Zauroczona: Anna Kara

Od zawsze mieszkam w Krakowie. Od lat przechodziłam obok salonu sukien ślubnych Anny Kary, zawsze podziwiałam, zawsze też zastanawiałam się, czemu salon nie przeniesie się w nasze krakowskie ślubne zagłębie – w okolice ulicy Piłsudskiego. A tu proszę – Facebook jakimś swoim dziwnym algorytmem postanowił mnie poinformować o przenosinach i otwarciu nowego miejsca – autorskiej galerii na Piłsudskiego właśnie. I może nie zwróciłabym na to większej uwagi, gdyby do postu nie były dołączone piękne zdjęcia wnętrza salonu. Zachwyciłam się, jak to ja, totalnie!

Jest tam bowiem zwyczajnie pięknie. Jest jasno, jest przytulnie, jest pomysł. Mamy tak modne skandynawskie elementy, mamy i południową oliwkę, mamy także równie modny motyw egzotyczny w postaci świetnie wkomponowanej tapety. No i oczywiście mamy ogromne lustro w wielką drewnianą ramą i miejscem do podziwiania. A wszystko pasuje do siebie idealnie.

Gdybym miała wybierać się z kimś na poszukiwanie sukien ślubnych, tam poszłabym od razu, w ciemno. I to nie tylko dla samej przyjemności podziwiania wnętrz. Suknie bowiem są doprawdy prześliczne!

Mam więc dziś dla Was trochę tych wnętrz i nieco sukien. Nacieszcie oczy teraz i koniecznie zajrzyjcie zobaczyć nową kolekcję – zapiera dech. Polecam Facebook i stronę Anna Kara.

(Zdjęcia – materiały prasowe marki)

Mamma Mia

Jeden z najpiękniejszych dni w roku – Dzień Matki, lada moment! Nie mogło więc i w Lili zabraknąć kilku inspiracji prezentowych z tej okazji.

Wyszukałam dla Was 12 drobiazgów, które z pewnością ucieszą niejedną Mamę! Oto one!

 

 

Od góry:

KOI Rich Cosmetics Serum dwufazowe – maksymalne nawilżenie przez cały dzień lub całą noc. Główne składniki: Witamina C i witamina A, kwas hialuronowy, olejek z rokitnika. / Showroom

Naszyjnik z akwamarynami i kuleczkami / Mokobelle

Doniczka ze wzorem liści Madam Stoltz / Live Beautifully

Kubeczek poprawiający nastrój / Kalva

Receptura 172 – WZMOCNIENIE – Nowość marki Make Me BIO, przeznaczona do cery naczynkowej, wrażliwej, suchej oraz dojrzałej / Make Me BIO

Skórzane etui na karty / Molehill

Tkana dekoracja ścienna Kilim All / Pakamera

Metropolitan Skin Guard LOTION – Miejski osłonowy lotion – intensywnie nawilżający krem do twarzy w lekkiej formule, uszlachetniony składnikami filtrującymi zanieczyszczenia i wzmacniającymi barierę ochronną skóry / Alba 1913

Uroczy, unikatowy talerzyk JAD / Cloudmine

Szal Jedwabny Desert Flower Petite Folie / Pakamera

Kosmetyczka Braid / Parfois

Hagi – Świeca sojowa (butla) – Orient Express / BliskoNatury.pl

Biofficina Toscana – najlepszy rytuał dla włosów

Należę do osób mocno sceptycznych w temacie pielęgnacji włosów. Nie mam bowiem z nimi lekko – jest ich bardzo dużo, są grube i problematyczne. Wiele naturalnych produktów dostępnych na rynku po prostu sobie z nimi nie poradziło lub, najzwyczajniej w świecie, zabrakło mi cierpliwości do ich stosowania. Jakaż więc była moja radość po odkryciu kosmetyków, które dzisiaj goszczą w Lili jako nasze gwiazdy!

Wierzcie mi lub nie, ale dla mnie to prawdziwa rewolucja w pielęgnacji włosów!

A wszystko dzięki marce Biofficina Toscana. Znam ją już od dłuższego czasu, choć przyznam, że nie poznałam jej na tyle dobrze, na ile faktycznie zasługuje. Jest to włoska marka, powstała 2010 roku, jak to zwykle bywa – z pasji dwóch kobiet. Ogromnie podoba mi się zasada „0 km”, którą obie panie przyjęły na początku swojej działalności, a która zakłada wykorzystanie wyłącznie lokalnych produktów. Umożliwia nam to korzystanie z tego co najlepsze w magicznej Toskanii! Co ciekawe, marka zaczynała swoje funkcjonowanie od 10-metrowego warsztatu, ale tak prężnie i szybko się rozwinęła, że wymusiło to powstanie głównego centrum logistycznego do obsługi zamówień na rynki włoski i zagraniczne, a także dwóch lokalnych biur operacyjnych. Serdecznie gratuluję sukcesu, zwłaszcza, że kosmetyki są doprawdy genialne.

Ale przejdźmy do meritum. Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować zestaw, który idealnie sprawdził się w codziennej pielęgnacji moich włosów. Mowa o Oczyszczającym szamponie, Hydrolacie rozmarynowym i Odbudowującej masce Biofficina Toscana. Zaczniemy od dwóch pierwszych.

Niezwykle zdziwiło mnie, że szampon, który oferuje nam marka to tak naprawdę… koncentrat szamponu. Oznacza to, że we względnie małej buteleczce znajduje się gęsty płyn, który należy rozrobić z wodą lub, uwaga, hydrolatem i dopiero wtedy ma optymalne właściwości myjące. Co równie istotne – całość jest po prostu ekonomiczna! Nie dopłacamy za dodatek wody w kosmetyku i w rzeczywistości mamy dwa razy więcej szamponu niż wynika to z pierwszego spojrzenia. Marka oferuje także specjalne butelki, w których takie koncentraty można sobie zmieszać z płynami, co jest bardzo wygodne – narysowane są na niej pojemności poszczególnych składników. I tak, wlewamy najpierw połowę koncentratu, potem połowę wybranego hydrolatu (o którym za chwilę) i całość wypełniamy wodą. Mieszamy i myjemy włosy.

Od razu powiem, że tak skomponowany szampon wystarcza na dosyć długo, świetnie, naprawdę świetnie się pieni i oczyszcza nawet moje trudne, gęste włosy. A byłam sceptykiem! Zajrzyjmy więc może do środka naszego specyfiku. Szampon ma przywracać równowagę włosom przetłuszczającym się i z tendencją do łupieżu. Czyli moich. Faktycznie, potwierdzam – wydają się bardziej… stabilne i dłużej świeże. Produkt „Reguluje procesy natłuszczania, łagodzi i oczyszcza skórę głowy. Zawiera organiczne ekstrakty z łopianu, bluszczu, jałowca, brzozy oraz Alpaflor® Alp-sebum®- innowacyjne aktywne składniki regulujące przetłuszczanie i stany zapalne skóry głowy.” Skład ma bardzo przyjemny z delikatnym detergentem na czele oraz licznymi ekstraktami ziołowymi. Zapach  – naturalny i mocno orzeźwiający – mamy tu bowiem olejki z eukaliptusa i mięty, które od bardzo dawna sobie cenię za ich pielęgnacyjną moc.

Zdecydowałam się dobrać do mojego szamponu wodę rozmarynową. Czemu? Jest to hydrolat polecany szczególnie w pielęgnacji włosów, zwłaszcza tych problematycznych. Można go oczywiście stosować po prostu do skóry, najlepiej jako tonik do twarzy. Ma działanie antyseptyczne, ściągające, zapobiega stanom zapalnym, wzmaga regenerację. Rozmaryn pięknie pachnie, rozjaśnia umysł, pomaga się skoncentrować i realizować wyznaczone cele. Ot, taki bonus dla zmysłów. Muszę tu tylko zaznaczyć, że hydrolat nie jest w pełni czystym produktem, dodano do niego odrobinę konserwantów. W żaden jednak sposób mi to nie przeszkadza. W każdym razie włosy go bardzo polubiły!

Po użyciu naszego oczyszczająco-orzeźwiającego duetu sięgam po Odbudowującą maskę Biofficina Toscana. Nakładam niemało, na mokre, umyte włosy i pozostawiam na kilka minut. Choć w zasadzie efekt niezwykle miękkich włosów czuć już po chwili. I jest to doprawdy wspaniały efekt. Uwielbiam go! Uwielbiam, kiedy moje włosy z pomierzwionych w trakcie mycia odmieniają się nagle w ułożone, lejące, zwarte i gładkie.

„Maska o działaniu układającym i naprawczym, które zawdzięcza połączeniu toskańskiej oliwy extra virgin IGP z ekstraktami bluszczu, pokrzywy, kasztanowca, szałwii i tymianku.” Mamy więc zioła, toskańskie oczywiście, które faktycznie pielęgnują włosy, odżywczą oliwę oraz inne łagodne składniki, których zadaniem jest przywrócenie blasku włosom, ułatwianie rozczesywania i zapobieganie ich elektryzowaniu. Co najważniejsze – maska działa! I to działa świetnie.

Niniejszym więc polecam Wam moje odkrycie, moją włosową rewolucję, mój nowy pielęgnacyjny rytuał! Polecam Wam gorąco zwrócenie uwagi na całą ofertę marki. Jestem przekonana, że zaskoczy nas jeszcze nie raz.

To jak, wyruszacie ze mną w kosmetyczna podróż po Toskanii? Ja jadę!

Post powstał we współpracy ze sklepem Biofemina.pl Tam też znajdziecie wszystkie produkty marki!

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Podróż sentymentalna

Jest takie miejsce, do którego wracam, kiedy mi źle. Zamykam oczy i przenoszę się w czasie i przestrzeni. Jest takie miejsce, całkowicie wyjątkowe, które mnie ukształtowało. Które mnie otworzyło na świat i na ludzi. W którym przeżyłam jedne z najpiękniejszych chwil w życiu. W którym mogłam być całkowicie sobą, akceptowaną, szaloną sobą.

Nie byłam w tym miejscu z 14 lat. Szmat czasu. Szmat życia.

Miejsce to ukryte jest przed światem. Teraz już prawie całkowicie. W sercu najpiękniejszej z krain – Mazur.

Postanowiłam je odnaleźć!

Korzystając z jednego, krótkiego przedpołudnia, które spędziłam wczoraj na Mazurach, przy okazji moich warsztatów, wybrałam się na poszukiwania….

Czemu jest tam wyjątkowo? Pewnie nawet nie zwrócilibyście na nie specjalnej uwagi. Ja tam natomiast ukryłam wspomnienia pięciu pięknych przełomów czerwca i lipca, kiedy to jeździliśmy tam na obozy. Długie, harcerskie, żeglarskie obozy, pełne całkowicie zwariowanych, pięknych momentów. Pełne uniesień, wzruszeń, śpiewów i ognisk. Pełne komarów, zimnych nocy i zatęchłych koców. Pełne śmiechu i przygody. Pełne pierwszej młodości i beztroski.

Nie od razu znalazłam ten właściwy skręt. Zarósł, zmienił się. Trochę chyba, jak ja. Przejechałyśmy więc samochodem sporo dalej, zawróciłyśmy już spacerem. Najwspanialszą z dróg, taką wiecie – ubitą, wiejską, prowadzącą najpierw pośród morenowych pagórków, z widokiem na jezioro, krowy i bociany, na wrzosowisko nasze ukochane, a potem przechodzącą w las, stary, wysoki, tętniący świeżą zielenią las.

W końcu się udało. Przecież na przeciwko zawsze była taka charakterystyczna przecinka! Biec mi się chciało, śmiać, płakać. Niesamowite emocje powstają w takich momentach. Ciężko je opanować.

No i stał tam ten nasz obóz. Bez namiotów, bez nas, bez pieca, bez łódek. Wszystko całkowicie zarośnięte, zamazane. Ale była za to stara ławeczka, były resztki mostku nad dróżką do kuchni, był jeszcze krąg kamienny na ogniska. Sporo takich pozostałości znalazłam. Niczym odkrycia archeologiczne. I nawet był jeszcze pomost, przy którym cumowaliśmy łódki. Rozwalony, zatopiony, ale był.

I była masa komarów. I okrutny krzyk rybitw znad pobliskiej wyspy, na której siedziało ich zawsze z milion. Że też to nigdy nie przeszkadzało?

I oczywiście była relacja na żywo na fejsbukowej konwersacji z tymi samymi ludźmi, z którymi tam właśnie spędziłam tyle czasu.

No powiem Wam kochani, że to była właśnie prawdziwa magia!

 

Projekt Kobiety / Nadia Linek

„If you are always trying to be normal, you will never know how amazing you can be.”

Takie mam szczęście, że co rusz natykam się w tym szalonym internetowym świecie na prawdziwe perełki!

Tym razem los sprawił, że odkryłam wspaniałą kobietę i… jej wspaniałe kobiety! A dokładniej Nadię Linek, która ruszyła niedawno ze swoim kobiecym projektem inspirujących ilustracji. Zakochałam się w nich! I wróżę im szeroki rozgłos – zasługują na to. Są pełne energii, mocy, mówią do nas mądrością kobiet wybitnych, silnych, które odbiły swoje piętno w naszej kulturze i które każdy z nas zna. A jeśli jeszcze nie zdążył poznać, koniecznie polecam nadrobić. Często bowiem brakuje nam dobrych wzorów, kobiecych autorytetów. Albo o nich zapominamy…

Dobrze, że jest ktoś, kto nam o nich przypomina!

Poprosiłam więc Nadię o napisanie kilku słów o swoim projekcie.

” Projekt i pomysł na kobiecy ”Parnas”, jak go nazywam narodził się już jakiś czas temu, ale jego realizację rozpoczęłam z początkiem nowego roku. Zaczęło się zupełnie niewinnie od kliku ilustracji kobiecych postaci, bez wielkich słów i planów typu ”projekt”. Bieżące wydarzenia, czarny protest i silny głos kobiet na pewno miały duży wpływ na jego rozwój. Jestem kobietą, otaczam się kobietami, kobiety są mi bliskie, są obiektem fascynacji, inspiracji, więc temat cyklu wypłynął zupełnie naturalnie.

„Beauty begins the moment you decide to be yourself.”
Pierwszą kobietą, którą narysowałam była Virginia Woolf, pod ilustracją zamieściłam cytat i sama zauważyłam, że to połączenie ma niesamowitą moc. Potem przychodziła do mnie kolejna i kolejna. W notesie na boku zapisywałam kolejne nazwiska, aż utworzył się spory korowód, obecnie niemal stu postaci czekających na swoją kolej. W którymś momencie zrobiło ich się tak dużo, że postanowiłam umieścić je na osobnej stronie, aby tam – no właśnie – tworzyły powoli kobiecy parnas, babiniec, galerię osobowości.

Celowo napisałam, że one do mnie ”przychodzą”, bo dosłownie tak jest! Kiedy zrozumiałam, że tworzę ważny dla mnie cykl, zaczęłam te niesamowite kobiety zauważać dookoła: wyskakiwały z artykułów, książek, wystaw. To niesamowite jak wiele ich jest! Jestem pewna, że tematu starczyłoby na długie lata. Ale nie chodzi mi tylko o portretowanie rozpoznawalnych ikon, w dłuższej perspektywie, zależy mi na tym, aby w galerii pojawiły się bohaterki dnia codziennego: matki, siostry, babki, sąsiadki, przyjaciółki. To byłoby piękne, gdyby się tak wymieszały.

„Colour can raise the dead.”
Wyboru dokonuję zawsze dość emocjonalnie i wrażeniowo: czasem zafascynuje mnie po prostu twarz, innym razem biografia, historia, dzieło; to są impulsy, za którymi idę. Piękną przygodą jest to, że dla mnie osobiście niektóre kobiety jeszcze do niedawna były tylko mniej, bądź bardziej znanymi postaciami. W trakcie pracy podążam za nimi, poznaję je.

Kiedy pracuję z daną postacią staram się czytać i oglądać jak najwięcej na jej temat, aby w tym nie-portrecie zawrzeć esencję osobowości, to coś, co powoduje, że nie mamy wątpliwości, że to Vivienne Westwood, czy Iris Apfel. Nie zależy mi na odwzorowywaniu podobieństwa, dlatego nazywam je nie-portretami, bądź portretem pogłębionym. Zależy mi na tym, by były prawdziwe, sugestywne, mocne, w punkt. Dlatego czasem jedna ilustracja, to jeden szkic, innym z kolei poświęcam aż dwadzieścia.

„I am very selfish, really. I lived for love.”
Bardzo ważnym czynnikiem w powstawaniu ilustracji jest wybór. Począwszy od postaci, poprzez wybór tego jednego cytatu, aż po środki plastyczne. Szukam: koloru, gestu, faktury, ujęcia. To nie są przypadki! Dlatego Iris Apfel torpeduje kolorem, Coco Chanel pozostaje achromatyczna, a Maya Angelou otacza wzór batiku. Ogromnie mnie to wciąga!

Obecnie drukuję te grafiki w dwóch różnych wersjach, aby kobiety miały możliwość zabrać je ze sobą w ważne dla nich miejsca. Najbardziej jednak jestem podekscytowana tym, że jedna z serii będzie miała charakter kompletnie kolekcjonerski i limitowany. Marzy mi się wystawa, wielki kilim, kobiecy parnas, wspólnie, na jednej wielkiej ścianie. To miałoby moc niesamowitą!

” The most erotic zone is the imagination.”
Reakcje na projekt są piękne. Kobiety piszą do mnie, że coś je poruszyło, zmotywowało, ale fajne jest też to, że każda z nich ma swoją ulubioną ”patronkę”! W perspektywie mam współpracę z kilkoma bardzo pro-kobiecymi organizacjami. Zaistnienie projektu w takim kontekście byłoby po prostu genialne. Powoli zaczynam też nawiązywać kontakty z wydawnictwami i magazynami, szukamy pomysłu na formę współpracy.

Mój kobiecy projekt trafił w moim życiu we właściwy moment, nie tylko zawodowy, ale też życiowy. Łączę w nim wszystkie doświadczenia, jakie udało mi się zebrać: doświadczenie graficzki, ilustratorki, przedsiębiorcy, córki, przyjaciółki, siostry, wnuczki – KOBIETY! Dlatego jest taki osobisty. Jest w nim coś z zachwytu i wdzięczności jednocześnie.

Zajrzyjcie koniecznie na stronę Nadii z pozostałymi ilustracjami – TUTAJ oraz śledźcie realizację projektu na Facebooku!

„When you sing always tell the truth.”

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Wielofunkcyjne masełko na dobry dzień

Masełko zrobiłam, doprawdy jedno z najlepszych! Masło gęste, odżywcze, pełne genialnych masełek i olejów, mocno regenerujące. Masło na każda potrzebę – do ciała po prysznicu, do rąk w każdej chwili, do ust, do mycia buzi nawet (masujemy wilgotną skórę, a potem zmywamy żelem do mycia twarzy), do skórek przy paznokciach i do paznokci, żeby silne były i piękne.

Ale wiecie co w nim jest najnajlepsze? To olejki eteryczne, które dobrałam tak, żeby masełko faktycznie pomagało nam rozpocząć dobry dzień! Mamy więc energetyzującą bergamotę, rozjaśniające umysł i sprzyjające koncentracji rozmaryn z odrobiną tymianku oraz nieco orzeźwiającej mięty! Wierzcie mi – masełko stanie się Waszym codziennym przyjacielem. Lepszym nawet od kawy!

Wielofunkcyjne masełko na dobry dzień

Składniki / na słoiczek 120 ml

  • 15 g masła kakaowego
  • 30 g masła shea rafinowanego
  • 15 g wosku pszczelego bielonego
  • 25 ml oleju z nasion papai
  • 20 ml oleju jojoba
  • 3 ml olejku bergamotowego
  • 2 ml olejku rozmarynowego
  • 3 kropelki olejku tymiankowego
  • 3 kropelki olejku miętowego

 

W kąpieli wodnej roztapiamy masła i wosk. Dolewamy do nich oleje, mieszamy i ściągamy z ognia. Cały czas mieszając, dolewamy olejki eteryczne. Całość przelewamy do słoiczka i odstawiamy w chłodne miejsce do stwardnienia.

Zapisz

Zapisz

Facebook