KategorieMarketing

Creative work

Po raz kolejny szukałam porządnego polskiego tytułu dla wpisu i nic, zupełnie nic mi nie pasowało. Pozostajemy więc przy angielskim, bo czemu by nie! Zwłaszcza dlatego, że język angielski towarzyszy mi ostatnio często, zgłębiam bowiem tajniki pracy graficznej na zagranicznych stronach i kursach. I chłonę przy okazji moc ogromną inspiracji i pomysłów.

Będę się z Wami dzieliła tymi, które szczególnie przemawiają mi do serca i grają w duszy. W ten sposób mi nie umkną i, mam nadzieję, cieszyć będą Wasze oczy.

…no dobra, tak naprawdę to zawsze dzielę się z Wami moimi odkryciami, tymi najciekawszymi, ale tym razem mocno nastawiam się na design, grafikę, kreację, barwy, struktury, itp. Odkrywam doprawdy cudowny świat!

1. Ogromnie spodobał mi się i zaintrygował mnie plakat promujący nowe perfumy marki Agonist – White lies. Mam więc równie ogromną ochotę poczuć ich zapach. Uwielbiam tego typu graficzne, nieoczywiste kreacje, pełne poczucia humoru i nieszablonowego myślenia, a jednocześnie tak świetnie wpisujące się w trendy – pismo ręczne, elementy botaniczne, duże zbliżenie, kolaż, motyw oka + dobre hasło. Całość wspaniała! / Agonist

2. Zakochałam się w ptakach! Odkryłam bowiem ich najpiękniejsze portrety. Ich autorka – Leila Jeffreys, przedstawia swoje ptaki w tak szlachetny, pełen spokoju i harmonii sposób, że przestają przypominać zwierzęta, a na wierzch wyłania się ich jakby drugie, ludzkie, myślące oblicze. Magia! / Leila Jeffreys

3. Odpowiednio dobrana paleta barw to klucz do najlepszych kreatywnych projektów. Nie tylko tych graficznych oczywiście. Tutaj mamy przykład palety przygotowanej pod kątem aranżacji wnętrz. A przykładów tych znajdziecie na Pintereście Studio David Thulstrup całkiem sporo! Sama już nie wiem, który z tych nieco innych kolaży jest najlepszy? Podoba mi się bardzo sam pomysł na palety i jego realizacja! / Our Material Moods: Studio David Thulstrup via decor8

4. Pochłonęło mnie ostatnio specjalne wydanie Kukbuka! Ma podtytuł „podróże i dizajn” i muszę przyznać, że całość, okraszona sporą dawką kulinariów, nie tylko świetnie ze sobą współgra, ale doprawdy ogromnie inspiruje. Nie wspominając już o wkładce z kolażami do wycięcia i oprawienia Oli Morawiak (Liquid Memory), o której to niedawno Wam pisałam! / Kukbuk

5. Zauroczyła mnie identyfikacja wizualna czekoladek Sweet Virtues. Podoba mi się tu wszystko – logotyp, wzór pełen elementów geometrycznych i botanicznych, sposób przedstawienia różnych smaków, dobór barw. No, kupiłabym te czekoladki! / Packaging of the World

6. Na koniec jedna z moich ostatnich prac, a zarazem małe zaproszenie. Miałam przyjemność projektować plakaty i banery do bardzo ciekawych warsztatów i kursów ceramicznych w Krakowie. Bardzo je Wam polecam – cena kusząca, a prowadząca przemiła!

IOSSI czyli manufaktura kosmetyków naturalnych od kuchni

Myślę, że całkiem sporo z Was tu zaglądających, choć przez chwilę zapragnęło kiedyś w życiu prowadzić własna manufakturę kosmetyków naturalnych. Sama niegdyś o tym marzyłam. Widziałam się pośród masy kolorowych babeczek kąpielowych, mydlanych lodów i masełek do ciała. Patrząc jednak z perspektywy czasu nie wiem, czy byłabym w stanie wprowadzić w ten pomysł cały ten ogrom niezbędnego zaangażowania i cierpliwości. Marzenie pozostawiam więc na przyszłość. Marzyć trzeba, prawda? Tymczasem zapraszam Was w odwiedziny do innego, magicznego miejsca!

Zapraszam Was do IOSSI! A dokładniej do Asi Hołuj, twórczyni marki i do jej małego królestwa. Odwiedziłam bowiem tę krakowską manufakturę i nie mogę przestać się zachwycać! I wyjść z podziwu nie mogę i kciuków przestać trzymać też. Jeszcze bowiem rok temu Asia tworzyła wszystkie swoje naturalne specyfiki sama, nie miała profesjonalnej pracowni i grama czasu. Z tym ostatnim do teraz ma problem, co rozumiem doskonale. Pomysły i plany potrafią mocno angażować, a tu jeszcze trzeba nadzorować produkcję, prowadzić marketing, jeździć po całej Polsce i brać udział w targach oraz załatwiać najgorsze – czyli sprawy księgowe i urzędowe… Teraz jednak zmieniło się sporo. IOSSI ma już swoje prawdziwe miejsce i trzy uśmiechnięte, przesympatyczne dziewczyny do pomocy. Jest więc już ktoś, kto zajmie się stroną, sklepem, pakowaniem i wysyłkami. Jest ktoś do nieustającego nalewania, przelewania i etykietowania (to ponoć najgorsze, ale lada moment pojawi się istne zbawienie – maszyna etykietująca!). Jest w końcu ktoś, kto pomoże przy produkcji kosmetyków. Ale nie wszystkich – Asia zawsze sama dopilnowuje tego, co najtrudniejsze i co wymaga największej precyzji – tworzenia kremów.

To co spodobało mi się w tym małym laboratorium najbardziej to panująca tam atmosfera – było tak swojsko, miło, zabawnie! Dziewczyny się śmiały, chętnie rozmawiały, wszystko pokazywały. I te zapachy! Unosiły się wszędzie! Byłam świadkiem tworzenia receptur nowych olejków do masażu. Asia próbowała odnaleźć najlepszy zapach. I cóż, chyba znalazła! Proste ale genialne połączenie trawy cytrynowej z pieprzem z pewnością przypadnie Wam do gustu. I to jest właśnie ta magia, którą sama tak lubię. Magia tworzenia, eksperymentowania, testowania. Przenosi nas wprost do pracowni dawnego alchemika trwającego w swych poszukiwaniach kamienia filizoficznego, nawet jeśli dookoła panują zgoła inne warunki – jest jasno, czysto, wszystko uporządkowane, podpisane, zgodne ze wszystkimi tymi przedziwacznymi przepisami.

A wiecie co stresuje Asię najbardziej? Udzielanie wywiadów. Nie dziwi mnie to wcale, to i pozowanie do zdjęć muszą być trochę peszące. Asiu jednak droga, obawiam się, że będziesz musiała przywyknąć. Domyślam się bowiem, że czeka Cię jeszcze wiele, oj wiele, takich sytuacji! Bo, nie wiem czy wszyscy wiecie, ale kosmetyki IOSSI są doprawdy świetne i coraz częściej dostrzegane, publikowane i polecane. I oby tak dalej!

Zapraszam Was więc w małe odwiedziny do IOSSI! Poniżej – na zdjęciach, ale zajrzyjcie też koniecznie na stronę IOSSI.eu!

Sztuka mydlanego… pomysłu

Nie wystarczy robić dobre mydła. Nie teraz, kiedy rynek pełen jest dobrych mydeł. Kiedy coraz większą wartość ma staranne, ręczne wytwarzanie z dobrych, naturalnych produktów. Lubimy to, doceniamy produkty, cieszymy się my i nasza skóra na ich widok w łazience. Mimo to, nie wystarczy robić dobre mydła.

Aby te mydła sprzedać, muszą mieć bowiem pewną wartość dodaną. Coś, co je wyróżni z tej całej, mydlanej masy, a na co tak mało producentów zwraca uwagę. Co to może być?

Podstawą jest oczywiście dobry produkt. Bez tego ani rusz. Bo jeśli już skłonimy klienta do wyboru naszego mydła, a ono mu się nie spodoba, to doprawdy staranie o jego powrót do naszej marki będzie niezwykle pracochłonne. Jeśli już jednak dysponujemy wspaniałym, sprawdzonym, pieczołowicie opracowanym produktem, musimy dodać do niego pomysł, tę wspomnianą powyżej wartość dodaną, czyli coś, co na tyle zaintryguje klienta, że to właśnie po nasz produkt sięgnie.

I może to być historia stojąca za marką, wyjątkowa jej komunikacja, misja czy wizerunek. Może to być oryginalny pomysł na samo mydło – na jego kształt, kolor, wielkość, szczególne dodatki. Może to być sposób jego prezentacji, piękne zdjęcia, niezwykłe grafiki. Może to być w końcu opakowanie, które nie zawsze jest doceniane, ale to ono właśnie w dużej mierze wpływa na nasze zachowania i decyzje konsumenckie.

Mam dla Was kilka przykładów mydeł, na które zwróciłam szczególną uwagę w ostatnim czasie. Nie znam ich niestety w większości osobiście, nie używałam ich, nie przyglądałam się składom. Po każde jednak chętnie sięgnęłabym w sklepie. Każde z nich ma właśnie to wyjątkowe „coś”.

Ministerstwo Dobrego Mydła

Zaczniemy od niewątpliwej gwiazdy naszego krajowego rynku mydlarskiego – Ministerstwa Dobrego Mydła. Dziewczyny stworzyły swoja markę w tak idealnie wyszukany, choć na pierwszy rzut oka niezwykle prosty sposób. Ta prostota i spójność urzekają. Mamy tu w dodatku genialną komunikację z klientami w social media i niezwykłą historię stojąca za marką, która opowiadana jest często i konsekwentnie. Do całości dodamy modny, zachodni sposób prezentacji mydeł, który dokładnie wpasowuje się w wizerunek samej marki i aż chce się je zamawiać! / Ministerstwo Dobrego Mydła

(Hibiskus z pierwszego zdjęcia jest zachwycający!)

Hagi Cosmetics

Kolejna polska manufaktura, o której warto wspomnieć. Z przyjemnością obserwuję jej rozwój, ekspansję do coraz większej ilości sklepów i kolejne świetne produkty. Opakowania mydeł są całkowicie w moim stylu, nie mogło ich więc tu zabraknąć. / Hagi

 

Monsillage

Jako wielbicielka ciekawych wzorów, a już najbardziej roślinnych i zwierzęcych motywów ze starych rycin, sięgnęłabym po mydła tak zapakowane bez najmniejszych oporów. Poza tym świetny pomysł na samą prezentację mydeł! / Monsillage

Herbivore

Kolejny przykład na to, że w prostocie tkwi piękno! Doceniam ją równie mocno, jak zachwycające, barkowe nieraz wzory. Ważne, aby w tej prostocie tkwiła pewna spójna myśl i aby w pełni odzwierciedlała ona równie czysty przekaz marki. / Herbivore

Artist Atelier

A może nadać mydłom nieco artystycznego twista? Czemu bowiem sztuka nie miałaby wkraczać do naszej łazienki? W dodatku zaklęta w tak modne, malarskie wzory z dodatkiem złota i pasteli! / Anthropologie

Cleanse By Hepzabeth

Mydełka czy czekoladki? W słodkim opakowaniu niczym bombonierka. I do tego ciekawie zabarwione – także przypominają dzieło artysty. Jestem zachwycona! Mogłabym je i podarować i równie chętnie – dostać. / Etsy

Mydła jak kamienie

Już je Wam pokazywałam, wiem. Ale przyznajcie, ze są naprawdę wyjątkowe! Tutaj w wersji Anthropologie, a poniżej…

A tu w wersji ze sklepu Leif. No, cuda!

Savon Stories

Kolejna marka, która idealnie trafiła w mój gust – opakowania zachwycają motywami roślinnymi, kolorami i etykietami w stylu starych mydlarni. Polecam zajrzeć także na stronę i się pozachwycać! / Savon Stories

 

Zador

Kolejny niezwykły pomysł. Węgierskie mydełka zapakowane trochę jakby w tapetowy papier z mocnymi złotymi wstawkami. Niczym niezwykle cenne drobiazgi albo czekoladki najwyższej jakości. Na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie wyjątkowości i produktu z wyższej, luksusowej półki. / Zador

 

Float

Niezwykły pomysł, który chyba niestety nie funkcjonuje w realnym życiu – pozostał na poziomie projektu (poprawcie mnie, jeśli się mylę). A ja zachwycona jestem kolejnym połączeniem sztuki z rzemiosłem, a jeszcze bardziej – koncepcją jakby przełożenia samych mydeł na opakowania. W ten sposób powstają produkty zabawne, intrygujące, ciekawe, ot – mydlarskie perełki. / koncept na The Dieline autorstwa Wang Min

Trevarno

Marka już dawno zwróciła na mnie swoją uwagę niesamowitymi opakowaniami, a dokładniej kolorowym szkłem, którego nie da się przeoczyć. Jest świetne! Bardzo też podoba mi się pawi motyw na mydłach! / Trevarno

 

Madara

No, czyż nie cuda? Czy nie sięgnęlibyście po te mydła od razu? I to i te w płynie i w kostce. Opakowania skradły moje serce, wszystko mi się tu podoba, wszystko jest niezwykle oryginalne, bardzo na czasie, pełne kolorów, a jednocześnie eleganckie i zachęcające do zakupu. / Matique

Vice & Velvet

Na koniec mydełka – chmurki, które już w Lili gościły. Czy trzeba dużo? Nie – trzeba znaleźć dobrą foremkę! Bo chmurki są niezwykle urocze i jestem pewna, że połowa czytających to kobiet i na pewno wszystkie dzieci z pewnością taką chmurkę chciałyby zobaczyć w łazience. / Etsy

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Co porabiam w marcu i trochę dobrej próżności

Wiosna zaczyna się bardzo przyjemnie. Jeszcze chwila i wybujają mi przed oknami wszystkie drzewa. Zamierzam podziwiać je z balkonu z kubkiem gorącej kawy i twarzą skąpaną w promieniach ciepłego słonka. Za to właśnie uwielbiam moje życie freelancera.

Nie to, żeby nie miało sporo wad, ale skupmy się na zaletach. I na tym, nad czym ostatnio pracuję! A dzieje się sporo, co mnie bardzo cieszy. Co rusz otwierają się jakieś małe, nowe drzwiczki. Niektóre ledwie się uchylają, inne otwarte są wręcz na oścież. A ja łapię tę drogi nowe i możliwości i staram się wykorzystać wszystkie jak najlepiej!

Co tam więc ciekawego porabiam? Otóż…

  • Bardzo mocno skupiam się ostatnio nad obłaskawianiem Illustratora. Powiem Wam, że jestem całkowicie, ogromnie, no… przeogromnie nim zachwycona! Uczę się online, ze słuchawkami w uszach, opatulona w ciepły kocyk, przeskakując co rusz z kolejnego filmiku do programu i odkrywając wciąż nowe możliwości. I tylko z ust, co jakiś czas, wydobywam dziwne dźwięki, które mają w pokraczny sposób wyartykułować mój zachwyt. I już nie mogę się doczekać, aż zacznę używać go na poważnie!
  • Równie ogromnie, jeśli nawet nie mocniej cieszę się z faktu, ze odkąd ruszyłam z moją nową warsztatową stroną, zauważam znaczny wzrost zapytań o organizację warsztatów kosmetyki naturalnej. Kalendarz więc powoli wypełniam, odpisuję na masę maili, tworzę nowe, ciekawe programy (ostatnio tworzyłam wyjątkowe doprawdy piwne warsztaty!) i uśmiecham się w duchu. Jeśli więc planujecie w swojej firmie spotkanie integracyjne, zajrzyjcie koniecznie na LiliGarden.pl!
  • Love my job! Bo jakże inaczej mogłabym określić moje marcowe zlecenie? Jestem bowiem w trakcie opracowywania menu zabiegowego dla małego gabinetu o profilu naturalnym. A musicie wiedzieć, że lubię to bardzo. Komponowanie wyjątkowych rytuałów, tworzenie atmosfery, kreowanie wizerunku, wymyślanie dedykowanych przepisów to stanowczo mój żywioł!
  • Cały też czas jestem z Wami na BliskoNatury.pl, gdzie mogę w pełni wyszaleć się graficznie przygotowując kolejne promocje, banerki, konkursy, newslettery, etc.
  • Regularnie porywa mnie Facebook. Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że trafiam tam na tak długo… służbowo. Tak to jest, jak się prowadzi na raz 3 fanpage!
  • Jestem w trakcie przenoszenia pewnego bloga na WordPress – tworzymy jego całkiem nowy wizerunek! Jak już będzie gotowy, jak wszystko będzie dopracowane według pomysłu mojego i autorki, z pewnością się pochwalę!
  • Jestem też tu oczywiście, z Wami, z głową pełną pomysłów, kolorów i wiosny. Zapowiada się kilka ciekawych współprac, kilka miłych spotkań, pojawią się nowe przepisy i masa inspiracji. Nie może Was w Lili zabraknąć! Poważnie też zastanawiam się nad wznowieniem Wiosennego Plebiscytu na Najlepsze Kosmetyki Naturalne! Jak myślicie?
  • Na koniec, choć w sumie to najważniejsze – staram się czerpać ile można z takiej naszej rodzinnej codzienności. W marcu mój mąż jest w domu, jakoś pod jego koniec lub na początku kwietnia będzie wyjeżdżał do pracy. Musimy więc korzystać na całego i w całym tym zamieszaniu znaleźć jak najwięcej czasu na siebie, na wspólne kawki/herbatki/śniadania/obiadki/spacery/tulania/wypady do przyjaciół/przyjmowanie przyjaciół i nasz wyjątkowy rytuał – wieczorne oglądanie Przyjaciół. 🙂
  • Ach! Zapisałam się jeszcze na kurs fotografii! Czas poznać w końcu jej tajniki i przestać używać wyłącznie automatu, prawda? 🙂

A przy tym wszystkim trzeba znaleźć choć minutkę, żeby przystanąć przy pobliskim krzaku i zapatrzeć się w jego pąki!

No dobra… czas na próżność… Ale nie mogę się powstrzymać! I nie jest to nic wielkiego, ot drobna refleksja, ale sprawiła wczoraj, że poczułam się bardzo dumna, że uśmiech zakwitł mi na twarzy od ucha do ucha, a pewność siebie wzrosła do znacznie wyższego poziomu niż na co dzień. Czemu? Tak po prostu zajrzałam na tę moją nową stronę- na LiliGarden.pl. Przyjrzałam się raz jeszcze dokładnie, zajrzałam do poszczególnych zakładek. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam ją sama, samiutka, że są tam wyłącznie moje zdjęcia (poza tymi, na których jestem ja) i że są super, że logo zrobiłam i resztę grafiki, że jest tam moja własna książka, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak chciałam.

I pomyślałam, że zdolna jestem. I to było dobre uczucie! Bo taka mała próżność jest w życiu potrzebna, czyż nie?

Nowa odsłona Lili Garden!

Tadam! Z ogromną przyjemnością przedstawiam Wam moją nową stronę! Jest to w zasadzie nowe oblicze dawnej strony sklepowej Lili in the Garden. Postanowiłam wykorzystać fakt posiadania domeny, serwera i całkiem fajnego szablonu na WordPressie i stworzyć porządną stronę moich warsztatów kosmetyki naturalnej!

Trochę zajęło mi rozgryzanie niuansów szablonu i samego WordPressa, nawet pomimo faktu, że poprzednią stronę – sklepu z biżuterią także zrobiliśmy sami. Sama też przeniosłam już dwa blogi na WP i przystosowałam dwa inne szablony. Za każdym razem jednak napotykam na nowe problemy, które trzeba rozgryźć. Ale jak się już je rozgryzie, satysfakcja jest jest przeogromna.

Stworzyłam więc stronę taką, jaką chciałam. Pełną moich zdjęć, soczystą i kolorową. Stronę, która ma wprowadzać w temat i zachęcać do składania zapytań o warsztaty. Brakuje mi niestety porządnych zdjęć z warsztatów i to będę musiała nadrobić. Na razie posiłkowałam się zdjęciami samych kosmetyków. Mam nadzieję, że są na tyle ciekawe, aby wzbudzić zainteresowanie i pragnienie wykonania tych cudów samemu.

Zapraszam Was więc gorąco na LiliGarden.pl! Zapraszam do organizowania warsztatów w Waszych firmach i instytucjach. Będzie mi ogromnie miło, jeśli wieść o stronie podacie dalej, jeśli pójdzie w świat!

—–> www.LiliGarden.pl

xoxo

Manufaktury polno-leśne

Wśród nowości na naszym runku kosmetyków naturalnych istnieje pewien specyficzny podział. Są marki, kreujące się bardzo nowocześnie, przyjemnie, nie powiem, ale laboratoryjnie, czysto, biało. Są też takie, które zwracają się bardzo mocno ku przeszłości, ku naturze, w jej bardzo dosłownym znaczeniu. Są to małe, często rodzinne lub tworzone przez jedną pasjonatkę manufaktury, które określam mianem polno-leśnym. I są marki pośrednie, próbujące łączyć nowoczesność z, że tak to nazwę, mądrością dziejów. Często nie są one aż tak wyraziste w swej komunikacji z odbiorcą, jak te z dwóch pozostałych kategorii, niemniej jednak nie zaprzeczam dobrej jakości ich produktów. Chodzi jedynie o pomysł na siebie, dobór odpowiedniej grupy docelowej i sposób dystrybucji.

Chciałabym dzisiaj pokazać Wam kilka manufaktur polno-leśnych, które ostatnio często napotykam w internecie i które zwróciły moją szczególną uwagę. Ciekawa jestem bardzo ich produktów.

A może Wy polecacie mi któryś z kosmetyków szczególnie?

1. Trawiaste

Trawiaste kojarzy mi się z kwintesencją słowa „manufaktura”. Wszystko tu jakby żyło, jakby właśnie było ukręcone. Łąka aż wyziera ze strony, czuć wręcz jej zapach (choć swoją drogą strona sama w sobie niestety słaba, brakuje też własnej domeny, co jest jednak teraz konieczne). Przekonuje mnie główne hasło: „kosmetyki pełne soku, miąższu, eterów, ekstraktów z pestek, żywic”. Przemawia do mnie tak mocno, że chciałabym wgłębić się w ten czarodziejski, alchemiczny świat, pełen magii ukrytej w każdej roślinie. Na stronie czytamy: „Konserwujemy peptydami fermentacji rzodkwi,  emuglujemy naturalnymi woskami i włóknami pomarańczy.” Już samo to jest mocno intrygujące. W ofercie znajdziemy takie cuda, jak balsam z igliwia is kórki pomarańczy, męski krem żywiczny, pastę z żyworódki, krem kasztanowo-żurawinowy, pomadę z buraka, odżywkę z nasion brokuła, skrzypu i lnu czy paprodziada maść do brody. Zobaczcie koniecznie!/ Trawiaste

 

2. Polny Warkocz

Nowe dziecko laboratorium Cosmeceuticum, które poznałam przy okazji akcji świątecznej w Lili. Pięcioro z Was wygrała właśnie powyższy zestaw w świątecznym konkursie. Ciekawa jestem Waszych wrażeń! Na stronie czytamy: „Polny Warkocz to linia organicznych kosmetyków inspirowana wiedzą, kulturą oraz dziedzictwem naszych przodków. Radosne święta ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju i płodności tworzą pełen miłości i harmonii z naturą festiwal życia Słowian. Takie właśnie są produkty w serii Polny Warkocz. Proste i harmonijne receptury oparte na wiedzy o naturalnych składnikach, które odpowiednio zestawione wzmacniają swoje działanie, stanowią o ich wartości.” Ładnie, prawda? W ofercie znajdziemy na razie cztery olejowe mazidła oraz ciekawą rumiankową esencję  micelarną do demakijażu. / Polny Warkocz

 

 

3. 94b Hand Made

„4b hand made to maleńka manufaktura mydła, niejako „spod strzechy”, przytulona do lasu olchowego, niedaleko od rzeki Bug. Nasz czas wyznaczają migracje ptaków, narodziny jagniąt, żniwa, kaprysy pór roku… Wybraliśmy życie pełne prostoty wraz z jego jakością, jakże odmienną od powszechnie rozumianej.” Znowuż pięknie powiedziane! Mydlarnia bardzo kusi spora ofertą ciekawych mydeł. To, co jednak mnie najbardziej zaintrygowało to balsamy aromaterapeutyczne, a już najbardziej ten siarkowy na oleju z miodli indyjskiej.  Warto zobaczyć i przenieść się na chwilę do nadbużańskiego świata. / 94b Hand made

 

4. Mydlarnia Cztery Szpaki

Coraz więcej słyszę o tej mydlarni (która, swoją drogą, ma świetną nazwę i logo), nie zawsze wprawdzie dobrze, ale trzeba przyznać, że ma pomysł na siebie, jest konsekwentna, spójna i mocno osadzona w trendach (zobaczcie powyżej mydełko Wyrwidąb!). W ofercie znajdziemy oczywiście mydła, ale także bardzo ciekawe masełka do ciała, peelingi i hydrolaty. Jej twórcy piszą: „O tradycyjnie wytwarzanych kosmetykach przeczytaliśmy kilka lat temu na przypadkowo znalezionym amerykańskim blogu i wsiąkliśmy do reszty. Piwo i sery poszły w odstawkę, skupiliśmy się na mydle. Nie myśleliśmy o tym w kategoriach: firma, biznes, pieniądze. Jednak nasze kosmetyki znikały wśród rodziny, bliższych i dalszych znajomych, tak szybko, że… nie mieliśmy wyjścia, postanowiliśmy skierować przedsięwzięcie na profesjonalne tory.” Jak przedsięwzięcie będzie się rozwijać? Ciekawa jestem bardzo! / Cztery Szpaki

 

5. Alchemia Lasu

Już Wam o Alchemii Lasu pisałam, ale nie mogło zabraknąć jej w takim zestawieniu. Musimy więc zaszyć się ponownie w głębi lasu i włączyć fanpage manufaktury (nadal nie ma strony…). A potem odkrywać te wszystkie botaniczne cuda – mazidła, olejki, balsamy do ust, peelingi, sole, wody, ba – nawet proszek do mycia zębów z jodłą, świerkiem i węglem! Wszystko w bardzo „manufakturowej”, ale i modnej oprawie. „Tworzymy produkty w 100% naturalne, wykonywane na małą skalę z dbałością o dobór jak najczystszych i najświeższych składników botanicznych, zbierając wiele z ziół własnoręcznie i radośnie z łąk i lasów w górach południowej Polski. Nasze pomysły często rodzą się w lesie, a pierwsze prototypy botaników powstają w naszym domku na drzewie – wysoko w koronach drzew. ” Oj, chciałabym się w tym domku choć na chwilę znaleźć! / Alchemia Lasu

To jak? Znacie już te manufaktury? Polecicie coś naprawdę dobrego? A może coś Was szczególnie zaintrygowało?

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Facebook