NapisałaAdriana Sadkiewicz

Kolory #2 arbuzowe lato

Czerwiec i ostatnie zmiany w Lili natchnęły mnie pastelowo. Umysł mój wciąż krąży wokół połączenia delikatnego różu z szarościami i bielami. Postanowiłam więc wykorzystać to w nowym wpisie modowo-kolorowym! Kolory połączyłam z mocno wakacyjnymi, nieco szalonymi, ale totalnie uroczymi dżinsami i soczystymi motywami arbuzowymi.

I mamy arbuzowe lato w szafie! W dwóch odsłonach!

 

 

Odsłona 1

  • Złoty naszyjnik z arbuzem W.KRUK / cena: 399 zł
  • Biały bieliźniany top Modström / cena: 229 zł
  • Satynowa różowa narzutka Promod / cena: 119,90 zł
  • Torba na ramię boho Miss Selfridge / cena: 209 zł
  • Dżinsy z naszywkami River Island / cena: 288,14 zł
  • Arbuzowy breloczek Promod / cena: 39,90 zł
  • Skórzane klapki Top Secret / cena: 79,90 zł

Odsłona 2

  • Komplet owocowych gumek do włosów Oysho / cena: 65,90 zł
  • Okulary przeciwsłoneczne Le Specs / cena: 249 zł
  • Asymetryczny top z falbaną Pull&Bear / cena: 69,90 zł
  • Dżinsy z naszywkami River Island / cena: 288,14 zł
  • Torebka w kształcie arbuza z rafii Oysho / cena: 149 zł
  • Super buty New Balance / cena: 299,99 zł

Idealny dzień

Jakie to szczęście, że od czasu do czasu, zdarza się dzień idealny!

Jak być może widzieliście już na Facebooku czy Instagramie, wybraliśmy się z moim mężem na kilkudniową wyprawę. Jej głównym celem były piątkowe warsztaty kosmetyczne w Giżycku podczas wyjazdu integracyjnego, dla pracowników jednej z firm. Przy okazji jednak postanowiliśmy zahaczyć wcześniej o Warszawę, a później zrobić sobie wolny dzień na Mazurach.

W Warszawie było przyjemnie, pozałatwialiśmy co mieliśmy pozałatwiać, spędziliśmy wspaniale czas z przyjaciółmi, warsztaty bardzo się udały i podobały. W końcu mogliśmy odetchnąć. O ile wcześniej mieliśmy wszystko zaplanowane co do godziny, sobota miała być po prostu wolna. Chcieliśmy sobie na spokojnie wszystko ogarnąć, w zależności od pogody i nastroju. Już samo to jest przyjemne, prawda?

No i stała się ta sobota dniem idealnym. Dniem słonecznym, ciepłym, spontanicznym. Rozpoczęła się późnym, leniwym śniadaniem. Potem skorzystaliśmy z rad naszej gospodyni i wybraliśmy się na cudowny spływ kajakami rzeką Krutynią. Jeśli kiedyś będziecie na Mazurach koniecznie wybierzcie się na kajaki! Wystarczy dojechać do miejscowości Krutyń i udać się do jednej z licznych firm, które te kajaki wypożyczają, zawożą na miejsce w którym spływ się zaczyna, a na końcu przywożą pod samochód. Niedrogo i wygodnie. A wrażenia nie do opisania. Rzeka jest przepiękna, dzika, pełna niespodzianek, ważek i dzikiego ptactwa. Pierwszy raz w życiu widziałam gniazdo łabędzi z całą łabędzią rodzinką. Płynie się z prądem, ale trzeba czasem mocno manewrować, aby nie wpłynąć na liczne przeszkody. Po drodze napotykamy nie tylko naturę w swej najczystszej postaci, ale także małe przystanie z knajpkami i restauracjami. Dla każdego coś miłego!

Po spływie wybraliśmy się do Mikołajek. Spróbowaliśmy pierwszy raz raków, które okazały się przepyszne! Zjedliśmy najlepsze pod słońcem gofry z bitą śmietaną i frużeliną wiśniową i te śmieszne nawijane na patyk ziemniaczki, przeszliśmy się po marinie i mocno już wakacyjnym deptaku. Dzień zakończyliśmy w „naszej” wsi, w małej przystani, w której tego dnia odbywał się kameralny koncert przy ognisku piosenek iście ogniskowych. Tuż przy jeziorze, pod gwiazdami, wsłuchani w łagodne dźwięki dwóch gitar, wpatrywaliśmy się przytuleni w ogień. Idealne zakończenie idealnego dnia.

Tak w ogóle to doszłam do może nie specjalnie odkrywczego wniosku, że małżeństwa powinny od czasu do czasu, choć na chwilę wyjeżdżać gdzieś same. Bez dzieci/dziecka/psa, bez spraw do załatwienia. Żeby choć na jeden dzień poczuć się jak kiedyś. Żeby przekonać się, że świetnie nam razem idzie nawigacja kajakiem, że możemy rozmawiać o wszystkim i śmiać się z tylko nam znanych rzeczy, że sprawia nam przyjemność wspólny leniwy dzień, że potrafimy kończyć za siebie zdania, bujając się na ławce na brzegu jeziora, popijając lokalne piwko i wpatrując się w zachód słońca.

Potem to już nawet do tej rzeczywistości można wracać.

(Niestety nie robiłam za dużo zdjęć… teraz oczywiście żałuję, ale wtedy wolałam jakoś tak bardziej na żywo przeżywać 😀 )

Sezon ogórkowy

No i nadszedł nam piękny czerwiec. Wybujał niespodzianie, wypełnił mnie całkowicie zapachem akacji i jaśminów. I niesie mnie ten zapach, wyprowadza z domu w co drugi wieczór i pozwala biec. I biegnę. I zapominam o całym bożym świecie. I dobrze mi, bo i zdrowe to, i pozwala zresetować umysł, i figura jakaś taka znośniejsza się robi 🙂 Czasem, jak biegam, zamykam na chwilę oczy i chłonę dźwięki i zapachy. Kiedy indziej wpatruję się w niebo przez dłuższą chwilę (spokojnie, tam gdzie nic mnie nie przejedzie!). Albo zaglądam do mijanych ogródków, w okna domów, podglądam przez krótką chwilę inne życia. I biegnę dalej. Coraz dalej.

Uwielbiam to!

Ale nie samym bieganiem czerwiec stoi. I o tym miał być ten post. Zaczął się bowiem sezon ogórkowy w Lili, ten metaforyczny oczywiście. Oznacza to, że cała masa pomysłów, które siedzą sobie w kolejce gdzieś w mojej głowie, nie może doczekać się realizacji. Co rusz wypada mi bowiem coś innego, co zrobione być musi. Są to na szczęście same szalenie interesujące projekty, nad którymi „siedzenie” sprawia mi masę przyjemności, a którymi, mam nadzieję, będę się z Wami za czas jakiś dzielić. Do tego jutro wybieramy się z mężem moim, który przyjmuje rolę kierowcy i asystenta, na Mazury, na warsztaty. Za tydzień wypada długi weekend, kiedy to chcemy zrobić sobie krótki wypad w góry. Potem może uda się wyskoczyć na wakacje. Sami widzicie – sezon ogórkowy w pełni.

I to też uwielbiam!

Ale zaglądajcie, proszę, tu od czasu do czasu, bo ja bez tej mojej Lili to za długo nie mogę wytrzymać! No i tyle rzeczy czeka na pokazanie…

Uwielbiam czerwce!

Zauroczona: Raphaëlle Martin / Canicule

Powiem Wam, że ogromnie marzy mi się w naszym przyszłym mieszkaniu (tak! W końcu planujemy zakup!), obraz lub zdjęcie, dosyć sporych rozmiarów, przedstawiające te hipnotyzujące odcienie letniego morza. Już Wam nawet podsyłałam coś niecoś w tym stylu – przepiękne zdjęcia Maxa Wangera. Tym razem zauroczyły mnie całkowicie dzieła innego utalentowanego artysty – Raphaëlle Martina!

Stworzył on piękną serię Canicule, z której wakacyjny żar aż się wylewa. Uwielbiam kolory każdego z obrazów, ich letnią energię! Choć lepiej powiedzieć, ten bijący brak energii, ten lejący się upał, tę potrzebę zanurzenia się w chłodnej wodzie. Niesamowite – są to tak proste kadry, a tak bardzo sugestywne!

Sam autor pisze:

„Lato 2013 było okrutnie gorące. Całkowicie brakowało powietrza i za każdym razem, kiedy wychodziłem na zewnątrz, czułem się jakbym wstępował do sauny (większość ludzi lubi odwiedzać sany, ja nie!).

Spędziłam prawie cały tydzień zamknięty w moim pokoju, popijając wodę i zastanawiając się, czy te upały nie do zniesienia kiedyś się skończą. Po kilku dniach zacząłem marzyć o turkusowym morzu i stworzyłem tę serię, razem z kilkoma innymi.

Przetrwałem lato. Zaczęła się zima i mrozy, a ja modliłem się tylko o szybki powrót lata.”

Cóż więcej dodać… Podziwiajcie i zachwycajcie się!

Polecam stronę Raphaëlle Martin / a wydruki prac dostępne są na Society6

 

 

 

Nowa identyfikacja Lili

Zmiany, zmiany, zmiany!

Niedawny moodboard (TUTAJ) już je sygnalizował. Cóż, nadszedł bowiem najwyższy na nie czas. Przedstawiam Wam niniejszym nową identyfikację wizualną Lili!

Zależało mi, aby w pełni odzwierciedlała mnie, dosyć mocno nawiązywała do tego, co już było, ale jednocześnie wniosła powiew świeżości w blogowe karty. Chciałam aby było subtelnie, kobieco, mocno botanicznie. Będą się więc pojawiały szarości i róże, będą złote elementy i będzie sporo moich ukochanych roślinnych rycin.

Poniżej nowe logotypy! Ten główny i te pomocnicze, skrótowe, monogramowe. Do użycia w druku, w postach, w moich pracach i kreacjach czy w różnych akcjach, które będę organizować.

 

Marzył mi  się od dawna logotyp z elementem hand writing’u czyli takim całkowicie moim „lili”. Rysowałam i rysowałam więc sporo tych lilijek, aż w końcu narysowałam taką, która już ze mną pozostała. Przerysowałam ją sobie w Illustratorze i od dzisiaj to ona będzie Was witać na blogu!

Czasami mam nastrój swojski, taki polski, domowy, kiedy to najbardziej podobają mi się kwiaty bliskie, głównie róże nasze, te dzikie to już najbardziej. Kiedy indziej znowuż mam ochotę szaleć, bawić się kolorami, tańczyć, śpiewać i wybierać wszystko co, co odległe, tropikalne, pełne soczystych barw. Dlatego też postanowiłam otworzyć się na elementy botaniczne z całego świata! Będę Was nimi od czasu do czasu raczyć! Będę wynajdować te najpiękniejsze i umieszczać w moich blogowych postach!

Poniżej mały wgląd w proces twórczy!

 

Na koniec, kilka zastosowań nowej identyfikacji!

Prosta i skuteczna punktowa pasta na niedoskonałości

Mam dzisiaj dla Was kolejny bardzo prosty, a genialny wręcz przepis! Zrobimy bowiem coś, co niestety wielu z nas może się bardzo przydać – punktową pastę na niedoskonałości! A dokładniej na wszelkie przykre niespodzianki, które od czasu do czasu serwuje nam cera. Pasta skutecznie je niweluje, wysusza, goi, widocznie zmniejsza, a jednocześnie łagodzi podrażnioną skórę.

Co w niej znajdziemy? Samo dobro! Po pierwsze całą masę uzdrawiającego, cudownie kojącego aloesu. Do niego dodałam tlenek cynku – to on nadaje tę białą konsystencję pasty, tworzy rodzaj maści cynkowej. Jest to bardzo delikatny proszek, słynący ze swoich właściwości gojących i przeciwzapalnych. Stanowi też naturalny filtr przeciwsłoneczny. Poleca się go w leczeniu trądziku, różnego rodzaju wysypek i stanów zapalnych skóry. Całość uzupełniłam jeszcze odrobiną oleju z czarnego kminu, czyli z tak lubianej przeze mnie czarnuszki o działaniu przeciwzapalnym i regenerującym oraz antybakteryjnego i przeciwgrzybicznego olejku z drzewa herbacianego.

I tyle! Cztery naturalne, bardzo skuteczne składniki, które razem stworzyły skuteczną broń w codziennej walce o piękną skórę.

Ach, muszę dodać, że wykorzystałam tutaj żel aloesowy 98% Equilibra, dostępny w aptekach. Posiada on już odrobinę środków konserwujących. Bardzo go polecam, bo świetnie sprawdza się zarówno samodzielnie, jak i dodatek do innych kosmetyków.

Punktowa pasta na niedoskonałości

Składniki:

  • 10 ml żelu aloesowego (użyłam Equilibra)
  • 5 ml tlenku cynku (ZielonyKlub.pl)
  • 2,5 ml oleju z czarnego kminu / czarnuszki
  • 10 kropelek olejku z drzewa herbacianego

Do przygotowania pasty użyłam łyżeczek miarowych, dlatego też ilość tlenku cynku podałam w mililitrach. Wszystkie składniki ucieramy na pastę o jednolitej konsystencji. Przekładamy do wyparzonego słoiczka.

Pastę nakładamy punktowo na zmienione miejsca, jedynie bardzo cienką jej warstwę. Można ją nakładać kilka razy dziennie lub na noc, na oczyszczoną skórę.

 

Facebook