowało. To tutaj albo jedno z pozostałych autorstwa Maxa Wagnera / Max Wagner Print Shop

2. Już widzę siebie i Różę jako te dwie małe małpki pluskające się bąbelkowej kąpieli! / Pure Beginning – Płyn do kąpieli z bąbelkami i organicznym aloesem / OrganicAll

3. Bardzo mi się ostatnio podobają wszelkiej maści piny. Te tutaj – proste, minimalistyczne, ale mocno zwracające uwagę – wyjątkowo przypadły mi do gustu! / KOPI

4. Kupiłabym dla samej okładki 🙂 A tak poważnie, to słyszałam różne opinie o tej książce, ciekawa więc jestem bardzo! / Skin Coach. Twoja droga do pięknej i zdrowej skóry, Bożena Społowicz, Wyd. Otwarte / Empik

5. Wiszące oczka! Uwielbiam od dawna! / 10 DecoArt

6. Jakiś czas temu zobaczyłam pierwszą zapowiedź nowej marki twórców MomMe Cosmetics, o magicznej nazwie Alkemie. Mocno mnie zaintrygowała i od razu bardzo się spodobała. Wizerunek jest połączeniem dawnej mądrości (z moimi ulubionymi starymi rycinami botanicznymi na czele) ze współczesnym, bardzo modnym, prostym, jasnym i przejrzystym designem. Same produkty też zapowiadają się bardzo dobrze. Będę obserwować z przyjemnością! / Dream of beauty CALMING SLEEPING MASK Alkemie

7. No cudna ta torebka! Nosiłabym chętnie! TIMI Crossbody Bag Croco Black / Molehill

8. Z przyjemnością odkryłam nową markę intrygujących, naturalnych balsamów do ust. Wypróbuję na pewno! Crazy Rumors – Balsam koloryzujący do ust – Coral / BliskoNatury.pl

9. Jako wielbicielka Downton Abbey nie mogę przejść obojętnie obok tej pozycji. Już ją nawet zamówiłam! / Belgravia, Julian Fellowes, Wyd. Marginesy / Empik

10. Oj, ładne 🙂 Sandały Anna Field / Zalando

Zapisz

IOSSI czyli manufaktura kosmetyków naturalnych od kuchni

Myślę, że całkiem sporo z Was tu zaglądających, choć przez chwilę zapragnęło kiedyś w życiu prowadzić własna manufakturę kosmetyków naturalnych. Sama niegdyś o tym marzyłam. Widziałam się pośród masy kolorowych babeczek kąpielowych, mydlanych lodów i masełek do ciała. Patrząc jednak z perspektywy czasu nie wiem, czy byłabym w stanie wprowadzić w ten pomysł cały ten ogrom niezbędnego zaangażowania i cierpliwości. Marzenie pozostawiam więc na przyszłość. Marzyć trzeba, prawda? Tymczasem zapraszam Was w odwiedziny do innego, magicznego miejsca!

Zapraszam Was do IOSSI! A dokładniej do Asi Hołuj, twórczyni marki i do jej małego królestwa. Odwiedziłam bowiem tę krakowską manufakturę i nie mogę przestać się zachwycać! I wyjść z podziwu nie mogę i kciuków przestać trzymać też. Jeszcze bowiem rok temu Asia tworzyła wszystkie swoje naturalne specyfiki sama, nie miała profesjonalnej pracowni i grama czasu. Z tym ostatnim do teraz ma problem, co rozumiem doskonale. Pomysły i plany potrafią mocno angażować, a tu jeszcze trzeba nadzorować produkcję, prowadzić marketing, jeździć po całej Polsce i brać udział w targach oraz załatwiać najgorsze – czyli sprawy księgowe i urzędowe… Teraz jednak zmieniło się sporo. IOSSI ma już swoje prawdziwe miejsce i trzy uśmiechnięte, przesympatyczne dziewczyny do pomocy. Jest więc już ktoś, kto zajmie się stroną, sklepem, pakowaniem i wysyłkami. Jest ktoś do nieustającego nalewania, przelewania i etykietowania (to ponoć najgorsze, ale lada moment pojawi się istne zbawienie – maszyna etykietująca!). Jest w końcu ktoś, kto pomoże przy produkcji kosmetyków. Ale nie wszystkich – Asia zawsze sama dopilnowuje tego, co najtrudniejsze i co wymaga największej precyzji – tworzenia kremów.

To co spodobało mi się w tym małym laboratorium najbardziej to panująca tam atmosfera – było tak swojsko, miło, zabawnie! Dziewczyny się śmiały, chętnie rozmawiały, wszystko pokazywały. I te zapachy! Unosiły się wszędzie! Byłam świadkiem tworzenia receptur nowych olejków do masażu. Asia próbowała odnaleźć najlepszy zapach. I cóż, chyba znalazła! Proste ale genialne połączenie trawy cytrynowej z pieprzem z pewnością przypadnie Wam do gustu. I to jest właśnie ta magia, którą sama tak lubię. Magia tworzenia, eksperymentowania, testowania. Przenosi nas wprost do pracowni dawnego alchemika trwającego w swych poszukiwaniach kamienia filizoficznego, nawet jeśli dookoła panują zgoła inne warunki – jest jasno, czysto, wszystko uporządkowane, podpisane, zgodne ze wszystkimi tymi przedziwacznymi przepisami.

A wiecie co stresuje Asię najbardziej? Udzielanie wywiadów. Nie dziwi mnie to wcale, to i pozowanie do zdjęć muszą być trochę peszące. Asiu jednak droga, obawiam się, że będziesz musiała przywyknąć. Domyślam się bowiem, że czeka Cię jeszcze wiele, oj wiele, takich sytuacji! Bo, nie wiem czy wszyscy wiecie, ale kosmetyki IOSSI są doprawdy świetne i coraz częściej dostrzegane, publikowane i polecane. I oby tak dalej!

Zapraszam Was więc w małe odwiedziny do IOSSI! Poniżej – na zdjęciach, ale zajrzyjcie też koniecznie na stronę IOSSI.eu!

Domowy miętowy tonik odświeżający

Już jakiś czas temu odkryłam jak świetnie na skórę działa mięta. Jak ją orzeźwia, jakby dodawała energii. Uwielbiam kosmetyki z dodatkiem olejku miętowego! Kiedy więc skończył mi się tonik, sięgnęłam po miętę w jej bardziej tradycyjnym wydaniu – suszoną, w torebkach do zaparzania!

Bardzo polecam Wam dzisiejszy tonik! Z kilku powodów. Po pierwsze, jest prościutki w wykonaniu, robi się go raptem chwilę. Co jest o tyle istotne, że nie tworzymy go w dużych ilościach, musimy więc cały proces twórczy dosyć często powtarzać. Poza tym składa się raptem z trzech ogólnodostępnych składników (no… z wodą to z czterech), które mają zbawienny wpływ na skórę. Mamy więc napar miętowy połączony z pełnym witamin, odżywczym, regenerującym miodem i kwaśnym (a tej kwasoty skórze trzeba!), zmiękczającym octem jabłkowym. Musimy tu jednak pamiętać, aby zadbać o odpowiednią jakość produktów – wybieramy dobry miód i prawdziwy, trochę mętny, ekologiczny ocet jabłkowy.

Tonik wspaniale odświeża skórę, dodaje jej blasku i genialnie tonizuje. Poprawia jej kondycję, koi i łagodzi podrażnienia. Pomaga się jej zregenerować. Bardzo polecam zwłaszcza do cery poszarzałej, zmęczonej i problematycznej, jestem jednak pewna, że każda skóra go polubi. Bo skóra lubi prostotę, naturalność, miętę, miód i ocet!

Domowy miętowy tonik odświeżający

Składniki:

  • torebka mięty do zaparzania
  • wrzątek
  • łyżeczka dobrego miodu
  • 15 ml octu jabłkowego ekologicznego

W kubeczku zalewamy miętę wrzątkiem i odkładamy do zaparzenia i ostudzenia. Do szklanki przelewamy około 80 ml naparu, ocet oraz dodajemy miód. Całość dokładnie mieszamy i przelewamy do butelki o pojemności 100 ml. Nie tworzymy od razu większych ilości, tonik bowiem musimy wykorzystać do tygodnia i najlepiej przechowywać w lodówce.

Tonikiem na waciku przemywamy twarz rano i wieczorem przed nałożeniem kremu.

 

 

Facebook