IN LOVE 14

in love 14

Co tym razem znalazłam do zakochania? Same cudowności!

1. Najładniejsze ręczniki plażowe pod słońcem! Ponoć wręcz kultowe. A jakie ładne! I okrągłe! Ręczniki The Beach People w Z potrzeby piękna

2. A po ręcznikach… najładniejsza torba „pieluchowa” jaką widziałam (w sumie plecak)! Jeśli Róża doczeka się kiedyś rodzeństwa, chciałabym na spacery wychodzić właśnie z czymś takim! Oh Joy dla Target

3. No i niemal najpiękniejsze wiszące doniczki na sukulenty! Ach! Roomido

4. A może tak w tym roku samemu zrobić torbę plażową? I to tak piękną! Instrukcja na HonestlyWTF

5. Widzieliście już nową kolekcję DUKI???? Seria Indigo DUKA

6. A na ścianę robimy i wieszamy takie geometryczne cudo! Instrukcja na Sugar & Cloth

No… same piękności!

Problemy z tożsamością

SONY DSC

Kiedy byłam niedawno w szpitalu, dostałam do wypełnienia masę formularzy. I o ile ze swoją historią chorób i podstawowymi danymi jeszcze sobie jakoś radzę, to pojawiło się pytanie, które okazało się największą zagwozdką od dawna. Miałam bowiem wypełnić rubrykę opisaną tytułem „zawód”.

No i utknęłam z długopisem zawieszonym nad kartką.

I nagle okazało się, że najwyraźniej mam spore problemy z tożsamością. No bo jaki ja niby mam zawód?

Gdyby to miał być zawód wyuczony, powinnam wpisać „geograf”. No ale… no dajcie spokój – kto wpisałby geograf? Toż to tak XIX-wiecznie, romantycznie brzmi. Lub jakby żywcem wyciągnięto mnie z Małego Księcia. Co jednak ważniejsze, w żaden sposób mnie niestety już nie identyfikuje.

Czyli może zawód wykonywany? Tylko tutaj to jeszcze gorzej! Bo ja robię aktualnie tak wiele, tak różnych rzeczy, że w żaden sposób nie zmieszczę tego w tak małej rubryczce w formularzu. Toć ja nawet nie wiem, jak tłumaczyć nowo poznanym osobom, czym ja się właściwie zajmuję!

Kiedyś było prościej. Kiedyś, jak się człowiek czegoś nauczył, to robił to całe życie. Kiedyś zawód cię opisywał. Ty byłeś swoim zawodem. Teraz na pytanie – kim jesteś, może w ten sposób odpowiedzieć coraz mniej osób – nauczycielki, lekarze, prawnicy, etc. A co z całą resztą?

Kim więc jesteśmy?

Ano najlepiej, abyśmy byli tym, kim chcemy w danym momencie być.

Najchętniej wpisałabym w formularz coś w stylu: Ada, dziewczyna z uśmiechem, z pomysłami, z fajną rodzinką.

Bo to nie zawód nas określa, nie do końca w każdym razie. A rubryczkę w szpitalnym formularzu, której potrzebę jestem w stanie zrozumieć, zmieniłabym raczej na „tryb pracy” lub „szczególne warunki pracy”.

Też tak macie?

PS ostatecznie wpisałam w formularzu „przedsiębiorca”. Straszne słowo, prawda? 🙂 Nic więcej jednak nie przyszło mi do głowy!

W roli głównej: Rozjaśniający balsam do ciała SPF 30 Lass Naturals

lass 1

Zależy Wam na skutecznej ochronie przed słońcem? Macie przebarwienia? Poznajcie koniecznie naszą dzisiejszą gwiazdę – Rozjaśniający balsam do ciała SPF 30 indyjskiej marki Lass Naturals. I żeby rozwiać wątpliwości i skorygować niepotrzebnie mylącą nazwę, dodam jest to także balsam do twarzy.

Powiem od razu, że jestem nim zachwycona! Używam go na co dzień, rano i jeszcze raz, w ciągu dnia (zwłaszcza teraz, kiedy panują upały) do twarzy właśnie. Balsam ma działanie rozjaśniające i przeciwsłoneczne, ale to nie wszystko. Uważam go za naprawdę dobry krem matujący do cery tłustej i mieszanej, który nie tylko jej nie wysusza, ale wręcz przyjemnie nawilża i odżywia. Do tego faktycznie lekko redukuje przebarwienia i ujednolica koloryt.

Balsam zapewnia ochronę przed promieniowaniem UVA i UVB – SPF 30. Zawiera filtr fizyczny, charakteryzuję się więc typową lekko pudrową konsystencją. W zupełności jednak nie przeszkadza ona w aplikacji. Krem szybko się wchłania, nie pozostawia białych śladów i nieprzyjemnego uczucia maski. Nie jest ciężki, nie jest tłusty. Pozostawia twarz lekko matową i rozjaśnioną, a efekt ten pozostaje na naprawdę długo.

lass 2

W składzie znajdziemy dużo dobra. Balsam oparto na wodzie różanej połączonej z oliwą z oliwek. Do nich dodano glicerynę, olej z pestek marchewki, aloes, ekstrakt z jabłka, papai i lukrecji, olej ze słodkich migdałów i pszenicy oraz gałkę muszkatołową. Oto dokładny skład: Rose Water, Olive Oil (Olea Euroea), Veg. Glycerin, Titanium Dioxide, Carrot Seed Oil (Daucus Carota Sativa), Aloe Vera (Aloe Barbadensis), Green Apple Ext. (Pyrus Malus), Papaya Ext. (Carica Papaya), Suncat D, Actiwhite, Liquorice Ext. (Glycyrrhiza Glabra), BioStine HP™ (Botinical Polysaccharide & Nano Collagen), Xanthan Gum, Almond Oil (Prunus Amygdalus), Wheat Germ Oil (Triticum Vulgare), Nutmeg Ext. (Myristica Fragrans), 2-Phenoxyethanol.

Jedyne, co mi trochę przeszkadza, to zapach. Nie jest bardzo nieprzyjemny, no ale mógłby być jednak przyjemniejszy. Niemniej jednak wybaczam mu to. A i jeszcze dodam, że za 100 ml balsamu płacimy bardzo niewiele bo 22,90 zł. Brzmi dobrze, prawda?

Lato się dopiero zaczyna, warto więc już teraz zaprzyjaźnić się balsamem Lass. Bardzo polecam!

Balsam z Blisko Natury.

lass 3

Przepis na musujące lizaki kąpielowe z kwiatami granatu i olejem z pestek granatu

SONY DSC

Jeśli chcecie sprawić przyjemność przyjaciółce, córeczce lub zaskoczyć koleżankę na wieczorze panieńskim (Ola :)), zróbcie koniecznie musujące lizaki kąpielowe!

Te, które Wam dzisiaj proponuję pełne są granatu! A dokładniej kwiatów granatu, które są dla mnie sporą nowością, ale bardzo je polecam, bo wyglądają wspaniale – mają głęboki czerwony kolor. Mamy tutaj też drogocenny olejek z pestek granatu, znany ze swych silnych właściwości antyoksydacyjnych. Olej odmładza skórę, wygładza ją, poprawia jej elastyczność. Ma też silne właściwości antyseptyczne i kojące.

Aby nadać lizakom blasku „pokolorowałam” je błyszczącymi mikami! Dzięki nim wyglądają bajecznie, a same miki pozostawiają na skórze lekki blask. Polecam więc kąpiel z lizakami przed specjalnym, wieczornym wyjściem!

 

SONY DSC

Musujące lizaki kąpielowe z kwiatami granatu i olejem z pestek granatu

Składniki

  • 100 g sody oczyszczonej
  • 50 g kwasku cytrynowego
  • 30 ml oleju z pestek granatu (Triny.pl)
  • 30 ml oleju z pestek winogron
  • 5 ml olejku o zapachu truskawkowego smoothie
  • 2 łyżki suszonych kwiatów granatu (Ecoflores)
  • kolorowe miki (Kolorowka.com)
  • woda w spryskiwaczu
  • foremka na lizaki

W misce mieszamy sodę z kwaskiem. Dolewamy oleje i olejek, dosypujemy kwiaty. Całość wyrabiamy ręką na jednolita masę. Kilka razy spryskujemy lekko wodą. Kiedy ściśniemy masę w dłoni, ma pozostać w niej zwarty kształt. Przekładamy masę do foremek na lizaki i dokładnie dociskamy. Wykorzystałam foremkę widoczną na zdjęciu – składającą się z osobnych połówek lizaków. Aby je złączyć, należy lekko spryskać je wodą z wierzchu, a następnie dokładnie docisnąć obie połówki. Na końcu umocowujemy patyczek i odstawiamy całość na noc do stwardnienia.

Nazajutrz wyciągamy lizaki z foremek. Do małych miseczek wsypujemy kolorowe miki i zanurzamy w nich po kolei lizaki. Miki pozostaną na ich powierzchni.

A potem… jeden lub dwa lizaki roztapiamy w wannie z ciepłą wodą i relaksujemy się!

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Ostatnio

Dopiero teraz, powoli, opadają mi emocje ostatnich dni. Zanim więc jutro pokażę Wam bardzo fajny przepis na kąpielowe lizaki, przystanę tu z Wami na chwilę. Na spokojnie, wieczorem, przy otwartym na oścież balkonie z za którego co jakiś czas słychać głośne „Polska, biało-czerwoni!”.

W sobotę byliśmy z mężem moim na pikniku Renault pod Warszawą. Prowadziłam tam coś w rodzaju stoiska warsztatowego. Pół dnia robiliśmy peelingi, drugie pół – pudry kąpielowe. Aby tam dojechać, wstaliśmy o 4 rano, wróciliśmy około północy. Przygotowywałam się na 150 osób, piątek zatem upłynął pod znakiem wielkich zakupów. Piknik udał się wspaniale, udzieliła mi się ogromna pozytywna energia pracowników marki. Miałam wręcz wrażenie, że pomimo ogromnego zmęczenia fizycznego, psychicznie bardzo odpoczęłam (może to zasługa olejków eterycznych, które unosiły się wokół mnie przez cały dzień). Niemniej jednak, kiedy standardowa przy takich warsztatach adrenalina opadła, kiedy zadanie uznałam za zakończone, dopadła mnie niemoc. Do domu wracałam już niczym zombi. Przy okazji muszę bardzo tu pochwalić mojego męża, którego od czasu do czasu zatrudniam jako asystenta i kierowcę – sprawdza się doprawdy świetnie! Grzecznie nosi, wynosi i zanosi, rozkłada i składa, sprząta i ogarnia, zagaduje organizatorów i sprawia dobre wrażenie. Szkoda, że nie zawsze udaje nam się razem wyruszyć na warsztat, ale na szczęście mam też inne wspaniałe asystentki, z których pracowitości także czasami korzystam.

W każdym razie, trochę odespaliśmy i ponownie wzięliśmy się do roboty. W niedzielę bowiem urządzaliśmy przyjęcie urodzinowe Róży. Tak, tak, minęło już 5 lat i chociaż zabrzmi to bardzo tendencyjnie – nie mam pojęcia jak i kiedy to się stało. Urodziny bardzo się udały. Było 10 dzieci z rodzicami, dziadkowie, wujkowie i ciocie, był ogród, ciepłe popołudnie i totalne szaleństwo. Była banda dzieci na hamaku, banda dzieci na tarasie, banda dzieci biegających wokół domu, w domu, no… wszędzie. Był tort upieczony przez ciocię, przepyszna sałata przyrządzona przez mojego męża i masa uśmiechu. Było wspaniale. Ale jak się domyślacie – męcząco.

Poszliśmy spać bardzo późno, chcieliśmy jeszcze razem posiedzieć, w nowe gry pograć, poprzytulać się. Nazajutrz bowiem Staszek wyjechał znowu na około 2,5 miesiąca. Połowa poniedziałku upłynęła na pakowaniu się i żegnaniu, połowa na totalnym spadku nastroju i niechęci do robienia czegokolwiek.

Istna huśtawka, prawda? Bo jeszcze muszę się pochwalić, że mam nowy aparat, który już kocham miłością wielką. Kupił go Staszek, aby w końcu podczas swoich wyjazdów robić piękne zdjęcia. Zdecydowaliśmy jednak, że on weźmie nasz stary, a ja zacznę oswajać nowy. A musicie wiedzieć, że tego wysłużonego Sony Alfa to już naprawdę długo mamy, a jego parametry znacznie odbiegają od nowego Canona. W każdym razie, jestem zachwycona. Dzisiaj już pstrykałam sesje do książki. A co najważniejsze – będę mogła robić filmiki! One własnie są moim planem na najbliższy, po-książkowy czas. Mam nadzieję, że nie będzie to takie trudne, hm? 🙂

Na koniec mały pokaz mydlanych fantazji Róży. Oj, podoba jej się to bardzo, podoba!

Zostawiam Was więc z kilkoma zdjęciami i życzę cudownego lata! Ach, koniecznie wpadnijcie jutro na te lizaki kąpielowe!

cats

SONY DSC

SONY DSC

A oto mydlane dzieło w całej swej okazałości!

SONY DSC

5 x crazy about

SONY DSC

Szukałam jakiegoś zgrabnego polskiego odpowiednika zwrotu „crazy about” i niestety nie znalazłam nic, co wiernie by go odwzorowywało. Mam zatem dzisiaj dla Was 5 rzeczy, na których punkcie jestem ostatnio crazy about! Które szalenie mi się podobają. Na które koniecznie musicie zwrócić uwagę. Bo warto, po prostu. No i są idealne na lato!

 

CRAZY

 

Chusta z flamingami Mango

Dostałam ją na urodziny i zwyczajnie – zakochałam się w tych flamingach. Są totalnie wakacyjne, pastelowe, radosne. Nie mogę się doczekać, aż zabiorę je na plażę i okryję się nimi, podziwiając zachód słońca! / Mango

Woda toaletowa Marc Jacobs Daisy Eau So Fresh

Prezent od męża, idealny na lato. Zapach jest lekki, świeży, bardzo kobiecy, ogromnie mi się podoba. Mam ochotę spryskiwać się nim kilka razy dziennie! „Perfumy Daisy Eau Se Fresh to zapach owocowo-kwiatowy. Emanuje radosnym nastrojem, energicznością oraz figlarnością. Oryginalny zapach urzeknie Cię aromatem świeżych malin, zmysłowym wietrzykiem dzikich róż i słodkich śliwek.” / iperfumy.pl

T-shirty Promod z pobłyskującymi printami

Miałam na nie ogromną ochotę, jak tylko je zobaczyłam. Nauczona jednak doświadczeniem, postanowiłam odczekać chwilę i… wraz z wyprzedażą ich cena spadła do około 30 zł. Mają cudowne pobłyskujące złote printy, które kojarzą mi się z modnymi teraz zmywalnymi tatuażami. Dzięki temu zmieniają się w zależności od padającego na nie światła. A zwykły niby t-shirt nabiera nieco magicznego czaru. / Promod

Hamak Ticket To The Moon

Do tej pory myślałam, że wolę hamaki w stylu boho. Wiecie – frędzle, płótno, kolory, pompony i tego typu klimaty. Zdanie swoje zmieniłam w ten weekend, kiedy to kolega wziął na nasz wyjazd kilka hamaków Ticket To The Moon. I wierzcie mi – są genialne! Już sama nazwa jest bajeczna. Tak samo jak napisane na każdym „made in utopia”! Jest w tym nawet trochę prawdy, powstają bowiem na Bali! W pokrowcu wyglądają jak małe księżyce, są leciutkie, łatwo je przytroczyć do każdego plecaka. Nie trzeba użerać się z kilometrami lin, posiadają za to bardzo praktyczne taśmy, które niezwykle prosto przymocować (trzeba je osobno dokupić). „Hamak jest uszyty z wysokiej jakości nylonowego materiału spadochronowego, którego elastyczne włókna zapewniają doskonałe dopasowanie. Hamak wykazuje wysoki poziom wytrzymałości mechanicznej, oddychalności i odporności na pleśń. Materiał jest przyjazne w dotyku i błyskawicznie wysycha. ” A co najważniejsze – jest ogromnie wygodny. Można zawinąć się w nim jak w kokonie i po prostu… odpłynąć! Cóż mogliśmy więc zrobić, jak nie sprawić sobie takiego biletu na księżyc? / Presto

Fig Bar

Nie wiem skąd u mnie tak wielkie uwielbienie wszystkiego, co figowe. W każdym razie, kiedy tylko pierwszy raz wyjechałam na Wyspy i poznałam popularne tam ciasteczka fig rolls, całkowicie przepadłam! W kraju nie znalazłam potem nic podobnego, aż tu jakiś czas temu natknęłam się w Rossmanie na Fig Bar’sy! I wiecie co? Są jeszcze lepsze, bo znacznie zdrowsze od oryginału – „z mąki pszennej razowej z pełnego przemiału, bez cholesterolu, bez składników mlecznych, bez tłuszczy trans, koszerne, bez GMO, odpowiedni dla wegan”, a cukier zastąpiono syropem trzcinowym i z brązowego ryżu. Nic, tylko się zajadać! Pycha! / Rossmann

Facebook