Przepis na owsiano-tymiankowy krem myjący

Zakochałam się w tym pomyśle! I doprawdy uwielbiam ten kremik. Możecie nazywać go też pastą, nie jest bowiem kremem standardowym, ale niewątpliwie ma jego konsystencję. Czym więc jest krem myjący?

Jest niezwykle przydatnym kosmetykiem do codziennej, poranno-wieczornej pielęgnacji skóry, zwłaszcza delikatnej, ale też podrażnionej, tłustej i problematycznej. Jest to połączenie cudownego oleju owsianego z niezwykle delikatną białą glinką i mączką owsianą. Biała glinka i mączka są polecane do łagodnego, ale skutecznego oczyszczania cery. Świetnie absorbują sebum i zanieczyszczenia. Ostatnio często spotykam się w internecie ze sposobem na oczyszczanie twarzy samą glinką, rozrobioną z wodą lub hydrolatem. Przyznam, że próbowałam, nie było źle, ale znacznie lepiej całość się spisywała, kiedy dodałam nieco czegoś tłustszego.

Chciałam też bardzo wypróbować mączkę owsianą koloidalną, o której słyszałam same dobre rzeczy.  Zacytuję: „posiada właściwości kojące, regeneracyjne, ochronne. Łagodzi objawy uczulenia i alergii zmniejszając swędzenie i zaczerwienienie, głównie za sprawą awenantramid, związków, które mają silne właściwości antyalergiczne, antyoksydacyjne i przeciwzapalne. Ma naturalne działanie oczyszczające, normalizuje wytwarzanie sebum, pochłania nadmiar tłuszczu i bród ze skóry. Przywraca naturalną równowagę pH skóry. Zmniejsza utratę wody przez skórę, również zastosowana preparatach suchych. Promuje wytwarzanie kolagenu w skórze i poprawia skuteczność ochrony przed wolnymi rodnikami. W efekcie skóra jest zdrowsza i młodsza a zmarszczki ulegają wygładzeniu.”

Połączyłam więc najłagodniejszą z glinek z koloidalnym owsem, a o konsystencję kremu zadbał olej owsiany. Był to mój pierwszy raz z tym olejem i wiem już, że mogę go Wam bardzo polecić. Olej świetnie pielęgnuję skórę, bardzo mocno ją koi, ma ponoć wysoką biozgodność ze skórą. Posiada właściwości nawilżające, przeciwzapalne i przeciwalergiczne. A do tego, jak to olej, pozwoli nam usunąć z twarzy wszystko to, co tłuste i zbędne.

Całość wspomogłam jeszcze cudownym aromatem olejku tymiankowego. Bardzo go ostatnio lubię, czasami aplikuje kropelkę na ubranie sobie i Róży, aby odetkać zatkany nos i ułatwić oddychanie. Ma piękny zapach, już ziołowy, a jeszcze taki jakiś… słodki. Nasz krem myjący wspomoże swoimi właściwościami antyseptycznymi i antyoksydacyjnymi. Polecany jest do pielęgnacji cery problematycznej i trądzikowej. No, samo dobro!

Owsiano-tymiankowy krem myjący

Składniki:

  • 25 g mączki owsianej koloidalnej (ZielonyKlub.pl)
  • 20 g białej glinki
  • 30 ml oleju owsianego (mój z BliskoNatury.pl, wkrótce się tam pojawi)
  • 3 kropelki olejku tymiankowego

Mączkę, glinkę i olej łączymy w miseczce i ucieramy do uzyskania jednolitej konsystencji. W między czasie dolewamy olejek tymiankowy. Dokładnie wymieszany krem przelewamy do wyparzonego słoiczka.

Jak używać takiego kremu? Codziennie, rano i wieczorem, bierzemy nieco kremu na dłoń, lekko rozrabiamy z wodą do uzyskania konsystencji emulsji i myjemy nią twarz delikatnie masując. Warto pozostawić go na skórze przez chwilę, aby wchłonęła naturalne dobro, a następnie zmywamy całość wodą. Tutaj warto też sięgnąć po łagodny żel myjący, np. rumiankowy Sylveco i nim dokończyć oczyszczanie. Dopiero tak dokładnie oczyszczoną i już przyjemnie nawilżoną buzię przemywamy tonikiem i nakładamy na nią krem.

Mowa kwiatów

Fascynuje mnie symbolika kwiatów. To niesamowite, jak wielkie miała ona niegdyś znaczenie. Kiedy nie mówiło się wprost, kiedy uczucia stanowiły niezwykle dyskretną część życia. Tak drobny podarunek, jeden ledwie kwiat, mógł wyrazić gorącą pasję i całkowitą niechęć, nieposkromioną zazdrość lub pragnienie przyjaźni.

Szkoda, że teraz kwiaty już tak do nas nie mówią. Szkoda, że tak rzadko się je daje i dostaje (mężu drogi…). Szkoda, że nie niosą ze sobą ukrytej wiadomości…

A może niosą? Może zwracacie uwagę na to, jakie dostajecie kwiaty i od kogo? Czy w tych czasach znaczenie ma jedynie gest i doskonałe połączenie kolorów?

Przygotowałam Wam małą ściągawkę. Żebyście wiedzieli co dajecie i co dostajecie, akurat, kiedy zbliża się wiosna i niedługo kwiaty będą nas w końcu otaczać!

Może warto powrócić do tak niesamowitych zwyczajów?

Zapisz

Jesteś Zimą czy Latem?

Spotkałam się z Olą – Arsenic. Blogerką, którą znam już jakiś czas i którą ogromnie cenię za fachową wiedzę i zdrowy rozsądek. Wierzcie mi, nie jest to częste połączenie zalet. Znam Olę od strony kosmetycznej, od dawna jednak wiedziałam, że jej wielką pasją jest analiza kolorystyczna. Co więcej – pasją przełożoną na codzienną pracę! Uznałam więc, że najwyższa pora zgłębić to przedziwne zagadnienie i dowiedzieć się, czy jestem wiosną, latem, jesienią czy zimą!

A czy Wy jesteście ciekawi, którą pora roku jesteście? I co to w zasadzie oznacza? I jak się taka wiedza może przydać? Bo może oj bardzo!

Zapraszam na mały wstęp do tego niezwykłego tematu!

Co to jest analiza kolorystyczna? Dlaczego jest nam potrzebna i w czym pomocna?

Analizą kolorystyczną nazywa się potocznie proces dopasowania noszonych kolorów ubrań czy makijażu do kolorów naturalnie występujących u danej osoby. Dzięki temu cały „krajobraz” jest spójny, wszystkie barwy – te naturalne jak i te zakładane – tworzą harmonijną całość i nic się nie „gryzie” lecz wzajemnie uzupełnia i podkreśla. Umiejętnie dobrane kolory sprawiają, że stajemy się piękniejsi, po prostu. Cera nie jest zszarzała, kolor włosów wydaje się pełniejszy, ładniejszy; oczy są lepiej podkreślone. To wszystko dzieje się już na poziomie doboru kolorów, nie dotykając na razie w ogóle tematu technik makijażu, odpowiedniej fryzury czy stylu dobieranych ubrań.

Jak długo zajmujesz się analizą? Skąd zainteresowanie?

Od przedszkola byłam edukowana przez mamę i ciotki w kwestii doboru kolorów do typu urody i był to bardzo naturalny proces. Wszystkie kobiety u nas w rodzinie szyły sobie ubrania, same więc siłą rzeczy zainteresowały się tematem wpływu koloru na nasz wygląd. Do dzisiaj pamiętam przykładanie różnych tkanin do twarzy przed lustrem, aby ocenić, która z ciotek wygląda w danym materiale lepiej. Albo spacery z mamą i obgadywanie mijanych ludzi: „ta pani chyba jest Latem, jak myślisz?”; „A ta bluzka na wystawie to Wiosna czy Jesień?”. Dodatkowo, jedna z ciotek jest malarką, więc od bardzo wczesnego dzieciństwa rozumiałam sens harmonijnego doboru barw, bawiłam się kontrastami i przechodziłam też – a jakże – bunt kolorystyczny nosząc sraczkowate spodnie do neonowo-zielonej bluzki. Z czasem to zainteresowanie przeniosło się na koleżanki z podwórka i szkoły, które zaczęłam analizować. A później już z górki: poznałam rolę melanin, ich rodzaje i kolory, przeczytałam sporo książek o teorii barw jak i o samej analizie, dzięki czemu utwierdziłam się w przekonaniu, że analiza kolorystyczna nie jest tylko durnym zabobonem, ale ma sens i podstawy naukowe 😉

Na czym polega taka analiza? Jak pracujesz ze swoimi klientkami?

Oferuję usługę analizy online, tj. ze zdjęć nadesłanych przez klientkę wg moich wytycznych. Zazwyczaj jest to naprawdę spora porcja zdjęć, z której jestem w stanie wyłuskać najdrobniejsze niuanse danej kolorystyki. Sam proces analizowania jest już prosty: praca z kolorami, przeróbki niektórych zdjęć w programie graficznym tak, aby zestawić obok siebie odcień fatalny dla danej osoby z tym lepszym, dobór właściwych odcieni kolorów, opisanie wszystkiego w ponad trzydziestostronicowym dokumencie i na koniec dodanie garści inspiracji makijażowych, ubraniowych i włosowych, do tego próbki barw z podziałem na jasną i ciemną bazę ubraniową, a wszystko posegregowane w oddzielnych folderach tak, aby klientka dostała do ręki pełny arsenał inspiracji, grafik i zdjęć wraz z konkretną wiedzą na temat swojej kolorystyki. Bardzo mi zależy na tym, żeby moja analiza odpowiadała na wszystkie możliwe pytania, stąd jej rozmiary i szczegółowość.

Dlaczego zgłaszają się do Ciebie? Co je motywuje do zlecenia takiej analizy?

Mogłabym Ci opowiedzieć 1001 historii kobiet, które stanęły na swoistym „zakręcie” życiowym i postanowiły zacząć wielki remont swojego świata, tym razem przeprowadzony z głową. Myślę, że wspólnym pierwiastkiem każdej z tych historii jest chęć rozpoczęcia nowego rozdziału jak należy, z nową, dobrą energią i z poczuciem, że nie zaczyna się go od zaniedbań czy zaniechań. Często też panie po prostu szukają usystematyzowanej, gotowej wiedzy bo mają dość błądzenia w świecie kolorów po omacku.

Jakie są ich reakcje na gotową analizę? Czy stosują się do Twoich rad?

Zazwyczaj pierwszą reakcją jest nawałnica pytań 😉 I ja tę część lubię najbardziej, bo mam poczucie, że rozjaśniam temat od tej strony, którą dana osoba jest najbardziej zainteresowana, czy też z której najłatwiej jest ją ugryźć. Bardzo często po analizie wymieniamy jeszcze wiele maili, nieraz dostaję zdjęcia w zasugerowanych przeze mnie kolorach ubrań i odpowiadam na wszelkie wątpliwości. O tak, panie bardzo entuzjastycznie podchodzą do wymiany szafy po analizie 😉

Czy często popełniamy błędy w doborze ubrań, makijażu, koloru włosów? Czy próbujemy na przykład na siłę zostać zimą, choć jesteśmy latem? Czy raczej intuicyjnie wybieramy najlepsze dla siebie kolory?

Bardzo często po skończonej analizie dostaję maila ze stwierdzeniami typu: „tak czułam”, „chyba od zawsze wiedziałam, że jestem tym typem”, itp. Stając przed lustrem sam na sam ze sobą, odpowiadając samej sobie uczciwie na pytanie: „czy w tym kolorze jest mi dobrze?”, nie próbując jednocześnie wtłoczyć się w jakiś trend czy „chciejstwo”, prawie zawsze widzimy siebie i swoje kolory takimi, jakie są, i potrafimy dobrać sobie właściwe kolory ubrań tak, aby wyglądać dobrze. Intuicyjnie czujemy, kiedy jakiś kolor nas przytłacza, a kiedy inny sprawia, że wyglądamy jak swoje własne 200%. To moja teoria. Praktyka pokazuje jednak, że bywa z tym różnie – cóż, najzwyczajniej dlatego, że gdy kobiecie się coś podoba, to będzie to nosić niezależnie od tego, co na to analiza kolorystyczna. I ja jestem za! Wolę uśmiechniętą, wyprostowaną i zadowoloną kobietę w kiepsko dobranych kolorach niż zniechęconą czy znudzoną, w tych właściwych, które jej się przejadły lub nie znosiła ich przez całe życie. Analiza kolorystyczna nie jest więzieniem, jest tylko pewną wiedzą, którą można wykorzystać.

Czy warto sprawić sobie taką analizę? Jaki to jest wydatek?

Zdecydowanie warto, ponieważ jest to konkretna wiedza na całe życie, która – zupełnie nie jak fizyka kwantowa – może i powinna być stosowana codziennie. Wiem, że dzięki analizie kolorystycznej u mnie wiele pań od razu po wejściu do sklepu kieruje się w stronę właściwych dla siebie kolorów, a więc nie tracą czasu ani pieniędzy na coś, czego być może nigdy nie włożą. Cena takiej usługi waha się w niewielkim zakresie w zależności od rodzaju materiału, na którym przyjdzie mi pracować. Polecam lekturę postu, w którym wyjaśniam jak przygotować zdjęcia do analizy tak aby mi ułatwić pracę: TUTAJ.
Zachęcam do kontaktu, do przysłania mi pierwszych zdjęć na maila: a.galiszkiewicz@gmail.com abym mogła ocenić, czy podołam wykonaniu analizy w danym przypadku – bo nie zawsze jest to możliwe na podstawie zdjęć.

Bardzo dziękuję Oli za poświęcony czas. I zapraszam Was serdecznie na jej blog – Arsenic.pl

Zapisz

Zapisz

Mój mały misz-masz

Lubię posty misz-maszowe. Są tak zakręcone jak ja. Zwłaszcza teraz!

Zaczniemy więc od piosenki, która nie chce mi z głowy wyjść. Pojawiła się wraz z reklamą perfum, utrwaliła jakoś przez przypadek w galerii handlowej i teraz towarzyszy mi codziennie 🙂

Też lubicie, prawda?

Pisałam Wam, ze miałam ostatnio sesję wizerunkową. Mam już jej efekty – w pierwszym, moim ulubionym zdjęciu i poniżej – do różnych, bardziej formalnych wykorzystań. Ogromne podziękowania należą się Kasi Szumiec (TUTAJ) za zdjęcia i Ewie – Makijaże Ewy za makijaż oczywiście. Profilowe na FB więc zmienione, a ja w końcu mam co wysyłać przy wywiadach wszelakich!

 

Zagościło u mnie wczoraj pierwsze subskrybcyjne pudełeczko – Naturbox.pl. Chyba w końcu zaczynam rozumieć ich fenomen. Poza świetnymi kosmetykami w dobrej cenie, mamy dodatkowo ten szczególny efekt niespodzianki. Jak w jajku-niespodziance. Naprawdę fajne uczucie!

W moim pudełeczku znalazły się kosmetyki, które bardzo mnie ucieszyły – pianka Kivvi, krem pod oczy Make Me BIO, regenerujący krem Weledy i peeling Vianek. Czy warto? Oj, warto! / Naturbox.pl

Pora na małą blogową zajawkę!

Spędziłam ostatnio przemiłe popołudnie z Olą – Arsenic. Znacie już jej blog? Mam nadzieję, że tak. Ola ma ogromną wiedzę kosmetyczną, ale nam przybliży niezwykle ciekawy temat, jakim jest analiza kolorystyczna. Dobrze jest wiedzieć, czy jest się kolorystycznym latem, jesienią, zimą czy wiosną, prawda? Co to, po co i dla kogo już wkrótce w Lili!

Odkryłam najładniejszy kolor lakieru pod słońcem!

Ogromnie ostatnimi czasy podobają mi się takie ciepłe, lekkie brązy, kawy z mlekiem, odrobinę wpadające w róż, beż czy fiolet. Ten od Lily Lolo o nazwie 9 to 5 jest idealny. Na stronie określają tę barwę jako naturalny stonowany chłodny beż. No ok, może być chłodny beż, choć dla mnie jest raczej ciepły. „Lekki, delikatny dla płytki paznokciowej lakier Lily Lolo z formułą 8-free nie zawierają toluenu, DBP, formaldehydu, żywic fenolowo-formaldehydowych, kamfory, parabenów, ftalanów, ksylenów oraz ethyl tosylamide resin.” Wkrótce o kosmetykach Lily Lolo poczytacie u mnie więcej, tym lakierem musiałam jednak już teraz się podzielić 🙂 / Costasy

Pamiętacie wpis o walentynkowych drobnostkach? Wzięłyśmy go sobie z moją Różą do serca i zakupiłyśmy w naszym ulubionym Karmello jedną z tych niesamowitych bombonierek. Mój maż ma jakoś na dniach w końcu powrócić (już ponad 2 miesiące go nie ma), to sobie zje! A raczej rzucimy się na nie we trójkę, bo Róża już przebiera nóżkami.

No a poza tym, te czekoladki tak ładnie wyglądają na zdjęciach…

I mają śliczną etykietę w wersji walentynkowej!

Odkąd przebiłam sobie uszy, w każdym sklepie, w którym się pojawię, oglądam kolczyki. I doprawdy nie mogę się doczekać, aż minie mi ten okres gojenia i w końcu któreś założę! Niedawno wpadły mi w oko takie całkowicie zwariowane z Mango. No… nie mogłam przejść obojętnie, zważywszy na fakt, że kosztowały całe 14,90 zł. I już chcę lato i biały t-shirt’cik i te kolczyki i wiatr we włosach!

Na wszelki wypadek, jeśli przegapiliście ostatni konkurs, spieszę donieść, że ruszył nowy! Pozostało mi bowiem trochę pięknych rzeczy z Lili in the Garden i chciałabym się nimi z Wami podzielić. Zaglądajcie więc na fanpage Lili Natura, będą się tam pojawiać od czasu do czasu takie drobne konkursy!

I jeszcze małe pytanie – dorwałam takie oto cudne pudełeczka i może macie pomysł, co w nich zrobić? Mi już coś tam kiełkuje w głowie, ale jeszcze nie mam niczego sprecyzowanego. 🙂

Uwielbiam małe śliczne pudełeczka!

Pozostając jeszcze na koniec w temacie walentynkowym… włączcie sobie koniecznie jedną z najpiękniejszych piosenek o miłości – All of Me! Do popłakania! Ze wzruszenia 🙂

To tak, na dobry dzień!

YOPE z baśniowej krainy

Z baśniowej krainy… pełnej dziwnych stworków, bawiących się, hasających, wirujących dookoła. Tak mi się teraz kojarzy marka YOPE. I czuję się, jakbym w tę krainę właśnie wpadła… A to za sprawą nowych kremów do rąk marki!

Kremy do rąk to w zasadzie specjalna kategoria kosmetyków. Są niezwykle przydatne, ale jednocześnie mogą stać się wspaniałym gadżetem! Ubóstwiam wprost kremy, które nie tylko są skuteczne, ale jeszcze na dodatek zamknięto je w cudownym opakowaniu, z którego bije pomysł, kreatywność, kolory. Chce się je kupować, trzymać na nocnym stoliku i w torebce, traktować jak ozdobę. Zazwyczaj jest to aluminiowa tubka, która stanowi swoisty odpowiednik słoiczków z brązowego lub kobaltowego szkła w przypadku kremów do twarzy. Taki wiecie – modny, ekologiczny wyższy poziom opakowania, wykorzystywany często przez niszowe marki. Niemniej jednak tubki uwielbiam, a jeśli na dodatek owiniemy je w pudrowy róż i dodamy jedno z tych zwariowanych zwierzątek YOPE – biorę w ciemno.

No dobra… w tym przypadku nie w ciemno. Marce YOPE już dawno zaufałam, nie wątpiłam więc także w jej nowe kremy do rąk. I słusznie, bo są genialne!

Mamy do dyspozycji trzy kremy – herbata i mięta, szałwia i zielony kawior (algi morskie, nie jaja ryb…) oraz imbir i drzewo sandałowe. Zakochałam się w tym pierwszym. Bez pamięci. Zapach doprawdy wspaniały, mocno orzeźwiający i dodający energii. Można się smarować nim nałogowo. Pozostałe dwa zapachy… przyznaję – niebanalne, nie wzbudzają już jednak aż takich zachwytów. Szałwia – delikatnie ziołowa, naturalna, a imbir – nieco cięższy, polecam zwłaszcza panom. W żadnej mierze jednak zapachy nie męczą, nie narzucają się. Są po prostu przyjemnym dodatkiem do samego kremu.

Kremy mają idealną konsystencję – nie za ciężkie, nie za lekkie. Łatwo się rozsmarowują, szybko wchłaniają, ale pozostawią na skórze taką delikatną… ochronę. Skóra staje się mięciutka i aż chce się jej dotykać. Zaznaczam, że nie jest przy tym ani lepka, ani tłusta.

Na opakowaniach dużymi literami napisano, że kremy zawierają aż 98% składników pochodzenia naturalnego oraz o niskim stopniu przetworzenia. Zaglądamy więc w składy, a tam naprawdę bardzo wiele dobra. Wszystkie oparte są na oliwie, glicerynie i maśle shea, z dodatkiem oleju kokosowego, arganowego oraz ekstraktów i olejków, które mamy w nazwach kremów. Kremy koją skórę dłoni, zmiękczają ją i chronią przed codziennością.

Minusy? Te same tubki, które tak chwaliłam na początku, mają jednak swoje wady. Po pierwsze, zaraz po otworzeniu nakrętki pierwszy raz, nie da się jej zamknąć bez rozpływania się kremu na obrzeżach tubki. Po drugie, z biegiem używania tubka przestaje już być taka ładna, mocno się odkształca i deformuje. Cóż, taka cecha tworzywa. Wierzę jednak, że tubki zrobią karierę na Instagramie i Facebooku – są wyjątkowo fotogeniczne i doskonale wpisują się w panującą modę.

Bo naprawdę są takie urocze!

(Ależ mi ta herbata teraz pachnie!!!!)

Kremy dostępne na BliskoNatury.pl

Sposób na zimową chandrę – planuj wyprawy!

Jestem chora na tę zimę, tę szarugę pełną smogu, spadającego z nieba czegoś pomiędzy deszczem, śniegiem a kostkami lodu, tego zimna przeszywającego i przewiewającego przez nasze wiekowe okna. Mąż daleko, w pracy, ale jednak w ciepłych krajach. A my tu same, grzejemy się jak możemy. Bo zimę to ja lubię jedynie przed Świętami i w górach. W Krakowie jest okropna.

I kiedy tak dopada mnie zimowa chandra, kombinuję… I wiecie, co jest najnajfajniesze? Planowanie wypraw!

Zamarzyła mi się więc Italia… A dokładniej – Wenecja. Nie byłam tam jeszcze, może to więc dobry moment na jakiś wiosenny albo jesienny wypad?

I jeszcze Wam powiem, że nie wiem czy wyjazd tak naprawdę wyjdzie, ale już samo planowanie, poszukiwanie, wyobrażanie sobie doskonale poprawiają mi nastrój!

A żeby i Wam się poprawił, mam dla Was kilka poleceń!

 

Cóż może być lepszą rozrywką od sprawdzenia sobie w wolnej chwili tanich lotów? Niestety minęły te piękne czasy, kiedy można było zakupić bilet za dosłownie złotówkę. Do teraz wspominam, jak całkowicie spontanicznie zakupiłam bilety dla dwóch osób do Sztokholmu za łącznie 4 zł. I nawet nie było mi tak szkoda, jak nie pojechaliśmy… Pracę właśnie wtedy zaczynałam. Teraz mi za to szkoda 🙂

W każdym razie odkryłam, że Ryanair ruszył z lotami z Krakowa do Wenecji. I to uruchomiło całą lawinę dalszych planów i marzeń! / Ryanair

Bo jak już są loty, to od razu, tak całkowicie niezobowiązująco można sprawdzić i noclegi. Pomijam standardowy Booking.com. Ostatnio, przed naszymi październikowymi wakacjami, zakochałam się w Airbnb. Jakież cudeńka można tam znaleźć! Jakie wspaniałe mieszkanka wkomponowane w starówki czy usytuowane tuż nad morzem. W cenach całkowicie dostępnych. I jakież perełki są w Wenecji! / Airbnb

Można też od razu nieco dokładniej zwizualizować się miejscu docelowym. Siebie i to, co się na sobie ma. I wyobrazić sobie, jak to się spaceruje tymi uroczymi mostkami nad kanałami w takim właśnie cudnym zestawie z Promodu. Ładne, prawda? Biała bluzka i dżinsowa kurtka zawsze i wszędzie się sprawdzą! / Promod

 

 

Natknęłam się też niedawno na taką uroczą walizeczkę – wprost idealną na trzydniowy wypad do Wenecji, prawda? Cudna! / Parfois

No i język przydałoby się przypomnieć… Bo nie wiem czy wiecie, ale ja tam trochę włoski znam. Uczyłam się go w szkole i trenowałam intensywnie podczas stażu wakacyjnego we włoskim SPA. Wtedy nawet nieźle mi szło, ale to było tyle lat temu, że większość zdążyła mi się jakoś tak niebacznie ulotnić… I tutaj z pomocą przychodzi serwis Preply, który ostatnio mi zareklamowano i choć nie wyszła nam współpraca, uważam, że sam pomysł jest świetny. Mamy bowiem możliwość znalezienia sobie korepetytora, który popracuje z nami przez Skypa. Sami wybieramy tego kogoś, kto nam najbardziej pasuje, ma najciekawsze opinie, najlepszą cenę za godzinę albo najprzyjemniejsze zdjęcie. / Preply

Czekając na wymarzoną podróż do Włoch, koniecznie trzeba wgłębić się we włoskie smaki, które po prostu uwielbiam! I nie ma lepszego miejsca do poszukiwania ciekawych przepisów w polskim internecie od Kwestii Smaku, prawda? Wszystko proste, pyszne i tak ładnie sfotografowane! I dzień od razu robi się przyjemniejszy! / Kwestia Smaku

Na koniec chciałabym bardzo polecić Wam jeden z moich ulubionych blogów lifestylowo-podróżniczych – Travelicious. Uwielbiam podglądać zdjęcia, pomysły, opisy – wszystko! Miejsca przepiękne, nasze bliskie i te nieco dalsze. Całość do zakochania! / Travelicious

Czy Wy też lubicie sobie tak planować? Dokąd najchętniej pojechalibyście tej wiosny?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Facebook