NapisałaAdriana Sadkiewicz

Kiedy tata jest daleko…

Los jest przewrotny. Nie zawsze układa się po naszej myśli. Nie zawsze oferuje nam to, czego naprawdę potrzebujemy. Stawia przed nami wyzwania i trudności, z którymi jakoś trzeba się mierzyć. I tak mojej Róży los zafundował wyjazdowego tatę. Jak sobie radzić w takiej sytuacji? Jak podtrzymywać więź między dzieckiem a ojcem? Nie jest łatwo, ale jak się chce to się da!

Jest nas naprawdę dużo. Osób z podobną sytuacją. Sama zaglądam od czasu do czasu na strony innych mam, które borykają się z takimi samymi problemami. Rozumiem je doskonale, utożsamiam się, uśmiecham, czytając o codziennych trudnościach. Z drugiej strony nieraz spotykam się także z komentarzami dziewczyn, które piszą, że one by tak nie mogły. Że rozłąka nie wchodzi w grę. Też tak kiedyś myślałam. Dawno już temu, kiedy szykowaliśmy się do półrocznego (!!!) wyjazdu mojego męża na misję. Pamiętam bunt, który we mnie siedział i ogromny smutek. I pytanie – jak ja sobie poradzę z rocznym dzieckiem sama?

I wiecie co? Poradziłam sobie. Dało się. I cały czas uśmiecham się na wspomnienie tej ogromnej radości, kiedy On w końcu wrócił do domu.

Ciężko jest dyskutować z losem, walczyć z nim. Planujemy zmiany, może za jakiś czas osiądziemy wszyscy razem na dobre w naszym nowym mieszkaniu. Tymczasem jednak, zamiast marnować energię na żale i strachy, lepiej nastawiać się pozytywnie i wyczekiwać tych najmilszych momentów powrotu. Tych dni, kiedy pakujemy się z Różą do samochodu i jedziemy na lotnisko. Stoimy przy rampie i żartujemy, że każdy wychodzący pan to tata. Aż w końcu pojawia się ten prawdziwy i dziecko leci w jego ramiona.

Ale wracając do meritum… bo o ile ja już jakoś sobie sama radzę, o tyle cały czas boję się o Różę. Wyjazdy nie są już na szczęście aż tak długie, ale nawet 2-3 miesiące to kawał czasu. A Róża ciągle rośnie, coraz więcej rozumie, coraz bardziej to przeżywa. Choć i tak uważam, że źle nie jest. Nieobecność taty raz na jakiś czas stała się dla niej codziennością. Mimo to, mamy kilka sprawdzonych patentów na podtrzymywanie córeczkowo-tatusiowej relacji! Oto one:

  • Może to zabrzmi banalnie, ale stanowczo najważniejszy jest sposób spędzania czasu z dzieckiem w trakcie obecności taty w domu. Mam to szczęście, że mój mąż od samego początku bardzo angażował się we wszystkie obszary zajmowania się i wychowywania małej. W trakcie tych tygodni, kiedy jest z nami, spędzają ze sobą bardzo dużo czasu. I choć często jestem z nimi, wiem też jak ważne są ich wspólne wypady, tylko we dwójkę, czy to na samo popołudnie czy na dłużej. Ich wspólne wieczory z „domowym” kinem, wspólne oglądanie bajek, a potem śpiewanie piosenek (mam tu na myśli głównie Vaianę i Krainę lodu :D), wspólne godziny poświęcone rozmowom, łaskotkom i udawaniu niedźwiedzia, spanie pod namiotem, itp. Właśnie ten czas pozwala spokojnie wytrzymać nieobecność taty.
  • Technologie! Równie to banalne, ale jakże istotne. Jak to moja koleżanka napisała przy zdjęciu z początku tego posta, że „ponoć technologie oddalają”. No nic bardziej mylnego. Zwłaszcza w przypadku wyjazdowych rodziców. Mamy niestety tą gorszą sytuację od wielu innych rodzin, że mój mąż czasem jest odłączony od internetu na 1-2 tygodnie, czasami znowuż ma bardzo słaby zasięg… Kiedy jednak osiada na chwilę w jakimś hotelu w Omanie czy w Dżibuti, albo w willi na Sri Lance, możemy śmiało widzieć się i rozmawiać godzinami na Messengerze. I tak wieczorami czyta tata Róży bajki na dobranoc. I to takie, które sam pisze! A potem my spędzamy razem wieczory. Albo chodzi z nami w tym telefonie na spacery na łąki czy do lasu. Rozmawiamy, śmiejemy się, on widzi to, co my. My widzimy jego. Nie wiem doprawdy, jak sobie kiedyś radzono bez internetu…
  • Polecam bardzo rozłożyć w domu trochę zdjęć z tatą. Zawsze sobie można na niego spojrzeć, kiedy tęskno.
  • Od niedawna Róża ma także małą poduszkę, na której nadrukowano zdjęcie Stacha! Wprawdzie to ja ją dostałam na urodziny, ale jeszcze tego samego dnia zabrało mi ją dziecko, a ja w sumie nie oponowałam. Śpi na niej codziennie, przykłada swoją malutką główkę do oblicza ojcowskiego i zasypia. No, słodko…
  • Bardzo ważne wydaje mi się wypełnianie czasu Róży. Żeby bez taty było także wesoło. Żeby jej nigdy przypadkiem do głowy nie przyszło, że z mamą to jest gorzej, ale po prostu inaczej. Staramy się więc często gdzieś wychodzić, kogoś odwiedzać, gdzieś jechać. Do tego stopnia, że w niedzielę dziecko było zachwycone faktem, że cały dzień spędzamy w domu… No, trzeba tu jakąś równowagę też znaleźć 🙂
  • Mamy takie rzeczy, które bardzo nam się kojarzą z tatą. Czasami na przykład puszczamy piosenkę kraba Tatamoy z Vaiany, bo wiemy jak bardzo ją tata lubi. Ot, tylko dlatego.
  • Albo opowiadamy sobie o tym, jaki tata jest dzielny, co robi, oglądamy zdjęcia, które nam podsyła i pękamy z dumy.
  • A kiedy już znudzi nam się ta samotność, kiedy już nie mamy nowych pomysłów, wtedy właśnie tata wraca!

Chciałabym tu jeszcze jedną istotną rzecz napisać. Niezwykle ważne wydaje mi się, aby w tych wspólnych dniach tata zachowywał się jak zwyczajny tata, który może tylko więcej czasu spędza z dzieckiem. Aby nie pozwalał na więcej rzeczy niedozwolonych, aby nie rozpieszczał, nie obdarowywał słodyczami i niepotrzebnymi zabawkami, tylko dlatego, że ma wyrzuty sumienia. Aby nie było tak dużego kontrastu pomiędzy czasem kiedy tata jest i „mogę wszystko”, a czasem, kiedy go nie ma i „mama wszystkiego zabrania”. Pewnie wiecie, co mam na myśli. U nas na szczęście tak się nie dzieje, ale znam podobne przypadki i boję się, że dzieci mają wtedy straszny chaos w głowach. Trochę w myśl tej zasady Staszek przywozi nam zawsze jakiś drobiazg z podróży. Ale dosłownie – drobiazg. Żeby dziecko (i żona) się ucieszyło, ale żeby nie czekało na prezent, a na tatę.

Jakie są Wasze doświadczenia? Wiem, że część z Was jest w podobnej sytuacji lub było w dzieciństwie. Może macie jakieś swoje sprawdzone patenty? Chętnie o nich przeczytam!

Wall Art czyli obrazki na ścianę do druku

Mam dla Was kilka moich ostatnich projektów w wersji do ściągnięcia, wydrukowania i powieszenia sobie na ścianie. Albo na tablicy przy biurku. Albo w biurze. Albo do wstawienia w ramkę. Jak tylko wolicie!

Mam ogromną nadzieję, że się Wam spodobają. Sama bowiem przymierzam się do zrobienia sobie czegoś własnego, osobistego, na ściany naszego nowego mieszkania, o którym Wam niedawno pisałam.

A tymczasem, zobaczcie, co tam dla Was mam! Po odrobinie samych dobrych rzeczy!

 

Wszystkie poniższe grafiki mają rozmiar A4, sporą rozdzielczość i są przeznaczone do użytku jedynie osobistego.

Wystarczy kliknąć w link pod zdjęciem, a grafika ściągnie się na Wasz komputer.

Miłego ściągania!

 

Obrazek PERSEIDY

Ściągnij -> moon-phase-A4.pdf (48 pobrań)

Obrazek LOVE / 01

Ściągnij -> love-7.pdf (35 pobrań)

Obrazek LOVE / 02

Ściągnij -> love-6-1.pdf (28 pobrań)

Obrazek LOVE / 03

Ściągnij -> love-5-1.pdf (28 pobrań)

Obrazek LOVE / 04

Ściągnij -> love-4-1.pdf (29 pobrań)

Obrazek PASTEL ABSTRACT

Ściągnij -> abstract-art-1.pdf (31 pobrań)

 

 

Przepis na buraczkowy balsam do ust z miodem i masłem shea

Jest cudowny! Pozostawia wspaniale miękkie, delikatne, nawilżone i gotowe do całowania usta. Ma idealną konsystencję, silne właściwości odżywcze, regeneracyjne i pielęgnujące i bardzo delikatny kolor z… buraczka! Tak! Dzisiaj zrobimy genialny balsam do ust z prawdziwych buraków!

Utopiłam bowiem kawałek buraczka w ciepłych tłuszczach, aby zebrać z niego tę piękną, ciepłą, buraczkową barwę. Oddał jej sporo i skończył swój żywot niestety w koszu na śmieci. My za to z Różą (bardzo mi pomagała) cieszymy się dzięki niemu pięknymi ustami.

Balsam jest delikatny, delikatnie słodki i pięknie pachnie truskawkowym smoothie – to jedyne odstępstwo od pełnej naturalności, no ale JAK TO PACHNIE! A poza tym ten zapach świetnie współgra z kolorem. I powoduje potrzebę nakładania balsamu na usta co chwilę!

Bardzo polecam!

Buraczkowy balsam do ust z miodem i masłem shea

Składniki:

  • 20 g masła shea rafinowanego
  • 10 g wosku pszczelego bielonego
  • 20 ml oleju z pestek winogron
  • 1 łyżeczka płynnego miodu
  • 2 plasterki obranego buraka
  • 2 ml olejku zapachowego Truskawkowe Smoothie (ZielonyKlub.pl)

 

 

W kąpieli wodnej roztapiamy wosk i masło shea. Dolewamy olej i wrzucamy do tego pokrojone w dużą kostkę buraczki. Całość macerujemy na małym ogniu przez ok. 30 minut, co jakiś czas mieszając. Kiedy burak odda już trochę barwnika (będzie unosił się na spodzie), ściągamy całość z ognia. Wybieramy buraczki i wyrzucamy. Do tłuszczy dodajemy miód i olejek zapachowy. Całość mieszamy i przelewamy do wyparzonego, suchego pojemniczka (ten ze zdjęć pochodzi ze sklepu indyjskiego). Odstawiamy na chwilę (barwnik będzie cały czas na spodzie). Kiedy tłuszcze zaczną mętnieć, oznacza to, że twardnieją. Mieszamy je wtedy intensywnie patyczkiem lub wykałaczką, aż do pełnego stwardnienia. Dzięki temu balsam będzie miał jednolity kolor.

 

Nasze miejsce czyli kupujemy mieszkanie!

JUPI! Nie umiem lepiej wyrazić swojej radości! Bowiem po wielu, doprawdy zbyt wielu latach wynajmowania, kupujemy w końcu własne mieszkanie!

Rozglądaliśmy się za czymś ciekawym od dłuższego czasu. Jako że decyzja dosyć ważna, a mąż mój co chwilę znika na kilka miesięcy, rozciągnęło się to w czasie dosyć mocno. Celowaliśmy w południowo-wschodnie okolice Krakowa, jeździliśmy, oglądaliśmy, liczyliśmy. Aż w końcu pojawiło się bardzo interesujące ogłoszenie. Któregoś więc dnia podjechaliśmy w to miejsce i od razu, oboje poczuliśmy chemię. Tak, to było to!

Niewielkie osiedle w podkrakowskiej wsi, dosłownie 6 minut jazdy od miejsca, w którym teraz mieszkamy. Cisza, spokój… Blisko szkoła, do której Róża pójdzie za rok. Obok niej sklep, przystanek, apteka. I nasze mieszkanko!

Nic doprawdy wielkiego, na dom się jeszcze nie porywamy. Ot, nasze 72 metry w niewielkiej, szeregowej, dwu-piętrowej zabudowie. I do tego z ogródkiem! Takim, w którym się zmieści i mała szopka na narzędzia, i huśtawka, i leżaczki i nawet trochę roślin, których postaram się nie uśmiercić. Nasze miejsce!

A najśmieszniejsze jest to, że Róża zamieszka na ulicy Różanej i na Różanym Osiedlu! Nikt jej nie będzie wierzył… 🙂

Osiedle dopiero się buduje. Będzie gotowe na Nowy Rok. Wiosną będziemy je wykańczać. Sporo więc mamy czasu, aby wszystko dobrze zaplanować. No… może nie aż tak sporo, bo już wczoraj musiałam elektrykowi pokazać wszystkie gniazdka i lampy, które się tam znajdą! Plan ogólny już więc musiał powstać.

W związku z tak dużym wydarzeniem i z faktem, że godzinami ślęczę teraz w internecie, poszukując inspiracji wnętrzarskich i przeglądając sklepy z meblami, będzie się pojawiało sporo postów, które postanowiłam zamknąć w serii „Projekt Nasze Miejsce”. Będą to przykłady zaczerpnięte z sieci i moje pomysły na zagospodarowanie tych naszych metrów kwadratowych. Ich zwieńczeniem, mam nadzieję, będzie wpis ze zdjęciami gotowego mieszkania, do którego się w końcu wprowadzimy!

Być może i Wam się te moje znaleziska i inspiracje przydadzą?

Będzie mi szalenie miło, jeśli będziecie uczestniczyć w urządzaniu mieszkania razem z nami!

Tymczasem – oto jak wygląda nasze nowe miejsce teraz…

 

W roli głównej: błotne maski Rapan Beauty

Powiedziała mi o nich koleżanka. Że dobrze robią jej buzi, żebym koniecznie spróbowała. Skusiłam się więc, bo jej ufam. Ale nie było łatwo…. od śluzu ślimaka, jak dobrze by o nim nie pisano, trzymałam się do tej pory z daleka. Bardzo daleka. A tu nie tylko śluz ślimaka mamy, ale i smoczą krew! I błoto z syberyjskiego jeziora… I równie dziwny owoc yuzu…

Spróbowalibyście?

Tak więc – spróbowałam. I dzisiaj w roli głównej mamy maski błotne maleńkiej polskiej marki Rapan Beauty z serii Power of Nature. Poznajcie je bliżej, bo warto!

Jak już wspominałam marka Rapan Beauty dopiero raczkuje. Napisała do mnie jej właścicielka, że sami sprowadzają glinki syberyjskie, błoto iłowo-siarczkowe oraz sól jeziorową prosto z syberyjskiego Jeziora Ostrovnoye, a potem tworzą z tego niezwykle w sumie egzotyczne kosmetyki, które powoli wprowadzają na rynek. Linia Power of Nature jest tą najbardziej skomplikowaną, bo każda maska ma w składzie „aż” po kilka różnych składników. W pozostałych możecie zakupić glinki, błoto i sól jako samodzielne produkty lub maski z jedynie olejem ze słodkich migdałów, jako dodatkiem. Osobiście cieszę się trafiły do mnie trzy mieszaniny – maseczka Rapan beauty Power of Nature Niebieska glinka + Smocza krew, maseczka Rapan beauty Intensive Care Power of Nature oraz maseczka Rapan beauty Power of Nature Żółta Glinka + Śluz ślimaka.

Przyjrzyjmy się składnikom, bo to one nadają im niezwykły charakter wyjątkowości. O śluzie ślimaka z pewnością już słyszeliście. Jego zadaniem jest zmiękczanie, zwiększanie elastyczności, wspomaganie regeneracji i usuwania blizn. Co to jest jednak ta cała smocza krew? To „ekstrakt z żywicy drzewa Croton Lechleri. Bogate źródło fenoli, fitosteroli i alkaloidów. Chroni włókna elastyny i kolagenu. Dzięki obecności taspiny działa przeciwzapalnie oraz przyspiesza procesy gojenia. Stymuluje odnowę naskórka i odmładza skórę.” W maskach znajdziemy także olejek z chińskiej cytryny yuzu („jest bogaty w ceramidy, będące naturalnymi odpowiednikami ceramidów II i IV tworzących strukturę warstwy rogowej naskórka, zapewnia odbudowę barierową zniszczonej i łuszczącej się skóry) oraz ekstrakt z owoców acai – („palmy występującej tylko w dzikich lasach deszczowych Amazonii – to bogate źródło polifenoli, kwasów Omega 6 i 9, witamin (głównie z grupy B) oraz mikroelementów. Wykazuje silne właściwości antyoksydacyjne”). Każdej masce odpowiednią konsystencję pasty nadaje olejek ze słodkich migdałów – bardzo łagodny olej, który od dawna sobie cenię.

Istotą jednak masek jest ziemia. A dokładniej syberyjskie glinki – niebieska i żółta oraz błoto iłowo-siarczkowe. Cerze tłustej i mieszanej poleca się glinkę  żółtą, suchej i mieszanej – niebieską. Mnie najbardziej urzekła natomiast maska różowa – do każdego rodzaju skóry. W niej to zmieszano mix peloidów z „syberyjskiego Morza Martwego”, czyli wszystko to, co wymieniłam. Muszę też zacytować producenta w kwestii samego błota – „niezależne badania potwierdziły, że zawiera 5 razy więcej przeciwutleniaczy niż błoto z arabskiego Morza Martwego. Pomaga w głębokim oczyszczaniu skóry, minimalizuje pojawianie się zmarszczek, kompleksowo rewitalizuje i przywraca skórze blask.”

I choć ta różowa najbardziej spodobała się mojej skórze, polecam Wam wszystkie maski. I wierzcie mi – jest to mocne polecenie, bo jakoś ostatnio z glinkami miałam na pieńku i od dawna ich nie używałam. Tutaj bardzo spodobało mi się to, że maska na twarzy długo pozostaje wilgotna – nie zamienia się w skorupę tak szybko jak inne maski, nie trzeba zwilżać jej dodatkowo wodą (chyba, że się człowiek zapomni i nieco za długo przytrzyma…). Do tego – maski przy okazji działają jak delikatny peeling, wystarczy lekko masować nimi skórę. Kiedy je zmyjemy, co nie jest łatwe, jak w przypadku wszystkich masek glinkowych, buzia jakby nagle mogła oddychać. Ja jeszcze ją tonizuję i nakładam odrobinę kremu nawilżającego. Cera staje się przyjemna w dotyku, chłonie ten krem chętnie, jest miękka i elastyczna. Maski doskonale pomagają oczyścić się z całodziennych zabrudzeń. Uwielbiam też to lekkie poczucie zmatowienia na mojej zbyt szybko przetłuszczającej się skórze.

No i faktycznie w składzie mamy jedynie kilka rzeczy – glinki i błota, olejek migdałowy i tych kilka ekstraktów. I koniec. Tyle. Cóż więcej trzeba?

Produkt więc mamy dobry. Bałam się, że te dziwne hasła typu śluz ślimaka, smocza krew i owoc yuzu, mają za zadanie jedynie przyciągnąć uwagę. Cóż, pewnie mają, ale teraz też wiem, że także dobrze działają. Problem widzę jednak gdzie indziej. Myślę, że ciężko będzie wypromować nawet dobry produkt, ale z całkowicie chybioną otoczką. Nie sięgnęłabym po żaden ze słoiczków w sklepie, etykiety są chaotyczne, niespójne, nieczytelne i zwyczajnie – nieładne. A je i kupuje się oczami. Mimo wszystko. Język angielski w niejasny sposób miesza się tu z polskim, a logo w żaden sposób nie budzi zaufania. Wręcz, niestety, przeciwnie. Zwyczajnie bałabym się sięgnąć po którąkolwiek z masek.

Niemniej jednak – same maski cud miód 🙂 Polecam!

Dostępne są w sklepie Cobest.

Noc spadających gwiazd

Fascynuje mnie zbliżająca się noc spadających gwiazd. Jest coś szalenie magicznego w wypatrywaniu perseidów, w całej tej niezwykłej, ciepłej, pachnącej, letniej nocy. W długich chwilach z głową uniesioną ku niebu.

Najbliższą sobotnią noc spędzę więc z przyjaciółmi, na wsi, tam, gdzie niebo nocą jest najciemniejsze. Licząc na łaskawą pogodę i moc wzruszeń.

Tego też Wam życzę z całego serca!

Jak się przygotować na deszcz perseidów? Ano tak, jak poniżej! Musi być roślinnie, wakacyjnie, ale też nieco tajemniczo, magicznie, ezoterycznie, trochę jakby z innego świata. Ze świata wyrwanego ze Snu nocy letniej! No… z dawką praktyczności! Oto więc, co dla Was znalazłam!

 

 

1. Biżuteryjne insekty – idealnie wpasują się w perseidową stylistykę! Przyciągają, co dziwne, zamiast odpychać! / Orska

2. Księżycowe kolczyki z nutą mistycznej tajemniczości / Parfois

3. Kupiłam tę kurtkę wiosną i jestem z niej szalenie zadowolona! Idealna, kolorowa, w sam raz ciepła na chłodniejsze już noce, kwiatowa parka. Bardzo polecam! / F&F

4. W taką noc labradoryty wydają się najlepszymi kamieniami. No, może jeszcze kamienie księżycowe, ale w nich jest za dużo jasności. Labradoryty migocą za to całkowicie niesamowitym, błękitnym blaskiem. Jakby wyciągniętym z wnętrza kosmosu. Jak ma być magia, to ma być magia! / Linni Lavrova

5. Kupiłam sobie te dwie pary butów na początku sezonu i jestem z nich ogromnie zadowolona! Nic tak nie pasuje do letnich nocy jak proste espadryle i takie to brudno-różowe tenisówko-trapki! / Renee

6. Na policzki dodajemy odrobinę połyskującego pudru rozświetlającego Star Dust od Lily Lolo! / Costasy

7. Jak tu nie lubić prostych, letnich sukienek? / Promod

8. „Świetlisty, zielony i dojrzały. Petales jest zarówno nostalgicznym hasaniem przez bogaty owocowy orient jak i kompozycją naturalną, nowoczesną, kwiatową.” / Lu Lua

9. Keep it real! No może trochę unreal też… / Stradivarius

10. Moon Flower – tonujący fluid Madara, idealny na lato / Matique

11. Prosto z letniego pola – Rumiankowa esencja micelarna Polny Warkocz / BliskoNatury.pl

12. Dream of Beauty… Wyciszająca nocna maska-krem – łagodzi podrażnienia, wygładza i regeneruje skórę / Alkemie

13. Standardowo – para dobrych dżinsów zawsze się przyda! / H&M

14. A może nieco bardziej klimatyczne spodnie będą lepsze? / H&M

15. Wieczorem, dla nastroju, zapalamy świecę Upalne lato / Hagi

16. A wszystko, co potrzebne, chowamy tu! / Miss Selfridge

Facebook