Domowy miętowy tonik odświeżający

Już jakiś czas temu odkryłam jak świetnie na skórę działa mięta. Jak ją orzeźwia, jakby dodawała energii. Uwielbiam kosmetyki z dodatkiem olejku miętowego! Kiedy więc skończył mi się tonik, sięgnęłam po miętę w jej bardziej tradycyjnym wydaniu – suszoną, w torebkach do zaparzania!

Bardzo polecam Wam dzisiejszy tonik! Z kilku powodów. Po pierwsze, jest prościutki w wykonaniu, robi się go raptem chwilę. Co jest o tyle istotne, że nie tworzymy go w dużych ilościach, musimy więc cały proces twórczy dosyć często powtarzać. Poza tym składa się raptem z trzech ogólnodostępnych składników (no… z wodą to z czterech), które mają zbawienny wpływ na skórę. Mamy więc napar miętowy połączony z pełnym witamin, odżywczym, regenerującym miodem i kwaśnym (a tej kwasoty skórze trzeba!), zmiękczającym octem jabłkowym. Musimy tu jednak pamiętać, aby zadbać o odpowiednią jakość produktów – wybieramy dobry miód i prawdziwy, trochę mętny, ekologiczny ocet jabłkowy.

Tonik wspaniale odświeża skórę, dodaje jej blasku i genialnie tonizuje. Poprawia jej kondycję, koi i łagodzi podrażnienia. Pomaga się jej zregenerować. Bardzo polecam zwłaszcza do cery poszarzałej, zmęczonej i problematycznej, jestem jednak pewna, że każda skóra go polubi. Bo skóra lubi prostotę, naturalność, miętę, miód i ocet!

Domowy miętowy tonik odświeżający

Składniki:

  • torebka mięty do zaparzania
  • wrzątek
  • łyżeczka dobrego miodu
  • 15 ml octu jabłkowego ekologicznego

W kubeczku zalewamy miętę wrzątkiem i odkładamy do zaparzenia i ostudzenia. Do szklanki przelewamy około 80 ml naparu, ocet oraz dodajemy miód. Całość dokładnie mieszamy i przelewamy do butelki o pojemności 100 ml. Nie tworzymy od razu większych ilości, tonik bowiem musimy wykorzystać do tygodnia i najlepiej przechowywać w lodówce.

Tonikiem na waciku przemywamy twarz rano i wieczorem przed nałożeniem kremu.

 

 

Uwolnij w sobie wiosnę

Wiosna to nie tylko pora roku. Wiosna to stan ducha. Oczywiście jak najbardziej połączony z panująca aurą. Kiedy bowiem tylko nadchodzi ta magiczna równonoc, kiedy ciemność zaczyna powoli oddawać swe władanie ciepłej jasności, kiedy do życia budzi się świat, budzę się i ja. Odżywam i nabieram nowej, dobrej, wypełniającej mnie po same końcówki moich wymęczonych czapkami włosów energii. I nie jest mi straszne wiosenne przesilenie, no bo jak tu upadać na nastroju, kiedy w końcu można głęboko oddychać i wyciągać wysoko do słońca twarz?

Chciałabym więc podzielić się z Wami tą wiosenną radością. Może nie odkryję niczego nowego, może nie nauczę Was, jak być szczęśliwym, ale mogę rzucić Wam wyzwanie!

Uwolnijcie w sobie wiosnę! Czerpcie z niej ile się da. Nie przegapcie jej. Zasypiajcie spokojnie i budźcie się z uśmiechem. Zatracajcie się w wiośnie, doświadczajcie jej, przeżywajcie wciąż na nowo. I nie wykręcajcie się brakiem czasu czy zmęczeniem. Nie oczekuję od Was pełnego poświęcenia. Chwili, ledwie chwili, co jakiś czas. Czy warto? Sami ocenicie latem, hmm?

Uwolnij wiosenną uważność

Modne ostatnio zrobiło się to słowo – uważność. Co rusz natykam się na nie w internecie. I dostrzegam w uważności ogromną wartość. Bardzo niedocenianą, rzadko dostrzeganą. Chciałabym więc zaproponować Wam moją małą jej wersję, ot taką lili-wiosenną-uważność. Poświęćcie jej dosłownie dwie minutki każdego dnia. Albo od tych dwóch minutek chociaż zacznijcie, bo coś czuję, że na tym się nie skończy.

Zaczynamy więc uwalnianie wiosny pierwszy zadaniem!

Zadanie 1

Przypomnij sobie jedno miejsce, w którym wiosną dzieje się prawdziwa magia – rozkwitają wiosenne kwiaty lub po prostu – liście. Może to być miejsce bardzo blisko domu, po drodze do pracy, przy pobliskim sklepie spożywczym. Może pod Twoim blokiem, tuż pod żywopłotem, co roku rozkwita kilka fiołków? Może przy bramie przedszkola Twojego dziecka znajduje się niewielki krzew mirabelkowy, który zalewa się białym kwieciem? Może masz za domem starą jabłonkę, na którą na co dzień przestałaś zwracać uwagę? Poświęć temu miejscu codziennie krótką chwilę. Zatrzymaj się przy nim w codziennym biegu i sprawdź, jak mają się „Twoje” roślinki dzisiaj. Przywitaj je uśmiechem, rzuć im na odchodne „to cześć, do jutra”. Zaadoptuj je, tak na niby, w swoim sercu. Obserwuj jak powoli z ziemi wygrzebują się nowe pędy fiołków, jak rozwijają liście, jak pojawiają się pączki, a w końcu, jak powoli otwierają się te jedne z najpiękniejszych kwiatów (piszę o fiołkach, bo sama je od jakiegoś czasu pod domem obserwuję i czekam na kwiaty z wytęsknieniem). A potem zerwij (tak, nie bójmy się tego słowa!) jeden z nich i wypełnij się cała tym słodkim, tak ulotnym zapachem. Poświęć fiołkom tę chwilę – zaraz ich nie będzie!

 

Uwolnij przestrzeń

Równie popularnym słowem jak „uważność”, stał się „minimalizm”. Sama jestem całkowitą odwrotnością minimalizmu, lubię otaczać się rzeczami. Lubię się z nimi zaprzyjaźniać, lubię to, że dzięki nim dom jest przytulny, oswojony i nasz. Wiem jednak dobrze, że w życiu potrzebna jest przestrzeń. Że uwalnianie się od rzeczy, pozwala zachować higienę umysłu, otworzyć się na świat, nabrać dobrej energii. Cóż, pozwala też po prostu zrobić miejsce na nowe rzeczy!

Zadanie 2

Rozejrzyj się dookoła siebie w domu. Otwórz szafę z ubraniami, szafkę z kosmetykami w łazience i tę z rozlicznymi przydasiami w kuchni. Wybierz na początek po dwie rzeczy z każdego pomieszczenia, które całkowicie wsiąkły w codzienny krajobraz, które przestałaś dostrzegać, a i one przestały być w jakikolwiek sposób niezbędne. Jestem pewna, że znajdziesz w łazienkowej szafce masę kosmetyków, które zostawiłaś na kiedyś, które straciły przydatność do użycia, lakiery do paznokci w bardziej zwariowanych kolorach, które już dawno zaschły, resztki perfum w pięknych buteleczkach, cienie do powiek, które czekają na wyjątkową okazję, a których nie używałaś od co najmniej roku. Wyrzuć je! To nawet nie wymaga robienia gruntownych porządków, choć i te na wiosnę pozwalają lepiej żyć. Po prostu wyrzuć kilka rzeczy, oddaj je komuś, wyłóż koło śmietnika, aby ktoś inny mógł je zaadoptować. Odetchnij głęboko!

Zadanie 3

Wymyj okna, wypierz firanki. Tak wiem, to banalne… I tak każdy to robi… I tak czekacie na jakiś słoneczny weekend… Ale na pewno znacie to uczucie niezwykle przyjemnej wiosennej jasności, która opanowuje dom zaraz po zawieszeniu świeżych firanek!

 

Uwolnij kreatywność

Nie masz na nią czasu? Nie masz na nią pomysłu? Nie masz do niej serca? No i po co Ci kreatywność na co dzień? Ano po to, że kreatywność pozwala rozpalić w sobie pasję, a pasja jest jedną z tych cegiełek, które czynią nasze życie pełniejszym i lepszym. Kreatywność dodaje skrzydeł, motywuje do działania, odkrywa ukryte głęboko talenty, o których nie mieliśmy pojęcia. A jak dobrze pewnie wiecie, kreatywność to taka niesamowita cecha, która nakręca się sama – rozpalamy ją malutką iskierką, a ona wzrasta i rośnie i rośnie i nagle okazuje się, że jesteśmy niezwykle kreatywni. Możemy się jej nauczyć, wystarczy chcieć.

Zadanie 4

Poświęć kreatywności jeden wieczór w tygodniu. Kiedy masz już spokój, dzieci zasną, kiedy zakończyłaś codzienne zadania. W wersji minimum, sięgnij po swój komputer, otul się w kocyk, nalej sobie dobrego wina lub równie dobrej herbatki i rozpocznij swój „wieczór kreatywności” odpalając Pinteresta. A potem pozwól mu się prowadzić, odkrywaj piękne rzeczy i pomysły DIY, klikaj na zdjęcia i zaglądaj pod nie, na podobne. Twórz własne tablice inspiracji. Jestem pewna, że w końcu przyjdzie ten moment, w którym zapragniesz sama coś wykombinować. Może na Wielkanoc? Może zrobisz coś wyjątkowego dla dziecka? Może dla siebie?

Wersja bardziej zaangażowana tego zadania zakłada zamknięcie się w kuchni lub przy stole w pokoju i kombinowanie. Takie wiecie – totalnie abstrakcyjne. Kierujcie się własną intuicją. Możecie oczywiście korzystać z gotowych przepisów lub instrukcji, ale dajcie się ponieść wyobraźni i stwórzcie coś nowego. Co? Ugotujcie coś, na co miałyście ochotę od dawna, wykorzystajcie nowy produkt. Zróbcie kosmetyk, na przykład według któregoś lili-przepisu (nie, nie musicie od razu inwestować w masę dziwnych półproduktów, wybierzcie taki przepis, którego składniki znajdziecie we własnej kuchni), stwórzcie dekorację wielkanocnego stołu, coś ekstra do pokoju dziecka czy ot, na ścianę (polecam tamborki!). Przygotujcie prezent dla kogoś bliskiego. Nauczcie się szyć, haftować, malować lub oswójcie nowy program graficzny. Możliwości jest milion! Tylko się zmobilizujcie i zacznijcie!

 

Otwórz się na nowe

Chodzi tu o to słynne wychodzenie ze strefy komfortu. Nie nalegam, aby od razu czynić milowe kroki. Wierzę jednak, że nawet małe przełamywanie się w sobie i otwieranie na nowości, pozwala nam na ciągły rozwój, a bez rozwoju popadamy w stagnację i mierność. A nie chcemy przecież, aby kolejna wiosna minęła nam niepostrzeżenie i zupełnie nic nowego nie wniosła, prawda?

Zadanie 5

Nie zaczynaj od wielkich rewolucji, skup się na małych krokach. Wybierz jedną z poniższych propozycji i działaj!

  • Wypróbuj nowe smaki, nową potrawę, której nigdy nie jadłaś. Odkryj małe, ale nowe kulinarne doznania.
  • Przejdź się do pobliskiej drogerii i wybierz sobie szminkę w kolorze, który zawsze wydawał Ci się za mocny lub przeciwnie – zbyt prosty, dziewczęcy. Noś ją na co dzień, nawet wychodząc z domu jedynie do pobliskiego spożywczaka.
  • Zdecyduj się na nową fryzurę lub choćby małą zmianę – skróć włosy, dodaj grzywkę, zmień kolor.
  • Zaproś do kina kogoś, kto się tego nie spodziewa.
  • Uśmiechnij się do przechodzących z naprzeciwka ludzi, obserwuj ich reakcje.
  • Przełam się modowo – nie nosiłaś sukienek? Zacznij! Zawsze marzyłaś o skórzanej ramonesce – kup ją w końcu! Unikasz kolorów – dodaj kolorowe choćby akcenty do ubrania!
  • Zmień coś w domu – ustawienie mebli, zmień zasłony, przywieś coś na ścianę, dołóż kolorowe poduszki na kanapę.
  • Wybierz się na ciekawe warsztaty lub zapisz się na kurs online, zacznij słuchać podcastów, włącz interesujący webinar.
  • Stwórz sobie własną „nowość” z którą będziesz się dobrze czuła i go get it girl!

 

Pozwól sobie

Często sobie po prostu nie pozwalamy. Nie tylko na przyjemności, na chwilę dla siebie, ale także na moment słabości, na płacz, na smutek.  Pozwól sobie na emocje, uwolnij je. Tłamszone, zamknięte głęboko – wyniszczają. A my chcemy przywitać wiosnę wesołe i spokojne! I koniecznie – pozwalaj sobie na wspomniane już przyjemności! Nagradzaj się, komplementuj, przyjmuj komplementy i dobrą energię od innych. Sprawiaj radość sobie i swoim bliskim.

Zadanie 6

Skupiamy się na pozwalaniu sobie na przyjemności. Tak jednak jest milej! A poza tym,  zadanie wcale nie jest zadaniem! Ot, po prostu – pozwalaj sobie od czasu do czasu na to, co sprawia, że się uśmiechasz. Zjedz tego pączka! Kup sobie kolejną bluzkę, pójdź pobiegać lub potańczyć, umów się do kina, zrób sobie wolny dzień i spędź go tak, jak tylko masz ochotę, wsiądź w samochód i wyjedź gdzieś na trochę. Te nieraz krótkie chwile przyjemności składają się na szczęście. Pozwól sobie na nie koniecznie, nie kajaj się w duchu, nie miej wyrzutów sumienia, że nie wykonałaś zadania nr 3 (mycie okien), a za to leżysz na balkonie w leżaczku i łapiesz pierwsze ciepłe promienie słońca. Czasem trzeba! (Okna też trzeba umyć, ale zawsze można później!)

Dużo tego? Tak się tylko wydaje! Mam nadzieję bowiem, że tych kilka sugestii wtopi się w codzienność. I że wiosna stanie się nagle piękniejsza, pełniejsza i taka… prawdziwa. Że ją dostrzeżemy, że nam nie umknie. W końcu zaraz przecież już lato!

Zapisz

Miętowy rowerek

Ach… marzy mi się taki rowerek miętowy… Na wiosnę, na lato i na jesień też. I wierzcie mi, że dla niego porzuciłabym komunikacje miejską i pedałowała dzielnie gdzie popadnie. I mogłabym ubierać się stosownie do mojego rowerka – kolorowo, pastelowo, fantazyjnie. I wszystko by pasowało! I jeździłabym nim do miasta, na przejażdżki, do parku, po świeże bułeczki i nowalijki, do snów na kawkę, w chmury i za tęczę. Bo on tam właśnie najbardziej pasuje!

Jej… czemuż to, ach czemu ja ten rowerek znalazłam? Teraz tylko siedzieć i o nim marzyć….

 

1. Cudny rower Miętówka / PolkaBikes

2. Miętowa chustka z kwiatami / Parfois

3. Okulary z ozdobami / Uterque

4. Plecak Habana / Parfois

5. Kwiatowe kolorowe kolczyki / Mango

6. Kalosze Grey Kiki / Tom Joule

7. Kurtka przeciwdeszczowa GOLIGHTLY / Tom Joule

Zdjęcie vintage – Cyclechic

DIY Kosmiczne mydełka

Zabieram Was dzisiaj w daleką podróż! Polecimy w kosmos, odwiedzimy mgławicę Lili! A to wszystko za sprawą cudnych mydełek!

Kiedy tylko zobaczyłam w internecie coś podobnego, wiedziałam, że i sama je zrobię! I Wam bardzo polecam stworzenie tych magicznych, kosmicznych mydełek. Wyglądają obłędnie, a robi się je doprawdy niezwykle prosto!

Kosmiczne mydełka

Składniki:

  • Szczypta fantazji i dobrego humoru
  • dowolne foremki
  • mydlana baza glicerynowa – ilość dopasowana do wielkości foremek
  • „kosmiczne” barwniki do mydeł – ja użyłam dwóch odcieni niebieskiego, fioletowy, zielony i czerwony
  • brokat – użyłam Arctic Silver Glitter z Kolorowka.com
  • ulubiony olejek eteryczny lub zapachowy – użyłam cudne mango z ZielonyKlub.pl
  • opcjonalnie – alkohol izopropylowy w spryskiwaczu

Jak już skompletujemy wszystkie składniki, zwłaszcza dobry humor, zabieramy się do działania!

  1. Szacujemy ilość potrzebnej nam bazy mydlanej do wielkości foremek. Bazę kroimy na kostkę mniej więcej 2×2 cm. Przekładamy ją po równo do tylu ceramicznych miseczek, ile mamy barwników w „kosmicznych kolorach” lub według naszych preferencji – jeżeli zależy nam, aby dominował kolor fioletowy, w tej jednej z miseczek musi się znaleźć najwięcej bazy.
  2. Wkładamy pierwszą miseczkę do kąpieli wodnej lub mikrofali. Czekamy aż baza się roztopi, ale nie dopuszczamy do wrzenia (w mikrofali krótka chwilka). Wyciągamy miseczkę i sprawnie dolewamy do niej nieco olejku zapachowego ( u mnie po kilka kropli na kolor – intensywność zapachu musi nam odpowiadać), kilka kropelek barwnika (zazwyczaj wystarczy niewielka jego ilość, aby zabarwić bazę, kolor dopasowujemy do własnych potrzeb – jeśli uznamy, że jest za mało kolorowy – dodajemy kolejną kropelkę barwnika) oraz dosypujemy brokat (jego ilość także dopasowujemy do potrzeb – ja dodawałam około pół łyżeczki na kolor). Całość szybko mieszamy i przelewamy do przygotowanych foremek małą ilość – tak, aby utworzyć jedynie „plamę” koloru na spodzie. Odstawiamy resztę mydła – wykorzystamy ją do kolejnych warstw.
  3. Tak samo przygotowujemy kolejne kolory mydła i po kolei przelewamy do foremek, aby stworzyć nieregularne warstwy. Będą na bieżąco twardnieć. Warto spryskiwać je na bieżąco delikatnie alkoholem izopropylowym, który zapobiega powstawaniu bąbelków.
  4. Jeśli któryś z odstawionych na chwilę w miseczce kolorów stwardnieje – ponownie roztapiamy go w mikrofali lub kąpieli wodnej i przelewamy do foremek.
  5. Ostatnią warstwę warto wylać w całości, jednolicie, aby spód mydełek był gładki.
  6. Tak przygotowane mydełka odstawiamy na godzinę do całkowitego stwardnienia.
  7. Mydełka wyciągamy w foremek i cieszymy się nimi! Jeśli są przygotowane na prezent lub do późniejszego wykorzystania, obwijamy je folią spożywczą.

Proste, prawda?

A skoro już jesteśmy w kosmosie, przygotowałam Wam też księżycowy konkurs!

Zapraszam na —> Facebook!

Nie przegapcie – mam dla Was cudowną księżycową biżuterię z muszli (sama noszę te księżyce i uwielbiam!).

 

Wypróbuj inne Lili przepisy na kosmetyki! Zobacz, jak ich wiele i jakie to proste

–> LILI PRZEPISY

Zorganizuj Warsztaty Kosmetyki Naturalnej w swojej firmie!

—> LILI GARDEN

Zapisz

Zapisz

Sztuka mydlanego… pomysłu

Nie wystarczy robić dobre mydła. Nie teraz, kiedy rynek pełen jest dobrych mydeł. Kiedy coraz większą wartość ma staranne, ręczne wytwarzanie z dobrych, naturalnych produktów. Lubimy to, doceniamy produkty, cieszymy się my i nasza skóra na ich widok w łazience. Mimo to, nie wystarczy robić dobre mydła.

Aby te mydła sprzedać, muszą mieć bowiem pewną wartość dodaną. Coś, co je wyróżni z tej całej, mydlanej masy, a na co tak mało producentów zwraca uwagę. Co to może być?

Podstawą jest oczywiście dobry produkt. Bez tego ani rusz. Bo jeśli już skłonimy klienta do wyboru naszego mydła, a ono mu się nie spodoba, to doprawdy staranie o jego powrót do naszej marki będzie niezwykle pracochłonne. Jeśli już jednak dysponujemy wspaniałym, sprawdzonym, pieczołowicie opracowanym produktem, musimy dodać do niego pomysł, tę wspomnianą powyżej wartość dodaną, czyli coś, co na tyle zaintryguje klienta, że to właśnie po nasz produkt sięgnie.

I może to być historia stojąca za marką, wyjątkowa jej komunikacja, misja czy wizerunek. Może to być oryginalny pomysł na samo mydło – na jego kształt, kolor, wielkość, szczególne dodatki. Może to być sposób jego prezentacji, piękne zdjęcia, niezwykłe grafiki. Może to być w końcu opakowanie, które nie zawsze jest doceniane, ale to ono właśnie w dużej mierze wpływa na nasze zachowania i decyzje konsumenckie.

Mam dla Was kilka przykładów mydeł, na które zwróciłam szczególną uwagę w ostatnim czasie. Nie znam ich niestety w większości osobiście, nie używałam ich, nie przyglądałam się składom. Po każde jednak chętnie sięgnęłabym w sklepie. Każde z nich ma właśnie to wyjątkowe „coś”.

Ministerstwo Dobrego Mydła

Zaczniemy od niewątpliwej gwiazdy naszego krajowego rynku mydlarskiego – Ministerstwa Dobrego Mydła. Dziewczyny stworzyły swoja markę w tak idealnie wyszukany, choć na pierwszy rzut oka niezwykle prosty sposób. Ta prostota i spójność urzekają. Mamy tu w dodatku genialną komunikację z klientami w social media i niezwykłą historię stojąca za marką, która opowiadana jest często i konsekwentnie. Do całości dodamy modny, zachodni sposób prezentacji mydeł, który dokładnie wpasowuje się w wizerunek samej marki i aż chce się je zamawiać! / Ministerstwo Dobrego Mydła

(Hibiskus z pierwszego zdjęcia jest zachwycający!)

Hagi Cosmetics

Kolejna polska manufaktura, o której warto wspomnieć. Z przyjemnością obserwuję jej rozwój, ekspansję do coraz większej ilości sklepów i kolejne świetne produkty. Opakowania mydeł są całkowicie w moim stylu, nie mogło ich więc tu zabraknąć. / Hagi

 

Monsillage

Jako wielbicielka ciekawych wzorów, a już najbardziej roślinnych i zwierzęcych motywów ze starych rycin, sięgnęłabym po mydła tak zapakowane bez najmniejszych oporów. Poza tym świetny pomysł na samą prezentację mydeł! / Monsillage

Herbivore

Kolejny przykład na to, że w prostocie tkwi piękno! Doceniam ją równie mocno, jak zachwycające, barkowe nieraz wzory. Ważne, aby w tej prostocie tkwiła pewna spójna myśl i aby w pełni odzwierciedlała ona równie czysty przekaz marki. / Herbivore

Artist Atelier

A może nadać mydłom nieco artystycznego twista? Czemu bowiem sztuka nie miałaby wkraczać do naszej łazienki? W dodatku zaklęta w tak modne, malarskie wzory z dodatkiem złota i pasteli! / Anthropologie

Cleanse By Hepzabeth

Mydełka czy czekoladki? W słodkim opakowaniu niczym bombonierka. I do tego ciekawie zabarwione – także przypominają dzieło artysty. Jestem zachwycona! Mogłabym je i podarować i równie chętnie – dostać. / Etsy

Mydła jak kamienie

Już je Wam pokazywałam, wiem. Ale przyznajcie, ze są naprawdę wyjątkowe! Tutaj w wersji Anthropologie, a poniżej…

A tu w wersji ze sklepu Leif. No, cuda!

Savon Stories

Kolejna marka, która idealnie trafiła w mój gust – opakowania zachwycają motywami roślinnymi, kolorami i etykietami w stylu starych mydlarni. Polecam zajrzeć także na stronę i się pozachwycać! / Savon Stories

 

Zador

Kolejny niezwykły pomysł. Węgierskie mydełka zapakowane trochę jakby w tapetowy papier z mocnymi złotymi wstawkami. Niczym niezwykle cenne drobiazgi albo czekoladki najwyższej jakości. Na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie wyjątkowości i produktu z wyższej, luksusowej półki. / Zador

 

Float

Niezwykły pomysł, który chyba niestety nie funkcjonuje w realnym życiu – pozostał na poziomie projektu (poprawcie mnie, jeśli się mylę). A ja zachwycona jestem kolejnym połączeniem sztuki z rzemiosłem, a jeszcze bardziej – koncepcją jakby przełożenia samych mydeł na opakowania. W ten sposób powstają produkty zabawne, intrygujące, ciekawe, ot – mydlarskie perełki. / koncept na The Dieline autorstwa Wang Min

Trevarno

Marka już dawno zwróciła na mnie swoją uwagę niesamowitymi opakowaniami, a dokładniej kolorowym szkłem, którego nie da się przeoczyć. Jest świetne! Bardzo też podoba mi się pawi motyw na mydłach! / Trevarno

 

Madara

No, czyż nie cuda? Czy nie sięgnęlibyście po te mydła od razu? I to i te w płynie i w kostce. Opakowania skradły moje serce, wszystko mi się tu podoba, wszystko jest niezwykle oryginalne, bardzo na czasie, pełne kolorów, a jednocześnie eleganckie i zachęcające do zakupu. / Matique

Vice & Velvet

Na koniec mydełka – chmurki, które już w Lili gościły. Czy trzeba dużo? Nie – trzeba znaleźć dobrą foremkę! Bo chmurki są niezwykle urocze i jestem pewna, że połowa czytających to kobiet i na pewno wszystkie dzieci z pewnością taką chmurkę chciałyby zobaczyć w łazience. / Etsy

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Co porabiam w marcu i trochę dobrej próżności

Wiosna zaczyna się bardzo przyjemnie. Jeszcze chwila i wybujają mi przed oknami wszystkie drzewa. Zamierzam podziwiać je z balkonu z kubkiem gorącej kawy i twarzą skąpaną w promieniach ciepłego słonka. Za to właśnie uwielbiam moje życie freelancera.

Nie to, żeby nie miało sporo wad, ale skupmy się na zaletach. I na tym, nad czym ostatnio pracuję! A dzieje się sporo, co mnie bardzo cieszy. Co rusz otwierają się jakieś małe, nowe drzwiczki. Niektóre ledwie się uchylają, inne otwarte są wręcz na oścież. A ja łapię tę drogi nowe i możliwości i staram się wykorzystać wszystkie jak najlepiej!

Co tam więc ciekawego porabiam? Otóż…

  • Bardzo mocno skupiam się ostatnio nad obłaskawianiem Illustratora. Powiem Wam, że jestem całkowicie, ogromnie, no… przeogromnie nim zachwycona! Uczę się online, ze słuchawkami w uszach, opatulona w ciepły kocyk, przeskakując co rusz z kolejnego filmiku do programu i odkrywając wciąż nowe możliwości. I tylko z ust, co jakiś czas, wydobywam dziwne dźwięki, które mają w pokraczny sposób wyartykułować mój zachwyt. I już nie mogę się doczekać, aż zacznę używać go na poważnie!
  • Równie ogromnie, jeśli nawet nie mocniej cieszę się z faktu, ze odkąd ruszyłam z moją nową warsztatową stroną, zauważam znaczny wzrost zapytań o organizację warsztatów kosmetyki naturalnej. Kalendarz więc powoli wypełniam, odpisuję na masę maili, tworzę nowe, ciekawe programy (ostatnio tworzyłam wyjątkowe doprawdy piwne warsztaty!) i uśmiecham się w duchu. Jeśli więc planujecie w swojej firmie spotkanie integracyjne, zajrzyjcie koniecznie na LiliGarden.pl!
  • Love my job! Bo jakże inaczej mogłabym określić moje marcowe zlecenie? Jestem bowiem w trakcie opracowywania menu zabiegowego dla małego gabinetu o profilu naturalnym. A musicie wiedzieć, że lubię to bardzo. Komponowanie wyjątkowych rytuałów, tworzenie atmosfery, kreowanie wizerunku, wymyślanie dedykowanych przepisów to stanowczo mój żywioł!
  • Cały też czas jestem z Wami na BliskoNatury.pl, gdzie mogę w pełni wyszaleć się graficznie przygotowując kolejne promocje, banerki, konkursy, newslettery, etc.
  • Regularnie porywa mnie Facebook. Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że trafiam tam na tak długo… służbowo. Tak to jest, jak się prowadzi na raz 3 fanpage!
  • Jestem w trakcie przenoszenia pewnego bloga na WordPress – tworzymy jego całkiem nowy wizerunek! Jak już będzie gotowy, jak wszystko będzie dopracowane według pomysłu mojego i autorki, z pewnością się pochwalę!
  • Jestem też tu oczywiście, z Wami, z głową pełną pomysłów, kolorów i wiosny. Zapowiada się kilka ciekawych współprac, kilka miłych spotkań, pojawią się nowe przepisy i masa inspiracji. Nie może Was w Lili zabraknąć! Poważnie też zastanawiam się nad wznowieniem Wiosennego Plebiscytu na Najlepsze Kosmetyki Naturalne! Jak myślicie?
  • Na koniec, choć w sumie to najważniejsze – staram się czerpać ile można z takiej naszej rodzinnej codzienności. W marcu mój mąż jest w domu, jakoś pod jego koniec lub na początku kwietnia będzie wyjeżdżał do pracy. Musimy więc korzystać na całego i w całym tym zamieszaniu znaleźć jak najwięcej czasu na siebie, na wspólne kawki/herbatki/śniadania/obiadki/spacery/tulania/wypady do przyjaciół/przyjmowanie przyjaciół i nasz wyjątkowy rytuał – wieczorne oglądanie Przyjaciół. 🙂
  • Ach! Zapisałam się jeszcze na kurs fotografii! Czas poznać w końcu jej tajniki i przestać używać wyłącznie automatu, prawda? 🙂

A przy tym wszystkim trzeba znaleźć choć minutkę, żeby przystanąć przy pobliskim krzaku i zapatrzeć się w jego pąki!

No dobra… czas na próżność… Ale nie mogę się powstrzymać! I nie jest to nic wielkiego, ot drobna refleksja, ale sprawiła wczoraj, że poczułam się bardzo dumna, że uśmiech zakwitł mi na twarzy od ucha do ucha, a pewność siebie wzrosła do znacznie wyższego poziomu niż na co dzień. Czemu? Tak po prostu zajrzałam na tę moją nową stronę- na LiliGarden.pl. Przyjrzałam się raz jeszcze dokładnie, zajrzałam do poszczególnych zakładek. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam ją sama, samiutka, że są tam wyłącznie moje zdjęcia (poza tymi, na których jestem ja) i że są super, że logo zrobiłam i resztę grafiki, że jest tam moja własna książka, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak chciałam.

I pomyślałam, że zdolna jestem. I to było dobre uczucie! Bo taka mała próżność jest w życiu potrzebna, czyż nie?

Facebook